search
REKLAMA
Archiwum

HEJ, SKARBIE. Czarnoskóra dziewczyna współczesnym Hiobem

Anna Dranikowska

17 sierpnia 2020

REKLAMA

Hej, skarbie Lee Danielsa przełamuje schemat, zgodnie z którym filmy dzielimy na optymistyczne – amerykańskie i pesymistyczne – europejskie. Ale tylko pozornie.

Historia Claireece Precious Jones ma wiele wspólnego z opowieścią o biblijnym Hiobie, doświadczanym przez Boga całą serią plag i kataklizmów. Współczesny Hiob jest szesnastoletnią, czarnoskórą dziewczyną, o ogromnej nadwadze i chorych relacjach z rodzicami. Bardzo chorych – Precious jest regularnie gwałcona przez ojca, z którym ma dwójkę dzieci, w tym jedno upośledzone. Matka dziewczyny znęca się nad nią zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Do tego dochodzi fatalny kontakt z rówieśnikami, brak przyjaciół, AIDS i niemożność zdobycia zasiłku. Niemożliwe? A jednak. I w tym momencie, z materiałem, który w kinie europejskim oznaczałby film krótkometrażowy zwieńczony nieefektownym samobójstwem, Amerykanin Lee Daniels dopiero rozwija wątek. Okazuje się bowiem, że kolejne plagi, których wymiar przekracza percepcję normalnego widza, głównej bohaterki nie zabijają, wręcz przeciwnie, zdają się ją jeszcze bardziej wzmacniać.

Nasz współczesny Hiob nie oglądając się na Boga postanawia żyć dalej i realizować swoje marzenia. Precious (bardzo efektownie debiutująca Gabourey Sidibe) przede wszystkim chciałaby być sławna, najlepiej bogata i mieć przystojnego, kochającego chłopaka i własną sesję w magazynie o modzie. Naiwne? Nie do końca, bo też kto z nas tego nie chce. Ponieważ jednak tego rodzaju marzenia trzeba odłożyć na półkę na czas nieokreślony, Precious postanawia zrealizować marzenie bardziej przyziemne – chodzić do szkoły, nauczyć się czytać, pisać i wreszcie – zdać maturę. Okazuje się, że w świecie, w którym życie kręci się wokół jedzenia, telewizji i regularnej walki o zasiłek, to też nie jest proste.

Gdyby Hej, skarbie wyreżyserował biały reżyser oskarżenie o rasizm padłoby niechybnie. Film oscyluje na granicy poprawności politycznej a czarny Harlem lat osiemdziesiątych to wylęgania zła wszelkiego: kazirodztwo, narkotyki, toksyczni rodzice, trudne dzieci. Dla przeciwwagi niemal na każdym kroku podkreślany jest uprzywilejowany status białych – to oni są kuratorami, to oni podejmują decyzję o przyznaniu czy odebraniu zasiłku, wreszcie biali, zgodnie ze słowami matki Precious: będą zawsze mówić, co mamy robić. Piękniejsza rzeczywistość istnieje wyłącznie w wyobraźni i przypomina, niestety, nic innego jak tylko błyszczący folder reklamowy.

Po takiej serii dosadnych ujęć nadchodzi jednak czas na mocny, optymistyczny – amerykański przekaz. Na szczęście jest społeczność. To nie Bóg, ani nie państwo pomogą Precious – urzędnicy państwowi reagują na kolejne nieszczęścia dziewczyny podobnie do widzów – to ich po prostu przerasta. Są za to ludzie. Dobrzy, obcy ludzie (i pewnie tylko przypadkiem “obcy ludzie” mają twarze Mariah Carey czy Lenny’ego Kravitza), na których bezinteresowną pomoc i zaangażowanie można liczyć. Wiarę w ludzi trzeba mieć. I przede wszystkim trzeba mieć wiarę w siebie. Jest w filmie scena, w której Precious popchnięta upada. Po chwili podnosi się i idzie dalej. To przesłanie jest bardzo czytelne, bardzo uniwersalne. I bardzo ciekawe w kontekście pogłębiającego się kryzysu w USA. Nie potrafię się zdecydować czy podsumować to raczej pesymistycznym: zaciśnij zęby i żyj, czy optymistycznym – yes, we can!

Warto momentami zacisnąć zęby i obejrzeć film chociażby dla świetnej Mo’Nique nagrodzonej Oscarem za rolę matki Precious. Specjalne podziękowania należą się w tym miejscu polskim dystrybutorom, którzy po roku rozważań zdecydowali się jednak wprowadzić film na krajowe ekrany. Finałowy monolog w wykonaniu Mo’Nique – wstrząsający. Aż szkoda, że nie jest ostatnią sceną filmu. No, ale to by było zbyt europejskie.

Tekst z archiwum Film.org.pl (20 listopada 2010)

Avatar

Anna Dranikowska

REKLAMA