Connect with us

Publicystyka filmowa

ZAPOMNIANE filmy SCIENCE FICTION lat 90., które TRZEBA znać

Odkryj ZAPOMNIANE FILMY SCIENCE FICTION lat 90., które mimo upływu czasu wciąż zachwycają i zasługują na drugą szansę!

Published

on

ZAPOMNIANE filmy SCIENCE FICTION lat 90., które TRZEBA znać

Tekst pierwotnie opublikowany w 2020 roku.

Tak jak lata 90. były dobre dla kinematografii ogółem, tak dobre były też dla samego gatunku science fiction. W trakcie trwania tej dekady doszło bowiem do kilku istotnych przełomów, głównie realizacyjnych, które popchnęły twórców fantastyki naukowej o krok dalej. Od razu nasuwają się przykłady takich filmowych petard jak Terminator 2: Dzień sądu, Park Jurajski czy kultowy Matrix.
Advertisement

Gdzieś pomiędzy tymi gigantami powoływano do życia produkcje znacznie mniejsze, aczkolwiek tworzone z nie mniejszym zapałem. Co zadecydowało, że stały się mniej popularne? Czasem była to kwestia przypadku, czasem zaszkodziła premiera pośród bardziej znanych tytułów, czasem mizerny marketing, a czasem to, że film udawał coś wielkiego, podczas gdy grzązł w przeciętności. Każdy z tych zapomnianych już filmów lat 90. które wymieniłem w poniższym zestawieniu, ma jednak na tyle wyraźne atuty (chociażby obsadowe), że warto dać mu szansę po latach.

Ucieczka przez czas

Jeśli ciekawi was, w jaki sposób swoje pierwsze kroki w fantastyce naukowej stawiał David Twohy, autor serii filmów opowiadającej o przygodach kosmicznego buntownika, Richarda B. Riddicka, koniecznie zapoznajcie się z Ucieczką przez czas z 1992 roku. To zgoła inny styl i zgoła inne wrażenia, bo bliżej temu filmowi do kina familijnego niż brutalnej przygody, acz po prawdzie nie jest ani jednym, ani drugim. Istotnymi elementami fabuły Ucieczki przez czas są tajemnica i poczucie winy.

Bohater grany przez Jeffa Danielsa przed laty stracił żonę w wypadku samochodowym. Teraz, gdy samotnie opiekuje się córką, stara się przywrócić życie na właściwe tory, prowadząc własny biznes – pensjonat ulokowany w małej, atrakcyjnej turystycznie mieścinie. Ku jego zaskoczeniu już wkrótce przybywają do niego pierwsi klienci, zachowując się przy tym bardzo dziwnie. Jaką tajemnicę przywlekli ze sobą wraz z bagażami? Zabawy psuć nie będę, ale nadmienię jedynie, że bohater będzie miał okazję zasmakować podróży przez czas w celu odkręcenia kilku niefortunnych wydarzeń. Jeff Daniels za dwa lata pokaże światu swój talent komediowy w pamiętnym Głupim i głupszym.

Advertisement

Tu zatem oglądamy go w kolejnej solidnej roli dramatycznej. Co ciekawe, partneruje mu dziewczynka, która za rok wejdzie na plan Parku Jurajskiego – Ariana Richards. Szkoda, że słuch o niej zaginął.

Forteca

Dla jednych Christopher Lambert to Raiden w Mortal Kombat. Dla innych, w tym dla mnie, to przede wszystkim Nieśmiertelny. Znajdą się pewnie i tacy, którzy wspominają go głównie z występu w tym B-klasowym więziennym SF z 1992 roku. I cóż, uroku temu filmowi odmówić się nie da. Nie wiem, czy chodzi o błysk w oku i zawadiacki uśmieszek Lamberta, kierowanego motywacją odzyskania żony, czy może raczej w tym wypadku zadecydował dystopijny klimat, budowany dobrą muzyką i równie dobrą scenografią oryginalnego, nowoczesnego podziemnego więzienia.

