Publicystyka filmowa
Coś na rzeczy, czyli rzecz o COŚ. Filmy, książki i gry należące do kultowego uniwersum
Kultowe COŚ w reżyserii Johna Carpentera to niezwykły horror, który łączy gatunki i wciąga widza w mroczny świat zagadek.
Autorem tekstu jest Piotr Żymełka.
Nakręcone w 1982 roku Coś Johna Carpentera stanowi dla mnie najlepszy przykład tego, że naprawdę dobre wytwory popkultury, wymykają się wszelkim zaszeregowaniom. Osobiście bowiem nie przepadam za horrorami, a także nie lubię gore. Tymczasem dzieło amerykańskiego reżysera można przyporządkować do obu tych gatunków, a mimo to uważam je za jeden z najwspanialszych tytułów w dziejach kina i bez namysłu stawiam na mojej liście top 10 wszech czasów. Po prostu ma w sobie to… coś. Przyjrzyjmy się bliżej marce, ponieważ, jak to zwykle bywa, film stanowi właściwie wierzchołek góry lodowej.
Kim jesteś?
Zacznijmy od początku, czyli od roku 1938. Wtedy to John W. Campbell Jr, znany amerykański pisarz poruszający się w obrębie science-fiction, opublikował mikropowieść pod tytułem „Who goes there?”. Opowiada ona o grupie naukowców na Antarktydzie, którzy odkrywają zagrzebany głęboko w wiecznej zmarzlinie statek kosmiczny. Badając sensacyjne znalezisko, napotykają na zamrożone szczątki pozaziemskiej istoty. Wkrótce okazuje się, że organizm wciąż żyje, a na domiar złego posiada umiejętność imitowania innych form życia oraz potrafi czytać w myślach.
Od tej pory uwięzieni na odciętym od świata lodowym pustkowiu mężczyźni nie wiedzą, kto jest człowiekiem, a kto już został zasymilowany. W ich szeregi wkrada się paranoja, a panika przejmuje kolejne umysły…
Z dzisiejszego punktu widzenia mikropowieść mocno się zestarzała. Wprawdzie pomysł wyjściowy jest rewelacyjny, jednak narracja nie wykorzystuje w pełni potencjału drzemiącego w historii. Co nie znaczy, że czyta się to źle. Po prostu pozostaje wrażenie niedosytu. Treść nie oddziałuje na wyobraźnię czytelnika tak mocno, jak powinna, a całość przez to nie straszy, nie wywołuje uczucia niepokoju. Losy postaci śledzi się z niejakim zaciekawieniem, ale nie z wypiekami na twarzy. Wczucia się w klimat zagrożenia nie ułatwia brak protagonisty – mamy tu właściwie bohatera zbiorowego, co nie pozwala wątkom należycie wybrzmieć.
Dodatkowo autor zawarł w tekście mnóstwo szczegółów technicznych, co zgadza się wprawdzie z paradygmatem Campbella, by pisarz wiedział na dany temat więcej niż czytelnik, ale w zasadzie tylko zaciemnia obraz i stanowi zbędny balast.
Co ciekawe, istniała dłuższa, pierwotna wersja „Who goes there?”, którą sam autor postanowił skrócić jeszcze przed publikacją. Wyrzucił kilka pierwszych rozdziałów i napisał nowy początek. Pierwotny tekst nie ujrzał światła dziennego aż do 2018 roku, kiedy to biograf Campbella, Alec Nevala-Lee, znalazł go, przeglądając papiery udostępnione przez bibliotekę jednego z uniwersytetów.
Zachwycony znaleziskiem, postanowił je wydać. Udana kampania crowfundingowa sprawiła, że czytelnicy mogą dziś nacieszyć oczy oryginalną wersją historii, zatytułowaną „Frozen Hell”. Stanowi ona właściwie tylko ciekawostkę, rozwlekły początek, słusznie usunięty w ostatecznym tekście przez Campbella, nie wciąga w opowieść i zwyczajnie w świecie nuży.
Obie wersje ukazały się w Polsce. Krótsza w 1990 roku w czasopiśmie „Fenix”, dłuższa, nakładem wydawnictwa Vesper w 2019 roku.
