Publicystyka filmowa
ZAPOMNIANE filmy SCIENCE FICTION lat 80., które TRZEBA znać
10 filmów SF, które warto sobie przypomnieć…
Tekst pierwotnie opublikowany 3.06.2021 r.
Jakiś czas temu przedstawiłem wam subiektywne zestawienie najciekawszych filmów science fiction lat 90. [TUTAJ], które z jakichś przyczyn uległy zapomnieniu. Idąc dalej tym tropem, prezentuję zestawienie filmów SF lat 80. Są to tytuły, o których mało się dziś słyszy, a które w latach, gdy powstawały, zostały skutecznie przekrzyczane przez inne głośne premiery, takie jak Łowca androidów, Coś, E.
T.
Cudowna mila (1988), reż. Steve De Jarnatt
Ten film to podręcznikowy przykład tego, w jaki sposób stopniować napięcie.
Wszystko zaczyna się niewinnie, bo od wizyty w kawiarni. W pewnym momencie dzwoni telefon. Głos po drugiej stronie słuchawki mówi bohaterowi, że za 70 minut jego miasto obróci się w pył za sprawą ataku nuklearnego. Co ma robić? Spokojnie dopić kawę, uznając te rewelacje za głupi żart, czy może zacząć się pakować? Film Steve’a De Jarnatta to brawurowy, ze wszech miar znakomity przykład kina katastroficznego, przybliżający widowni emocje doświadczane przez ludzi tuż przed wielkim wybuchem, po którym najczęściej następuje epoka postapokaliptyczna. Widziałem ten film dwa razy, dwa razy siedząc na krawędzi fotela, nerwowo spoglądając na wydarzenia obrazowane na ekranie.
Ostatni gwiezdny wojownik (1984, reż. Nick Castle
Zaskakująco udany film przygodowy obudowany kostiumem kina science fiction, na który lata temu kilkukrotnie udało mi się natrafić w telewizji. Dziś jednak, mam wrażenie, pamięć o nim powoli umiera, choć z pewnością Ostatni gwiezdny wojownik ciągle ma swoich wiernych fanów.
To wciąż bardzo przyjemne w obyciu widowisko, nakręcone w duchu popularnego w latach 80. kina Nowej Przygody, silnie inspirowanego ówczesnym Spielbergiem. Fajny bohater, fajna historyjka przetwarzająca schemat zero to hero, fajne akcje, fajna oprawa wizualna. Wszystko tu jest po prostu fajne, przez co seans upływa całkowicie bezboleśnie, a wspomnienia o filmie także układają się w coś, do czego chciałoby się wrócić.
Wzór piękności (1981), reż. Michael Crichton
Jak wiemy, kobieta jest w stanie zrobić wiele, by wyglądać pięknie. Za tą myślą, stojącą u podwalin medycyny estetycznej, poszedł nie kto inny, a sam Michael Crichton, późniejszy autor literackiego pierwowzoru Parku Jurajskiego, który w latach 70. i 80. kręcił tak z SF, jak i sensacją. Scenariusz jego autorstwa opowiada o niebezpiecznym procederze twórców reklam, wymagających od aktorek perfekcyjnej urody w celu dopasowania się do algorytmu.
Siłą rzeczy kobiety trafiają do pewnego chirurga plastycznego. Ten nie interesowałby się sprawą, gdyby nie seria samobójstw jego pacjentek. Wzór piękności ogląda się z zaciekawieniem, choć na pewnym etapie seansu może razić jego tempo oraz dość naciągane sceny akcji. Niemniej jednak jest to interesująca pozycja, w dodatku trafnie przewidująca przyszłość.
Reanimator (1985), reż. Stuart Gordon
Iście spektakularne połączenie horroru i kina science fiction. Wyjątkowo twórcza trawestacja mitu o Frankensteinie, czyli odwiecznym dążeniu do przezwyciężenia ciążącego na człowieku piętna śmierci. Co jednak najbardziej zaskakujące, całość mieści się w klasyfikacji kina klasy B, ze względu na wylewający się z ekranu camp.
Mnie ten film rozbawił do łez; podczas seansu czuć, że twórcom nie zależało na powadze, tylko po prostu na dobrej zabawie. Udziela się to na ekranie zwłaszcza w scenie, w której gadająca odcięta głowa staje się seksualnym drapieżnikiem, oraz gdy po laboratorium latają różne części ciała. Nie dziwię się, że pomysł szalonego naukowca wynajdującego remedium na śmierć postanowiono później kontynuować w sequelach, choć nigdy nie doskoczyły one do jakości oryginału.
Odległy ląd (1981), reż. Peter Hyams
W science fiction niejednokrotnie zdarzało się, że jako kanwę scenariuszy wykorzystywano historie z zaplecza westernu. Wystarczyło Dziki Zachód zamienić na jakąś odległą planetę lub stację kosmiczną, a z rąk bohaterów wyjąć rewolwery i zamienić na laserowe strzelby. Tym właśnie tokiem myślenia poszedł poniekąd twórca filmu Odległy ląd, Peter Hyams.