Advertisement

Coś sprawiło, że bawiłem się podczas oglądania tego filmu wyśmienicie. Kiczu jest tu sporo, ale doceniam wysiłki twórców chociażby w dziedzinie efektów specjalnych, gdyż widać w nich solidnie odrobione zadanie domowe i chęć zaimponowania widzowi. Dodajmy do tego wyrazistego i dość oryginalnego antagonistę o twarzy Kurtwooda Smitha (który załatwił sobie tę rolę występem w RoboCopie) oraz pobrzmiewający w tle wątek przeludnienia i chęci jego kontrolowania, a otrzymamy kino warte odkurzenia podczas luźnego, przyjacielskiego seansu przy piwie.

Trzynaste piętro

Myślę, że podstawowym problemem Trzynastego piętra jest to, że zostało zakrzyczane przez głośniejszych krewnych. Film Josefa Rusnaka, opowiadający o technologii symulacji oraz balansowaniu na granicy jawy i snu, miał swoją premierę po tym, jak widzowie już zdołali poznać i zachwycić się takimi filmami jak Mroczne miasto czy przede wszystkim Matrix. Z tym ostatnim filmem ma Trzynaste piętro najwięcej wspólnego, gdyż oba dzieła miały premierę w 1999 roku, w odstępie zaledwie miesiąca. Pamiętam ten czas. Wszyscy zachwycali się rozmachem filmu Wachowskich, nie bardzo przejmując się tym, że na fantastycznonaukowej scenie pojawił się inny, skromniejszy gracz, który dodał do tematyki wirtualnej rzeczywistości nie mniej ciekawych wniosków. Warto, po stokroć warto przypomnieć sobie Trzynaste piętro, nawet jeśli po latach finalny twist nie ma już takiego impetu, a warstwa wizualna wydaje się w porównaniu do innych, zbieżnych tematycznie filmów wyjątkowo uboga. W tej skromności tkwi jednak siła Trzynastego piętra.

Advertisement

Uprowadzenie

Jeżeli jesteście zmęczeni konwencjonalnym podejściem do tematu inwazji obcych i bliskich kontaktów trzeciego stopnia, jeżeli męczy was, że w kinie zwykle pokazywane są one w sposób groteskowy i mało wiarygodny, polecam gorąco Uprowadzenie. Określiłbym ten film mianem dramatu, który za sprawą kierunku, jaki obiera fabuła, wchodzi w klasyczne ramy fantastycznonaukowe.

To jednak ludzie, nie kosmici, są tu na pierwszym planie. Historia wyjęta jakby z akt Archiwum X. W niewyjaśnionych okolicznościach znika chłopak, a świadkowie twierdzą, że za uprowadzenie odpowiedzialne są istoty z kosmosu. Kto im jednak uwierzy, jeśli w mediach i świadomości społecznej pokutuje przeświadczenie, że wzmianki o UFO należy wkładać między bajki, a sugestie o ukrywaniu przez rząd niewygodnych faktów traktować jako teorie spiskowe? Jeśli miałbym film z 1993 roku do czegoś przyrównać, to chyba najtrafniej będzie przywołać po prostu Bliskie spotkania trzeciego stopnia Spielberga z jednym zastrzeżeniem – wizja kontaktu z kosmitami w Uprowadzeniu jest równie bliska, ale znacznie bardziej negatywna.

Advertisement

Jest to film, który z założenia miał pewnie stanowić wodę na młyn wszystkich zwolenników teorii o latających spodkach i rzekomych porwaniach. Za sprawą tego, że nośnikiem tego dramatu są zwykli ludzie, a nie wybuchowe efekty specjalne, jest to jeden z najbardziej wiarygodnych przedstawicieli fantastyki kontaktowej.

Hotel New Rose

Film Abla Ferrary może dla przeciętnego widza okazać się dość wymagający. Co prawda fabuła jest prosta jak sznurek, ale sposób jej przekazania może niejednego znużyć. Przenosimy się do świata przyszłości, w którym rządzą dwie konkurujące ze sobą korporacje. Jedna próbuje podkupić drugą, podsyłając do ich największego umysłu seksowną kobietę.