Istota z innego świata
Tekst znalazł wkrótce drogę na ekran kinowy – trzynaście lat po opublikowaniu, w 1951 roku, pojawił się film Istota z innego świata (org. The Thing from Another World). Za jego reżyserię odpowiadał Chrystian Nyby, a producentem był Howard Hawks, ale do dzisiaj trwają spory, kto tak naprawdę siedział za sterami projektu.
Film nie ma za wiele wspólnego z książką. Właściwie pożycza z literackiego oryginału tylko punkt wyjściowy (co ciekawe akcja rozgrywa się na Biegunie Północnym, czyli po drugiej stronie globu niż w pozostałych historiach). Obcy organizm nie posiada tu umiejętności imitacji innych form życia (choć oryginalnie twórcy chcieli zawrzeć ten koncept, jednak brakło funduszy), a jest w zasadzie wyewoluowanym warzywem. Z wyglądu przypomina nieco potwora Frankensteina, przez co filmowcy unikali zbliżeń na jego sylwetkę. Sam odtwórca roli, James Areness, też nie był przesadnie zadowolony z efektu i nie pojawił się nawet na premierze.
Fabuła i środki, którymi twórcy straszyli widza w latach pięćdziesiątych trącą dziś myszką i mogą wywoływać uśmiech politowania. Podczas seansu nie czuć w ogóle atmosfery grozy, a i bohaterowie zdają się raczej dobrze bawić, niż bać o swoje życie. Oprócz tego mamy tu wyraźnego protagonistę, a także jego dziewczynę (co stanowi kolejne odstępstwo od książki, gdzie bazę zamieszkiwało wyłącznie męskie towarzystwo) oraz, dość stereotypowego szalonego naukowca, pragnącego wykorzystać właściwości organizmu do własnych celów.
Jednak patrząc z perspektywy współczesnych filmowi widzów, Istota z innego świata mogła być uznawana za pełnoprawny horror. Produkcja Hawksa została nawet wpisana na Amerykańską Listę Dziedzictwa Narodowego, a w wielu kręgach dzierży status kultowej. Kończące film zdanie „Obserwujcie przestworza!” (org. „Keep watching the skies!”) było wielokrotnie cytowane i trafnie oddawało paranoję związaną z UFO w Ameryce lat 50, a także obawy przed atakiem komunistów. „Istota z innego świata” z pewnością natomiast zrobiła ogromne wrażenie na nastoletnim Johnie Carpenterze i stanowi jeden z jego ulubionych filmów, co ma niebagatelne znaczenie dla dalszego ciągu tej opowieści.
Pociąg do straszenia
Jednak zanim przejdziemy do dzieła z 1982 roku, zatrzymajmy się na chwilę dekadę wcześniej. Wtedy to bowiem, w 1972 roku, na ekrany kin wszedł Pociąg grozy (org. Horror Express) w gwiazdorskiej obsadzie – pojawiają się w nim Peter Cushing, Christopher Lee oraz Telly Savalas. Film rozgrywa się w 1906 roku i opowiada o pewnym antropologu (w tej roli Lee), który w pociągu relacji Szanghaj-Moskwa wiezie zamrożone zwłoki prehistorycznej, humanoidalnej istoty. Naukowiec liczy, że udało mu się znaleźć brakujące ogniwo w teorii Darwina. Jednak wkrótce zaczynają ginąć ludzie…
Film stanowi koprodukcję hiszpańsko-amerykańską i jest luźno oparty na mikropowieści Campbella. Powstał, ponieważ producent Bernard Gordon miał dostęp do pociągu, przystosowanego do realizacji zdjęć i wpadł na pomysł, by poszukać scenariusza, w którym można by go wykorzystać. Jednocześnie dysponował prawami do oryginalnego tekstu i postanowił połączyć obie te rzeczy. Udało się namówić Cushinga i Lee do zagrania głównych ról. Savalas pojawił na ekranie gościnnie.
