Publicystyka filmowa
5 POWODÓW, dla których PREDATOR to najbardziej MĘSKI film wszech czasów
PREDATOR to ikona kina akcji, gdzie brutalność i science fiction spotykają się z charyzmą Schwarzeneggera w niezapomnianej walce.
Arcydzieło kina akcji z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej, to jeden z wielkiej trójki słynnych filmów Johna McTiernana, który oprócz Predatora (1987) odpowiedzialny był za takie klasyki, jak Szklana pułapka (1988) i Polowanie na Czerwony październik (1990). W latach 90. XX wieku jego kariera złapała równię pochyłą (Bohater ostatniej akcji, Trzynasty wojownik), finalnie reżyser wywinął bolesnego orła na Rollerballu, a w roku 2013 trafił za kratki za składanie fałszywych zeznań przed agentem FBI.
Tyle o reżyserze, któremu, mimo pogrążonej kariery należy się od kinomanów wielki szacunek i pamięć za mega hat-trick z lat 1987-1990.
Pomysł na film wziął się ponoć z żartu na temat kolejnego sequela Rocky’ego, po tym jak Balboa w części czwartej pokonał ogromnego Rosjanina Ivana Drago i na naszej planecie nie było już na niego mocnych. Spekulowano wówczas żartobliwie, że następnym przeciwnikiem Rocky’ego może być E.T. Ktoś w Hollywood ten irracjonalny temat podchwycił, ale do jednego ringu postanowił wpuścić nie Balboę i kosmicznego kurdupla co telefonować dom, lecz wielkiego jak 150 skurwysynów myśliwego z kosmosu oraz mistera Universe Arnolda Schwarzeneggera.
Podobno pierwotnie Arnold miał grać w filmie główne i jedyne skrzypce w starciu z potworem, ale sam zainteresowany uznał, że to kiepski pomysł, i czerpiąc wzorce z klasycznych Siedmiu wspaniałych, do dżungli wybrał się w towarzystwie sześciu dzielnych amigos. Film McTiernana jest tak nabuzowany testosteronem (epicki uścisk dłoni Dillona z Dutchem), tak mocno ciosany (chamskie dowcipy Hawkinsa), brutalny (odstrzelone ramię naciskające palcem na spust karabinu), krwawy (obdarte ze skóry ludzkie zwłoki) oraz kultowy (już sam lot śmigłowców w rytm Long Tall Sally wymiata i szykuje grunt pod nadchodzącą bitkę) w najlepszym tego słowa znaczeniu, że wszystkie jego kontynuacje mogą co najwyżej stać grzecznie w jego cieniu i grzać się w blasku jego zajebistości.
Tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, że to Arnold był główną i największą gwiazdą filmu Predator, a nie jakiś tam przybłęda z kosmosu, dlatego kontynuacje Predatora z predatorem/ami, a nawet i z dżunglą czy muzyką Alana Silvestriego, ale bez Arnolda, nie miały szans doskoczyć oryginałowi do pępka.
No właśnie, wspomniałem o scorze Alana Silvestriego, a ten fantastycznie budował napięcie i dramaturgię filmu McTiernana, brzmiąc tak energetycznie, potężnie i posępnie, jakby dyrygentem był jakiś napakowany macho, machający wielkim nożem zamiast batutą, by muzycy nawalali z pełną mocą i zaangażowaniem w swoje instrumenty. Muzyka w Predatorze ma przez to swój ogromny udział w fabule i jest tak epicka, że czasami zdaje się przytłaczać akcję, choć w słynnej sekwencji karczowania dżungli, gdy Mac zaczyna pruć z miniguna, muzyka cichnie i ustępuje pola odgłosom potężnej broni.
Również miejsce akcji godne było prawdziwych twardzieli, bo meksykańska dżungla (a na kręcenie wyłącznie w terenie uparł się reżyser) jako miejsce kilkunastotygodniowego pobytu ekipy zdjęciowej, nie należała do miejsc zbyt komfortowych.