Zaprosił do współpracy samego Seana Connery’ego, proponując mu wcielenie się w rolę szeryfa w fantastycznonaukowej wersji klasycznego westernu W samo południe. Efekt może nie jest piorunujący, bo Odległy ląd to dość przewidywalne widowisko, ale jednego nie można mu odmówić – świetnego klimatu, budowanego bardzo dobrą scenografią i precyzyjnymi zdjęciami.
The Quiet Earth (1985), reż. Geoff Murphy
To jeden z tych filmów postapokaliptycznych, który nigdy nie łapie się do gatunkowej czołówki, choć bardzo na to zasługuje. Na pewno natomiast nie zasłużył sobie na zapomnienie. Mamy tu do czynienia z kolejną wariacją motywu znanego z Ostatniego człowieka na Ziemi. Zac budzi się pewnego dnia i spostrzega, że na świecie został tylko on i pewna tajemnica do wyjaśnienia.
Nie ujrzycie tu znanych twarzy. Oprawa wizualna nie powali was na kolana. Fabuła jednak na tyle mocno was wkręci, że z zapartym tchem obejrzycie ten film do końca. Niezwykły, nieco senny klimat sprawi z kolei, że seans Quiet Earth dopiszecie do tych z kategorii „niezapomniane”.
Robot Jox (1989), reż. Stuart Gordon
Swego czasu zrobił na was wrażenie Pacific Rim? Z nostalgią wspominacie Power Rangers? Myślicie, że wielkie mechy pojawiały się wcześniej tylko w serii o Godzilli? Koniecznie zapoznajcie się z filmem Robot Jox reżyserii Stuarta Gordona (twórcy takich kultowców jak wspomniany tu Reanimator czy wspominana w zestawieniu lat 90.
Forteca). Na widok tak spektakularnego rozmachu szczęka może nie raz opaść wam z wrażenia. Oczywiście mamy tu przykład kina klasy B pełną gębą, drętwe aktorstwo, a fabułkę banalną, że hej, ale bez bicia muszę przyznać, że podczas seansu po latach nadal robiły na mnie wrażenie te otłukujące się wielkie roboty. Animacja poklatkowa przeplata się tu z ożywionymi miniaturami, ale kunsztu i inwencji speców od montażu i efektów specjalnych odmówić się po prostu nie da. Gorąco zachęcam do odkopania tego tytułu i przeżycia bezpretensjonalnej przygody.
Burza mózgów (1983), reż. Douglas Trumbull
W zestawieniu zapomnianych SF lat 90. pisałem o filmie New Rose Hotel z Christopherem Walkenem w roli głównej. Najwyraźniej aktor, wbrew swym dokonaniom, słabo kojarzy się z science fiction, ponieważ także w latach 80. pojawił się w filmie, o którym dziś niewielu widzów pamięta. Nie powiem, że Burza mózgów w jakiś sposób na to zapomnienie sobie nie zasłużyła.
Bo zasłużyła. Historia SF zna kilka innych przykładów filmów cyberpunkowych, które bardziej błyskotliwie mierzyły się z tematyką życia, śmierci i technologii mającej pomóc w zrozumieniu egzystencjalnych tajemnic. Ale nie da się odmówić Burzy mózgów ambicji. Nie da się też odwieść od zaciekawienia, które raz wywołane pozostaje z nami do końca seansu.
Gwiezdny przybysz (1984), reż. John Carpenter
Science fiction Johna Carpentera z lat 80. to przede wszystkim Ucieczka z Nowego Jorku, Oni żyją i rzecz jasna Coś. Ale jest jeszcze Gwiezdny przybysz, o którym także warto pamiętać. To przede wszystkim dość zaskakujący, nietypowy i brawurowy popis aktorstwa Jeffa Bridgesa, który dostarcza w filmie twarzy rozumnej istocie pozaziemskiej.
Fabuła rozwija się dość topornie, przez co w niektórych momentach wielkiej różnicy nie zrobi nam, gdy na moment oderwiemy wzrok od ekranu, bo i tak niewiele się w filmie dzieje. Trudno jednak odmówić Gwiezdnemu przybyszowi bycia wyjątkowo oryginalnym przykładem realizacji założeń fantastyki kontaktowej, w tym wypadku kładącej nacisk nie tyle na chęć straszenia kosmitami, co ukazanie ich w świetle społecznego zagubienia. Metafora inności zadziałała tu w sposób trafny.
Eksperyment Filadelfia (1984), reż. Stewart Raffill
Dość ubogi realizacyjnie film, który jednak przykuł moją uwagę z racji realizacji wyjątkowo ciekawego konceptu, z zaplecza zjawisk paranormalnych. Fabuła produkcji przytacza bowiem pewien legendarny już eksperyment przeprowadzony rzekomo przez marynarkę wojenną USA w dniu 28 października 1943 roku.
Eksperyment, w którym – dodajmy – maczali ponoć palce Albert Einstein i Nikola Tesla. Chodziło o stworzenie technologii mającej uczynić amerykańskie okręty wojenne niewidzialnymi i niewykrywalnymi dla radarów wroga. Co się dzieje z załogą okrętu tuż po zniknięciu, dowiadujemy się właśnie z Eksperymentu Filadelfia. Zdradzę tylko, że blisko jest tym rozwiązaniom do mającego premierę rok później Powrotu do przyszłości.