Advertisement

Jej rolą jest zdobycie serca mężczyzny i przeciągnięcie go na stronę konkurencji. Narracja skonstruowana została w sposób ogółem nietypowy, acz typowy dla stylu samego reżysera. Zamiast liniowej fabuły oglądamy zlepek sensualnych scen obrazujących akty miłosne i dziwne rozmowy. Taki Christopher Walken zachowuje się niejednokrotnie jak pies spuszczony ze smyczy – improwizacje nie wychodzą mu najlepiej. Partnerują mu wyjątkowo stonowany Willem Dafoe i seksowna Asia Argento. Mimo że w drugiej części filmu (zwłaszcza w finale) więcej jest tu pseudointelektualnego bełkotu niż konkretnych przesłań, z filmem warto zapoznać się chociażby dlatego, że stanowi bardzo osobliwy przykład science fiction.

Cyberpunkowa przyszłość jest tu jedynie delikatnie zarysowanym tłem, zasugerowanym kilkoma gadżetami. Stanowi jedynie pretekst dla skrzyżowania dróg bohaterów i snucia intryg. Fani gatunku zwrócą pewnie uwagę także na to, że scenariusz został oparty na opowiadaniu o tym samym tytule autorstwa Williama Gibsona – znanego i cenionego pisarza SF. Hotel New Rose to zatem filmowa ciekawostka warta zweryfikowania.

Advertisement

Odwieczny wróg

Ktoś tu się chyba mocno Carpenterowskiego Cosia naoglądał. Odpowiedzialny za książkową i scenariuszową podstawę filmu Dean Koontz z pewnością inspirował się słynnym horrorem z 1982 roku, ale nie zostawia tej inspiracji samej sobie w skrypcie Odwiecznego wroga. Ponownie jest zimowo i klaustrofobicznie, ponownie atmosfera grozy rozkręca się bardzo powoli, ale miejsce akcji i rodzaj zagrożenia zdają się być o wiele bardziej złożone.

To wisząca nad wydarzeniami tajemnica oraz sposób, w jaki wiąże się ona ze spiskowymi teoriami naszych dziejów, wydaje się być głównym atutem filmu Joego Chappelle’a. Filmu dodajmy, wartego uwagi także ze względu na nagromadzenie znanych nazwisk w obsadzie. Mamy okazję zobaczyć raczkujące poczynania filmowe młodej Rose McGowan oraz równie młodego (bo zaledwie 26-letniego) Bena Afflecka, wcielającego się tu w miejskiego szeryfa. Na dokładkę Liv Schreiber w ciekawej, nieco szalonej roli oraz crème de la crème, legendarny Peter O’Toole w roli naukowca mającego rozgryźć całą zagadkę.

Advertisement

Film ma swoje problemy, głównie związane z tempem akcji, ale generalnie ogląda się go dobrze – przez większość czasu jest mrocznie, co w połączeniu z miejską ciszą oraz umiejętnościami głównego potwora niejednokrotnie skutkuje efektem solidnego wstrząsu.

Księżyc 44

Zanim Roland Emmerich stał się gigantem kina wysokobudżetowego za sprawą swoich katastroficznych wizji, zanim został okrzyknięty mianem Master of Disaster, nakręcił w swoich rodzimych Niemczech, acz przy udziale amerykańskich aktorów, film science fiction rozgrywający się w kosmosie. Akcja Księżyca 44 przenosi nas w czas, gdy wyczerpały się źródła zasobów naturalnych Ziemi.

Advertisement

Korporacje toczą zaciętą walkę w kosmosie o to, kto więcej znajdzie i kto więcej zdobędzie. Tytułowy księżyc jest jednym z miejsc z aktywnymi kopalniami wydobywczymi. Problem w tym, że pracujące tam roboty zaczynają znikać, dlatego agent Felix ma zbadać sprawę pod przykrywką, wspierając się grupką skazańców. Lubię Księżyc 44 przede wszystkim za jego szorstkość i zdjęcia spowite mrokiem, za scenografię okrytą brudem i osnutą dymem. Lubię go za uzyskany w ten sposób klimat. Lubię też występy Malcolma McDowella i Briana Thompsona. To zupełnie inna skala i zupełnie inny efekt niż to, co Emmerich zaprezentował światu lata później, przy okazji Gwiezdnych wrót czy Dnia Niepodległości, gdyż reżyser dysponował przy Księżycu 44 nieporównanie mniejszym budżetem. Ale i tak warto dla tego osobliwego klimatu staroszkolnego kina SF.