Poza walką z predatorem, aktorzy i ekipa musieli bowiem stawić czoła takim ziemskim potworom, jak pijawki czy węże, znosić duchotę i wilgoć, upały oraz niedogodności nierównego terenu. Sceny nocne kręcone były z kolei podczas niskich temperatur, co było szczególnie upierdliwe dla Arnolda Schwarzeneggera, gdy błoto, które musiał na sobie nosić (właściwie była to glina ceramiczna) stawało się mokre i zimne. Ostrzeżono go, że obniży to jego temperaturę ciała o kilka stopni, i aktor drżał bez przerwy, nawet gdy próbowano go ogrzewać lampami, co sprawiało jedynie, że wysychała glina, którą był pokryty. Podobno próbowano rozgrzewać aktora czymś mocniejszym, ale podobno zamiast się rozgrzać, tylko się upijał.
Arnold był jednak tak zaangażowany w produkcję filmu, że nie tylko wytrzymał wszystkie niewygody, ale nawet zapomniał o próbnej uroczystości ślubnej, a na samym ślubie z Marią Shriver, siłą rzeczy wystąpił, zamiast w wyjściowym uczesaniu, w wojskowej krótko ściętej fryzurze prosto z planu Predatora. Zanim przejdziemy do 5 powodów dla których Predator to najbardziej męski film wszech czasów, jeszcze tylko trochę statystyki, czyli Body Count filmu, a było to sześćdziesięciu dziewięciu ludzi (większość z rąk Dutcha i sporo z łap predatora), jeden skorpion, jeden dzik i jeden predator.
ARNOLD I SZEŚCIU WSPANIAŁYCH
Schwarzenegger w swoim prime time’ie, mający już na koncie takie hity jak Terminator, dwa Conany, Jak to się robi w Chicago i Komando, w roku 1986 cieszył się już w Hollywood statusem megagwiazdy. Tak wielkiej, że jego nałogowe palenie cygar wpisano w postać Dutcha w filmie, żeby aktor mógł swobodnie jarać nawet podczas zdjęć. Lata osiemdziesiąte były zresztą najlepszym okresem dla ekranowych mięśniaków, którzy opanowali mainstreamowe kino akcji (Stallone, Lundgren, JCVD). W Predatorze obok Arnolda, doskonałą budową ciała mogli pochwalić się Carl Weathers (Apollo Creed z serii Rocky) i Jesse Ventura – były członek Navy Seals, debiutujący na planie filmowym.
Ale nie o rozmiar bicepsa tu chodzi, lecz o charaktery, twardość i hardość naszych bohaterów. Na porządku dziennym są tu więc łamane na twarzach maszynki do golenia (scena zaimprowizowana przez Billa Duke’a), brak czasu na krwawienie (Blain), pułapki hands-made zrobione z pni drzew i samodzielnie splecionych lin, łuki samoróbki przebijające masywne drzewa, no i pojedynek na gołe klaty między Billym a Predatorem, który był tak brutalny, że nie dane nam było nawet zobaczyć czemu wielki Indianin tak krzyczał, choć na pewno nie z radości.
Jak wieść niesie, podobno firma ubezpieczeniowa postawiła warunek, że ubezpieczy plan zdjęciowy tylko wówczas, gdy do Sonny’ego Landhama (grajego Billy’ego) zostanie przydzielony ochroniarz, który będzie chronił pozostałych członków ekipy przed… Sonnym Landhamem, znanym z porywczego charakteru i skłonności do wszczynania bójek. Z kolei grający niepozorną postać Poncho Richard Chaves, miał za sobą trzy lata spędzone na wojnie w Wietnamie. Taka to była ekipa twardzieli, tu nikt się nie mazał, ani nie narzekał, ani dzielna kobieta, która towarzyszyła naszym dzielnym mężczyznom, ani wspomniany przed chwilą Poncho, który dostał w bebech wielkim drzewem, a mimo tego utrzymał się do końca (swojego, nie filmu) na nogach.
Badassowości całości dopełniał nazywający siebie seksualnym tyranozaurem wspomniany już Jesse Ventura namiętnie żujący tytoń, choć równie dobrze mógłby właśnie żuć swoich pokonanych wrogów. A wszystko zakończone eksplozją nuklearną, którą Arnold przeżywa (nie przeżuwa, bez przesady) jedynie lekko zakurzony, i bez uciekania się do chowania w lodówce. Już zresztą gdy widzieliśmy pierwsze ujęcie z Arnoldem, na luzaku palącym w śmigłowcu cygaro, wiadomo było, że tytułowy predator ma przejebane, i to nie oddział Dutcha będzie zamknięty w dżungli z kosmitą, tylko kosmita utknie tam z Dutchem, który upierdoli go gołymi rękoma, a wcześniej siebie błotem.
Już w pierwszych minutach filmu, gdy podczas lotu śmigłowcami na miejsce akcji, poznajemy charaktery i cięte języki bohaterów dramatu, wiemy, z jaką zgrają twardzieli mamy do czynienia. John McTiernan chciał, aby relacje między aktorami, z których nie wszyscy mieli za sobą szkolenie wojskowe, były jak najbardziej realistyczne. Obsada wspólnie trenowała w terenie z bronią, w wojskowym reżimie, który rozpoczynał się o 6 rano każdego dnia.
Ćwiczono także ciche sygnały ręczne widoczne w filmie. Wszyscy mieli dzięki temu szansę poznać się nawzajem i rozwinąć jako zgrana grupa zabijaków. Do grona muskularnych twardzieli z filmu McTiernana mógł dodatkowo dołączyć Jean Claude Van Damme, który miał wcielić się w predatora, ale podobno w stroju kosmity, który pierwotnie miał posiadać dwa stawy w nogach i wielki gumowy łeb z czułkami, dyndający na długiej szyi, poruszał się jak tańczący homar i nic z tego nie wyszło, bo Predator to nie miała być komedia. Prawdopodobnie jednak prawdziwym powodem odejścia JCVD było to, że taśma filmowa nie była w stanie wytrzymać tak ogromnego stężenia testeronu (połowę miejsca zajmował sam Jesse Ventura), więc musiano zrezygnować z jednego mięśniaka. Predatora finalnie zagrał mierzący imponujące 2,20m Kevin Peter Hall (którego widzimy także w finałowej scenie filmu, w roli pilota śmigłowca).
Członkowie oddziału Dutcha, ex equo z bohaterami starszego o rok Obcego: Decydującego starcia Camerona, do dziś pozostają zbieraniną oryginałów niedoścignioną pod względem ciętego języka, różnorodności charakterów, oraz chemii między bohaterami i aktorami, a co za tym idzie kozackości całej ekipy. Epickość Predatora podsumowuje już krótkie, niepozorne ujęcie z początku filmu, gdy Dutch wita się z Dillonem przez miażdżący skały uścisk dłoni, który przechodzi w krótkie zmaganie na rękę, z naciskiem na przewagę i wyeksponowanie imponującego bicepsa Schwarzeneggera. Ujęcie to przeżywa dziś prawdziwy renesans, jako internetowy mem.
WIELKIE KARABINY
Dużym panom towarzyszy odpowiednio podrasowana broń, o odpowiednio dużym kalibrze. O dziwo, Arnold jako główny bohater, wcale nie dzierży w dłoniach największej giwery, a jedynie standardowy karabin M16 AR-15 / SP1, jednakowoż wyposażony na potrzeby filmu w wyrzutnię M203, dzięki czemu całość wygląda oryginalnie i bardziej groźnie, niż fabryczny M16. Ciekawostką jest fakt, że wyrzutnia zamontowana do karabinu Arnolda, to ta sama, której używał Al Pacino z upudrowanym nosem na planie Człowieka z blizną.