Pociąg grozy zebrał pozytywne recenzje, a w pewnych kręgach dorobił się miana kultowego. Warto dodać, że poza kilkoma pomysłami, nie czerpie on zbyt dużo z literackiego oryginału, jednak warto o nim pamiętać, ponieważ zestarzał się całkiem nieźle i nawet dzisiaj można obejrzeć go z zainteresowaniem, a także jest to jeden z nielicznych filmów, w których Peter Cushing oraz Christopher Lee (prywatnie wielcy przyjaciele) występują po tej samej stronie barykady. W produkcjach legendarnej wytwórni Hammer zazwyczaj odgrywali antagonistów.
Terror nabiera kształtu
W połowie lat siedemdziesiątych producenci David Foster, Lawrence Turman oraz Stuart Cohen wpadli na pomysł ponownego zekranizowania tekstu Campbella, tym razem wiernie. Cohen zasugerował zatrudnienie swojego znajomego, Johna Carpentera, ale włodarze studia Universal chcieli kogoś bardziej znanego. Ich wybór padł na Tobe Hoopera, twórcę Teksańskiej masakry piłą mechaniczną z 1974 roku. Hooper planował jednak, by film był horrorem z elementami slapstickowej komedii, swoistą wersją Moby Dicka, rozgrywającą się na Antarktydzie.
Ponadto miał stanowić sequel, a zarazem remake „Istoty z innego świata”. Producenci widzieli to zupełnie inaczej, pożegnali Hoopera i zagadnęli Johna Landisa (twórcę W krzywym zwierciadle: Menażerii, Blues Brothers, Amerykańskiego wilkołaka w Londynie, i późniejszych Nieoczekiwanej zamiany miejsc oraz Szpiegów takich jak my). Nie osiągnięto jednak konsensusu i projekt został wstrzymany. Dopiero sukces Obcego – ósmego pasażera Nostromo przekonał ich, by reaktywować porzuconą ideę.
Scenarzystą został Bill Lancaster (syn aktora Burta Lancastera). Powrócono też do pomysłu zatrudnienia Johna Carpentera, opromienionego w międzyczasie sukcesami Halloween” oraz Mgły. Ten zgodził się zasiąść na krześle reżysera, ale bardzo mu zależało, by Coś nie był kolejnym, sztampowym potworem, odgrywanym przez aktora w kostiumie. Jednocześnie chciał stworzyć historię, w której główni bohaterowie to poważni, oczytani naukowcy, a nie grupa wrzeszczących nastolatków.
Bill Lancaster pisał scenariusz z myślą, by główne role zagrali Harrison Ford i Clint Eastwood. Później wysuwano jeszcze kandydatury Christophera Walkena oraz Jeffa Bridgesa. Nie udało się jednak nakłonić aktorów do współpracy i na ekranie pojawiają się, by wymienić tylko tych bardziej znanych: Kurt Russell, Wilford Brimley, Keith David oraz Donald Moffat. Russell ze swoją ikoniczną brodą, w kowbojskim kapeluszu, popijający J&B stworzył jedną z najbardziej pamiętnych kreacji w karierze, a i reszta obsady świetnie odgrywa swoich bohaterów. W odróżnieniu od wersji z 1951 roku, w wizji carpenterowskiej załoga antarktycznej stacji składa się jedynie z dwunastu mężczyzn.
Tym razem fabuła stanowi dość wierną ekranizację oryginalnego tekstu, choć oczywiście istnieją między nimi pewne różnice. Trzon historii jest jednak ten sam – naukowcy na Antarktydzie muszą zmierzyć się z istotą potrafiącą zmieniać kształty. Odcięci od świata, na środku smaganej wściekłymi, lodowatymi podmuchami białej pustyni, próbują opanować stopniowo ogarniającą ich paranoję. Nikt już nikomu nie ufa, każdy podejrzewa każdego. A obcy tylko czeka, by wykorzystać słabości ludzkiej psychiki…
W stosunku do literackiego oryginału, znacznie zredukowano liczbę bohaterów. Filmowy Coś nie potrafi również czytać w myślach, a akcję przeniesiono do czasów współczesnych (w momencie kręcenia). W tekście Campbella brak również wątku norweskiej bazy. Poza tym jednak, dzieło Carpentera jest ekranizacją doskonałą, nie do końca wierną, ale zdecydowanie piękną. Znany z umiejętności straszenia widzów reżyser wyciągnął z papierowej wersji wszystko co najlepsze i znacznie podkręcił. W efekcie tam, gdzie literacki oryginał nie do końca działał, film „dostarcza”. Próżno szukać drugiej produkcji z tak wspaniale oddanym klimatem paranoi, zaszczucia i poczucia nieuchronnej klęski wobec zdolności obcej formy życia.
Największą siłę carpenterowskiej wizji stanowią niedopowiedzenia – nie znamy motywacji kosmity, nie wiemy jaka jest jego prawdziwa forma, podobnie jak bohaterowie nie mamy pojęcia, kto już został zainfekowany, wreszcie, finał zostawia nas z jednym wielkim znakiem zapytania. Do dziś trwają spory odnośnie ostatniej sceny, a fani analizują film klatka po klatce, byle tylko znaleźć kolejne wskazówki prowadzące do odpowiedzi.
Coś był pierwszą wysokobudżetową produkcją Carpentera, który zdążył już dorobić się etykiety mistrza niskich budżetów. Wpompowane pieniądze widać na ekranie przede wszystkim w rewelacyjnych, całkowicie praktycznych efektach specjalnych autorstwa Roba Bottina (w jednej sekwencji wspomaganego przez Stana Winstona). Kolejne, coraz bardziej obrzydliwe metamorfozy obcego potęgują zagrożenie, w którym permanentnie przebywają bohaterowie.
Do dziś pamiętam własną reakcję na scenę defibrylacji Norrisa (Charles Hallahan) – rzadko zdarza mi się tak wysoko podskoczyć w fotelu. Niestety Akademia nie dostrzegła wybitnej pracy Bottina i „Coś” nie dostał nawet nominacji do Oscara, co może dziś zakrawać na herezję.
Równie wielkie cięgi należą się kapitule Złotej Maliny, która nominowała fantastycznie podkreślającą klimat grozy, a jednocześnie minimalistyczną ścieżkę dźwiękową Ennio Morricone (angaż kompozytora był dość nietypowym chwytem, bowiem dotąd Carpenter sam ilustrował muzycznie swoje filmy). Tym razem jednak sprawiedliwość ostatecznie zadziałała, aczkolwiek z opóźnieniem – włoski artysta dostał Oscara za muzykę do Nienawistnej ósemki Quentina Tarantino, w której wykorzystano duże fragmenty partytur z Coś.
Film wszedł do kin w ten sam dzień, co Łowca androidów, a kilka tygodni po E.T. Zarówno dzieło Ridleya Scotta, jak i Coś poniosły sromotną klęskę, tak artystyczną, jak i frekwencyjną. Ludzie, zachwyceni dobrodusznym kosmitą z produkcji Spielberga, nie chcieli oglądać krwiożerczego obcego i nie docenili enigmatycznego zakończenia. Niektórzy doszukują się w filmie również komentarza odnośnie epidemii AIDS, o której to chorobie zaczynało być wtedy głośno. Koniec końców, dzieło Carpentera zyskało należną sławę w obiegu kasetowym, po powtórkach telewizyjnych i później na rynku DVD i Blu-ray. Dzisiaj uznaje się je za jeden z najwybitniejszych horrorów w dziejach kina oraz najlepsze co wyszło spod ręki reżysera.
Ukazała się również adaptacja książkowa, napisana przez Alana Deana Fostera, znanego z przenoszenia filmów na papier (maczał palce między innymi w powieściach na podstawie sagi o Obcym oraz był ghostwriterem George’a Lucasa w przypadku „Nowej nadziei”). W Polsce opublikowano ją pod tytułem „Rzecz”, pod którym czasami można było spotkać również film.
Jest to pozycja o tyle istotna, że zawiera kilka sekwencji znajdujących się pierwotnie w scenariuszu, ale nie przeniesionych na ekran (w tym jedną długą, przedstawiającą pościg za zainfekowanymi psami).
Dopowiedzieć niedopowiedziane
Przez lata próbowano zrealizować dalszy ciąg historii opowiedzianej przez Carpentera. W 2003 roku jedna ze stacji telewizyjnych przymierzała się do nakręcenia miniserialu Return of the Thing, stanowiącego sequel, ale nic z tego nie wyszło. Z projektem łączony był Frank Darabont. Fabuła zaczynała się niedługo po zakończeniu filmu. Do zniszczonej amerykańskiej bazy trafiali Rosjanie, którzy zabezpieczając teren, próbowali odgadnąć co się w niej stało. Następnie historia przenosi się dwadzieścia lat do przodu.
Na pokładzie przelatującego nad pustynią w Nowym Meksyku samolotu relacji Moskwa – Los Angeles, jeden z pasażerów dostaje ataku serca. W rzeczywistości człowiek ten jest zainfekowany przez obcy organizm. Maszyna awaryjnie ląduje i cała zabawa zaczyna się na nowo. Oprócz miniserialu, o kontynuacji kilka razy przebąkiwał również sam Carpenter, jednak nigdy nie doszło do realizacji.
W końcu postanowiono stworzyć prequel, przybliżający widzom, co stało się w bazie Norwegów, którą w Coś odwiedzają MacReady (Kurt Russell) i dr Copper (Richard Dysart). Na fotelu reżysera zasiadł Matthijs van Heijningen Jr, a w rolach głównych pojawili się Mary Elizabeth Winstead oraz Joel Edgerton. Odgrywali oni Amerykanów, goszczących w norweskiej bazie, co miało uzasadnić fakt używania przez postacie języka angielskiego (i uniknąć zmuszania amerykańskich widzów do czytania napisów).
Film, zatytułowany… Coś, wszedł na ekrany w 2011 roku i został przyjęty dość chłodno. Zarzucano mu, że stanowi tak naprawdę zakamuflowany remake, bo trzon historii jest identyczny z filmem Carpentera. Co więcej, wydawało się, że tytułowa istota zachowuje się całkowicie inaczej, niż w wersji z 1982, choć wydarzenia rozgrywają się przecież ledwie kilkanaście godzin wcześniej. Oczywiście można to lepiej lub gorzej wytłumaczyć, jednak generalnie cały film, który osobiście uważam za nie najgorszy, jawi się jako zbędny. Jedną z największych zalet oryginału było to, że nie wiedzieliśmy, co stało się w obozie Norwegów.
Dopowiedzenie tej tajemnicy nie było potrzebne, nawet jeśli na ekranie zobaczyliśmy kilka interesujących pomysłów (jak test plomb w zębach, czy płynne przejście do filmu Carpentera w napisach końcowych), a sam wygląd norweskiej bazy został dopracowany w najmniejszych szczegółach (na przykład identycznie rozbita szyba w oknie).
Twórcom zarzucano również słabe efekty specjalne, całkowicie wygenerowane komputerowo. Pierwotnie planowano zastosować animatronikę i efekty praktyczne, prace znajdowały się na bardzo zaawansowanym etapie, ale producenci podjęli decyzję, by wyrzucić je do kosza i zastąpić obrazami CGI. Średniej jakości, dodajmy. Rozżaleni spece – Tom Wodroff Jr i Alec Gillis – postanowili, niejako by dać producentom prztyczka w nos, zrealizować film pod tytułem Harbinger Down, w którym wszystkie efekty miały być praktyczne. Wyszło nie najlepiej, o ile bowiem do samych scen z trikami nie można się przyczepić, to cała reszta kuleje.
Niedawno natomiast gruchnęła wieść o zamiarze realizacji kolejnej wersji „Who Goes There?”, tym razem bardzo wiernej oryginałowi i opartej na rozszerzonej wersji tekstu. Co (i czy w ogóle coś) z tego wyjdzie, zobaczymy.
Papierowe imitacje
Skoro nie na ekranie, to może spróbować kontynuować historię w inny sposób, na przykład na papierze?