Spotkanie

Nim Charlie Sheen spoczął na laurach, znajdując bezpieczną posadę w Dwóch i pół, i nim to wszystko stracił za sprawą licznych skandali seksualnych i narkotykowych, stworzył bardzo ciekawą rolę w bardzo ciekawym filmie science fiction. Spotkanie z 1996 roku opowiada o astronomie pracującym na teleskopie radiowym, któremu udało się wyodrębnić sygnał pochodzący z dalekich sfer kosmosu.

Advertisement

Tak mu się przynajmniej wydaje, choć nikt nie daje mu wiary. Za rozpowiadanie bajek w końcu wylatuje z roboty. Jak to zwykle bywa w tego rodzaju paranoicznych historiach, to bohater, który odkrywa, że teorie spiskowe mają więcej prawdy niż kłamstwa, okazuje się mieć pełną rację. Finał Spotkania jest wstrząsający i tym, którzy oglądają film po raz pierwszy, może wydać się sporym zaskoczeniem. Choć wytrawni fani science fiction z pewnością będą w stanie rozwój akcji przewidzieć, nie zmienia to faktu, że Spotkanie ogląda się dużym napięciem. Za reżyserię tego filmu również odpowiada wspominany już w tym zestawieniu David Twohy.

Freejack

Casus podobny do Odwiecznego wroga czy Hotelu New Rosegwiazdy w osadzie, a efektu brak, film zamiast świecić przez lata, pogrążył się w zapomnieniu. Nie pomógł rzutki Emilio Esteves (swoją drogą brat Charliego Sheena, także wymienionego w tym rankingu), nie pomógł złowieszczy Mick Jagger, robiący sobie tym filmem przerwę od koncertów.

Advertisement

Nie pomógł nawet wyborny jak zawsze Anthony Hopkins i błyszcząca na drugim planie Rene Russo. Nie pomogła sprawdzona tematyka, po raz kolejny bawiąca się podróżami w czasie, tym razem serwująca schematy w nieco bardziej efektowny sposób, z dużą dozą futurystycznej akcji. Nie każdemu się ta formuła balansowania na granicy kiczu spodobała – film zaliczył finansową klapę. Ja seans Freejack wspominam bardzo dobrze: aktorzy grają charyzmatycznie, fabuła niejednokrotnie pozytywnie zaskakuje, niewiele więcej jest tu potrzebne. Nie zgadzam się zatem z jednogłośnym lokowaniem tego filmu w odmętach zapomnienia.

Mężowie i żona

Na koniec akcent komediowy. Kto dziś pamięta, jak efektownie został sklonowany na ekranie Michael Keaton? Film był w swoich czasach bardzo drogi, ponieważ jego budżet wyniósł 45 milionów dolarów. Zapewne najwięcej kosztowała postprodukcja z efektami specjalnymi na czele, której celem głównym było zgrabne multiplikowanie bohatera w poszczególnych scenach.

Advertisement

Z punktu widzenia finansowego wysiłek twórców niestety się nie opłacił, bo film zarobił zaledwie połowę zainwestowanej kwoty. Nie można jednak powiedzieć, że w tym wypadku wartość wpływów jakkolwiek odpowiada jakości filmu. To bardzo dobry, zrobiony ze smakiem, miły w obyciu film, który wyszedł spod ręki specjalisty w wywoływaniu na naszych twarzach uśmiechu, Harolda Ramisa, i został brawurowo zagrany przez Michaela Keatona. Stanowi też miłe wspomnienie urody, wdzięku i klasy Andie MacDowell. Zachęcam do jego powtórki.

Po więcej tekstów autora na temat filmów science fiction zapraszamy do „Fantastycznego cyklu”.

Advertisement

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *