Recenzje
ELEGIA. Koncert na dwa serca bez żadnej fałszywej nuty
ELEGIA to zmysłowy dramat o miłości i przemijaniu, gdzie każdy dźwięk wyraża głębokie emocje i egzystencjalne pytania.
[UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOILERY!]
Elegia definiowana jest jako utwór liryczny o treści poważnej, refleksyjny, utrzymany w tonie smutnego rozpamiętywania, rozważania lub skargi, dotyczący spraw osobistych lub problemów egzystencjalnych takich jak: przemijanie, śmierć czy miłość*. Elegia jest więc filmem, którego tytuł w pełni obrazuje jego treść. Dzięki temu można dzieło Isabel Coixet śmiało nazwać pierwszą i w pełni wierną źródłu ekranizacją definicji. Każde bowiem z wymienionych wyżej słów posiada swoje uzasadnione odbicie w fabule. Co więcej, do każdego z nich można przyporządkować konkretne sceny. Ale nie będę tu rozkładał Elegii na czynniki pierwsze i udowadniał postawionej przed chwilą tezy. Zajmę się za to wszystkim tym, co oprócz powyższych słów-kluczy można znaleźć w tym niebagatelnym filmie.
Elegia to zmysłowa, tragi-romantyczna opowieść balansująca między pogodnym romansem a wstrząsającym dramatem. Stawia śmiałe pytania dotyczące granic seksualności człowieka.
David Kepesh (Ben Kingsley) jest siedemdziesięcioletnim profesorem literatury, prowadzi cieszące się popularnością wykłady i własną audycję radiową, w której omawia literackie nowości wydawnicze i rozmawia z młodymi autorami. Od lat żyje samotnie, nawiązując kolejne romanse ze swoimi studentkami i utrzymując jeden, trwający od dwudziestu lat.
Cielesnymi uciechami zapełnia pustkę w swojej przerażająco samotnej egzystencji, z której, paradoksalnie, doskonale zdaje sobie sprawę. Sam zresztą, w samooskarżycielskim tonie stawia wyjściowe dla fabuły pytanie retoryczne: „Czy godzi się, aby siedemdziesięciolatek uczestniczył aktywnie w cielesnym wątku komedii ludzkiej?”. To właśnie słodko-gorzkie zapytanie niczym motto unosić się będzie przez cały czas nad działaniami bohatera. Ale nie jest dzieło Coixet tylko tragedią czy stricte ponurym traktatem o starości i przemijaniu. Nie jest to też film nastawiony na tani skandal wywołany epatowaniem nagim ciałem staruszka (Kingsley).
I nie bazuje na próbie oczarowania zmysłów męskiej (i żeńskiej)** części widowni ponętnym ciałem ślicznej Penelope Cruz. Jest bardzo krzywdzące zarówno dla aktorów, jak i filmu, że właśnie temat rozbieranych scen z udziałem Penelopki najbardziej interesował dziennikarzy zgromadzonych na konferencji prasowej z okazji premiery Elegii. Owszem, wielkiej urody aktorka pokazuje się przed kamerą bez ubrania, ale w najważniejszej „rozbieranej scenie” nie sposób patrzeć na jej obnażone piersi jako obiekt seksualny, bo narzucony przez scenarzystów kontekst zupełnie zmienia ich postrzeganie.
Nie ma w Elegii taniego sentymentalizmu, choć uczucia skaczą jak po sinusoidzie, płacz miesza się z rozkoszą, rozkosz ze złością, złość z tęsknotą, tęsknota z seksem, a ten ze łzami.
Elegia to zmysłowa, tragi-romantyczna opowieść balansująca między pogodnym romansem a wstrząsającym dramatem. Stawia śmiałe pytania dotyczące granic seksualności człowieka. Czy wyznacza je wiek? Ten nie zawsze idzie w parze z dojrzałością.
Może młodość i uroda? Z tej w każdej chwili może zadrwić sobie los, sprowadzając na młode ciało śmiertelną chorobę. Kiedy mamy do czynienia z prawdziwą miłością? Gdy obiektem westchnień jest piękna i zmysłowa powierzchowność, która kiedyś przeminie, czy zmęczone starością ciało starca, które nie pamięta nawet dnia, w którym jego piękno przeminęło? A może miłość istnieje gdzieś pośrodku, gdy zdesperowana starość napotyka na swej drodze spragnioną młodość? Podobnie jak w książce „Konające zwierzę” Philipa Rotha, na której oparty jest scenariusz Elegii, bohater w seksie szuka ucieczki przed śmiercią, szuka zapomnienia, odroczenia.