Na lato 2021 rok zapowiedziano premierę dwóch książek, osadzonych w uniwersum Coś. Pierwsza, „Fragments of the Outpost”, składa się z dwunastu krótkich opowieści, które mają „dopisywać” co się działo podczas wydarzeń z filmu Carpentera, a czego nie pokazano na ekranie. Druga, „Snowblind” przedstawia losy R.J. MacReady’ego nim trafił na antarktyczną stację badawczą. Autorem obu jest Todd Cameron, założyciel doskonałej strony poświęconej filmowi – outpost31.com
Oprócz wspomnianej już adaptacji filmu, pojawiło się również opowiadanie „The Things”, autorstwa Petera Wattsa. Akcja rozgrywa się podczas wydarzeń przedstawionych na ekranie (w wersji Carpentera), ale całość jest opowiedziana z perspektywy Cosia. Watts dostał za nie nagrodę Hugo.
Ponadto amerykański pisarz John Gregory Betancourt rozpoczął pracę nad kontynuacją historii Campbella. Powstało kilka pierwszych rozdziałów, jednak nie wiadomo czy całość zostanie dokończona, ze względu na prawa autorskie. Z kolei „The Thing Artbook” to album zawierający prace grafików i ilustratorów nawiązujące do filmu Carpentera.
Również w świecie historii obrazkowych nie brakuje tytułów osadzonych w uniwersum Coś. Najpierw, w 1976 w magazynie „Starstream”, ukazała się komiksowa adaptacja tekstu Campbella. Następnie, już w latach dziewięćdziesiątych, Dark Horse Comics opublikowało dalszy ciąg filmu. Pojawiły się „The Thing from Another World” (nazwane tak, by uniknąć skojarzeń z marvelowskim The Thing z Fantastycznej Czwórki), „Climate of Fear”, „Eternal Vows” oraz „Questionable Research”.
Historia zaczyna się w miarę klimatycznie, by później odpłynąć w kompletnie absurdalne rejony – w pewnym momencie akcja przenosi się do dżungli, a później do miasta, co wskazuje, że scenarzyści kompletnie nie zrozumieli charakterystyki Cosia. Natomiast opublikowany w 2011 „The Northman Nightmare” był fabularnie powiązany z prequelem filmu Carpentera.
Można również znaleźć planszówkę „The Thing. Infection at Outpost 31”, która została bardzo ciepło przyjęta zarówno przez fanów filmu, jak i graczy. Warto dać jej szansę, choć obecnie trudno ją zdobyć. Jakiś czas temu pojawiła się kampania crowfundingowa na kolejną planszówkę na motywach filmu (https://www.kickstarter.com/projects/pendragongamestudio/the-thing-the-boardgame). Również miłośnicy literackiego oryginału mogą znaleźć grę na nim opartą – „Who Goes There? – Board Game”.
Cyfrowa asymilacja
W 2002 roku, dwadzieścia lat po premierze wersji Carpentera, na pecety, Xbox i PlayStation 2 ukazała się gra komputerowa The Thing, wydana przez Black Label Games. Stanowi ona bezpośredni sequel filmu i zaczyna się niedługo po nim. Do amerykańskiej antarktycznej stacji badawczej zostaje wysłany oddział żołnierzy, by zbadać sprawę. Na miejscu oczywiście sprawy wymykają się spod kontroli.
Tytuł to gra TPP, w której gracz steruje poczynaniami kapitana Blake’a, dowódcy oddziału. Istnieje możliwość przełączania się w tryb pierwszej osoby, ale służy on tylko do celowania. Do dyspozycji mamy cały arsenał – pistolety, karabiny maszynowe, granaty oraz oczywiście miotacze ognia. Nie brakuje również ikonicznych dla filmu testów krwi, a zapis gry dokonuje się za pomocą magnetofonu, oczywiście takiego, którego na ekranie używał Kurt Russell.
Twórcy starali się również zawrzeć w grze najmocniejszą stronę filmu, czyli paranoję opanowującą bohaterów. Każdy z NPCów posiada wskaźnik strachu/zaufania do dowódcy. Jeśli żołnierze przestają ufać kapitanowi Blake’owi i wydaje im się, że został on zainfekowany, zaatakują go. To wprowadza do rozgrywki dodatkowy element suspensu.
Najpoważniejszą wadą gry jest jednak przesunięcie ciężaru gatunkowego w stronę strzelanki. Zamiast klimatycznego horroru, dostaliśmy zręcznościówkę. Cosiów w różnych postaciach mamy tu zatrzęsienie i trochę nie współgra to z klimatem filmu. Wszelako tytuł zebrał pozytywne recenzje (w zagranicznych pismach i portalach, w polskiej prasie dostawał noty negatywne) i sprzedał się w nakładzie ponad miliona kopii.
Jako ciekawostkę warto dodać, że John Carpenter uznał kiedyś grę za kanoniczną, choć reżyser lubi bawić się z fanami, więc nie należy traktować jego słów jako prawdy objawionej. Cyfrowy The Thing odpowiada jednak na pytanie z finału filmu, a sam Carpenter podkłada głos pod jedną z pobocznych postaci.
Planowano wydać sequel, ale nic z tego nie wyszło, mimo że prace znajdowały się już w całkiem zaawansowanym stadium. Fabuła rozpoczynała się dokładnie w momencie zakończenia pierwszej części. Bohaterowie, uciekając helikopterem z lodowego piekła, trafiają do położonej u wybrzeży antarktycznego kontynentu rafinerii oraz pobliskiej, niewielkiej osady. Tutaj Coś ponownie ujawnia swoją obecność, a kapitan Blake jest zmuszony stanąć z nim do walki. Można dogrzebać się do kilkunastu szkiców oraz garści ciekawostek na temat tego niezrealizowanego projektu.
Premiera filmowego prequela przyniosła dwie gry z nią związane. Pierwszą jest The Thing: Flame Thrower. Stworzona przez Metaio i przeznaczona na urządzenia mobilne, pozwala graczowi wcielić się w jednego z członków załogi norweskiej bazy, który uzbrojony w tytułowy miotacz ognia musi odganiać się od Cosiów. Druga, zatytułowana The Thing: Station Survival to zaprojektowana z myślą o Windows i Macu prosta strzelanka TPP. Gracz zostaje wysłany do bazy Norwegów z zamiarem odkrycia, co tam się wydarzyło. Uzbrojony w pistolet, karabin maszynowy oraz miotacz ognia zwiedza ruiny bazy, zwalczając kolejne emanacje Cosia.
Innym przykładem przeniesienia Coś na ekrany komputerów jest The Thing Simulator. Wykonany przez jednego z polskich fanów i udostępniony całkowicie za darmo, pozwala odtworzyć scenę, w której Blair (Wilford Brimley) robi komputerową symulację zachowania obcej formy życia. Można go pobrać ze strony: https://elendir.itch.io/the-thing-simulator
Nawiązania
Popkultura nie pozostała obojętna na wpływy filmu Carpentera. Właściwie każdy utwór, którego akcja toczy się na śnieżnym bezludziu, świadomie czy nie, nawiązuje do Coś. Czy będzie to jeden z odcinków Z archiwum X, przywoływana już Nienawistna ósemka Tarantino (która nie tylko soundtrackiem przywodzi na myśl Coś), film D-Tox z Sylvestrem Stallone, powieść i serial Terror Dana Simmonsa, czy gry Penumbra lub Distrust, w każdym dostrzeżemy echo horroru z 1982 roku. A w stacji polarnej Amundsena-Scotta na Biegunie Południowym mają taką tradycję, że po odlocie ostatniego transportu z zapasami, załoga organizuje seans wszystkich trzech wersji The Thing.
Przyszłość
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ujrzymy jeszcze niejedną opowieść umieszczoną w uniwersum wymyślonym niegdyś przez Johna Campbella Jr. Nie sposób dziś przewidzieć, co to będzie – kolejna książka, komiks, film, czy też zapowiedziana nowa wersja „Who Goes There?”, czas pokaże. A może ktoś sięgnie po markę, by zaproponować nową grę komputerową i tym razem postawi bardziej na klimat strachu i paranoi, niż na tony ołowiu wyrzucane z karabinów maszynowych w stronę obcego?
Pewne jest tylko jedno – „Man is the warmest place to hide”.