I dopiero u schyłku życia natrafia na kobietę, z którą chce żyć, choć do tej pory unikał stałych związków jak ognia. Ta nagła fascynacja rodzi obawy, a te przekształcają się w zazdrość i cofają w rozwoju do wieku nastoletniego, gdy ze śmiertelną powagą przeżywało się wszystkie rozterki miłosne. Kepesh, podobnie jak jeden z bohaterów Historii miłosnych Jerzego Stuhra, popełnia grzech zaniechania, bo, mimo wieku, niewątpliwego doświadczenia i mądrości życiowej, ciągle uczy się życia. Młoda pisarka, będąca gościem jego audycji, uświadamia mu na przykład, że nic na świecie nie może w pełni stać się jego własnością.
Kupisz piramidę w Egipcie, umrzesz, piramida wciąż będzie stać tam, gdzie stała. Nagła chęć posiadania i dziecinna wręcz zazdrość w wydaniu Kepesha powoli zmierzają w kierunku niezdrowej obsesji. Sprawia to, że w pewnym momencie film niebezpiecznie dryfuje w stronę schematu: „staruch wariuje na punkcie młodej panny i wszystko za chwilę zamieni się w thriller erotyczny z krwawym finałem. Na szczęście reżyser po chwili wyprowadza fabułę z tej ciemnej uliczki, pewną ręką prowadząc poważną opowieść do poważnego końca.
Ben Kinsley i Penelope Cruz, pochodzący z jakże odmiennych aktorsko półek dają prawdziwy, filmowy koncert na dwa serca, wolny od jakiegokolwiek fałszu.
Nie ma w Elegii taniego sentymentalizmu, choć uczucia skaczą jak po sinusoidzie, płacz miesza się z rozkoszą, rozkosz ze złością, złość z tęsknotą, tęsknota z seksem, a ten ze łzami. Jest dużo życiowej mądrości, jest i łyk gorzkiej prawdy o niemożliwej do zaspokojenia żądzy posiadania i świadomości nieuchronnego przemijania.
Jest jednak w tej szklance dziegciu i łyżeczka humoru. Czarnego, bo znajdującego swe miejsce w chwili śmierci przyjaciela Kepesha. I humoru gorzkiego, gdy nasz bohater żartuje, że młoda dziewczyna tylko dlatego poszła z nim do łóżka, żeby później opowiadać koleżankom, jak wygląda nagie ciało 70-latka. Jest wreszcie niezwykle inteligentny zwrot akcji, gdy Consuela dowiaduje się, że w walce z rakiem będzie musiała poświęcić jedną ze swoich piersi, które Kepesh zwykł nazywać dziełem sztuki – podobnie zresztą jak całe ciało ukochanej. Reżyser zdaje się tym zabiegiem formułować pytanie, czy Wenus z Milo byłaby wartościowszym dziełem sztuki, gdyby w zawierusze czasu nie straciła rąk.
To ironia losu czy wielka próba, na którą życie wystawia Kepesha? Czy jest gotów zabić w sobie wiecznego gówniarza „napalonego na cycki” i wejrzeć w skołataną duszę Consueli? Wszystko to sączy się niczym powolna melodia wygrywana na pianinie towarzysząca poczynaniom bohaterów. Ben Kinsley i Penelope Cruz, pochodzący z jakże odmiennych aktorsko półek dają prawdziwy, filmowy koncert na dwa serca, wolny od jakiegokolwiek fałszu. Mimo widocznego fizycznego dysonansu, nie można zaprzeczyć istnieniu między nimi prawdziwej ekranowej chemii. Tych dwoje potrafiło bez zbędnej ckliwości, we wciągający i pozbawiony elementów nudy sposób wiarygodnie rozegrać jednowątkową i tak naprawdę nieskomplikowaną historię, biorąc na swoje barki powodzenie całego projektu.
Oczywiście ogromna w tym zasługa świetnych dialogów i sprawnej reżyserii, a niebagatelny wpływ na – mimo wszystko – pozytywny wydźwięk całej historii ma kilka inteligentnych niedopowiedzeń oraz dobrze przemyślane otwarte zakończenie. Główną aktorską stawkę na drugim planie wspomaga troje dotrzymujących im kroku aktorów.
Wszystko w Elegii zdaje się być zbudowane z prostych elementów, zwyczajnych, nakreślonych grubą kreską postaci, banalnej w gruncie rzeczy historii, oklepanych schematów z obowiązkową chorobą ukochanej na końcu, i bez „żyli długo i szczęśliwie”. Jednak po złączeniu tych prostych elementów w całość otrzymujemy film nietuzinkowy, mądry, surowo oceniający wybory bohaterów. Film stawiający nieskomplikowane pytania o skomplikowane rzeczy, na które nie ma nieskomplikowanych odpowiedzi, a czasami żadnych. Niby wszystko takie proste i oczywiste, a tak bardzo pogmatwane. Zupełnie jak w życiu.
Tekst dedykuję mojej ślicznej żonie, która zabrała mnie na Elegię do kina (i dzięki jej za to), choć chciałem iść na Hellboya: Złotą armię albo drugi raz na Mrocznego Rycerza)
* – za Wikipedią.
** – za Pati, która uwielbia Penelopkę!
Tekst z archiwum film.org.pl (10.08.2008).