Tam jednak podpięta była pod inny egzemplarz M16 – pamiętnego Małego przyjaciela Tony’ego Montany. Podobnie przerobiony został M16/SP1 Billy’ego, tylko zamiast wyrzutni, filmowi rusznikarze dorobili mu pod lufą strzelbę Mossberg 500, z niezależnym od karabinu spustem. Ktoś musiał być po srogich pigułach, żeby stworzyć ten… shotgunorabin(?), choć nie wiem co mógłby mieć wspólnego rabin z shotgunem.
Reszta ekipy miała do dyspozycji m.in. standardowe karabiny M60 (Mac), Heckler & Koch HK94 (Poncho, Hawkins, Dillon), i potężny, również podrasowany na potrzeby filmu granatnik AN/M5 Pyrotechnic Discharger – 37mm (Poncho). Największego skurwensena dzierżył jednak Blain, a mowa tu o działku M134 zwanym pieszczotliwie minigunem, lub jak tytułował je Blain – Old Painless (Bezbolesny starzec?). Prowadzenie ognia z ważącej dwadzieścia kilogramów (plus cholera wie ile ważący plecak z amunicją na taśmie) kobyły, Jesse Ventura porównał do strzelania z… piły mechanicznej! Ta sześciolufowa machina zagłady nie istnieje w wersji mobilnej, żaden piechur nie byłby w stanie tego targać po polu bitwy, gdzie w dodatku jest trudno o znalezienie… gniazdka elektrycznego.
Tak, miniguny potrzebują zewnętrznego źródła zasilania: elektrycznego, hydraulicznego lub pneumatycznego. Na planie filmu, kabel zasilający to cudo ukrywany był w nogawce Jesse’ego Ventury. Minigun został specjalnie przystosowany do ręcznego użycia na planie Predatora. Karabiny tego pokroju, w swoim naturalnym środowisku występują jedynie na specjalnych stojakach m.in. w drzwiach śmigłowców Black Hawk, lub na pokładach lotniskowców.
Na potrzeby filmu (wciąż jaramy się minigunem) zmniejszono o 1/3 ilość obrotów lufy, aby kamera miała w ogóle szansę zarejestrować fakt jej obracania – oryginalnie było to od 2000 do 4000 obrotów na minutę, co wprost oznaczało ilość wystrzelonych w tym czasie pocisków. Generalnie, nawet gdyby Blain faktycznie miał siłę dźwigać to skurwysyństwo po dżungli, w ciągu pół minuty ciągłego ognia wyratatatałby całą amunicję, takie to szybkie bydle.
Arnold Schwarzenegger dostał podobnego miniguna we własne łapki dopiero cztery lata później, na planie Terminatora 2, ale – sorry Arnie – łoił z niego znacznie mniej widowiskowo od kolegi z planu Predatora. O ile Ventura władał największą giwerą, tak Arnold niepodzielnie władał na planie największym bicepsem, a Sony Landham z kolei był posiadaczem największego noża, o długości całkowitej blisko pół metra, z czego samo ostrze zajmowało 37 centymetrów. Całkiem niedawno Arnold porównał tego półmetrowego kolosa z nożem Rambo, wyśmiewając scyzoryk Stallone’ego. I faktycznie, nóż Johna Rambo mógłby posłużyć co najwyżej do obierania jabłek, gdy tymczasem kosą Billy’ego można obierać ze skóry kokosy. (Informacje o użytej w Predatorze broni znalazłem na imfdb.org)
KARCZOWANIE DŻUNGLI
Jeśli chodzi o kino strzelane, to jedynie napierdalanka z Wstrząsów, gdy małżeństwo militarystów ostrzeliwuje potwora, który wtargnął do ich podziemnego schronu, może równać się pod względem intensywności, mnogości rodzajów broni, ilości wystrzelonej amunicji, i hałasu, z kultową sekwencją karczowania dżungli z Predatora. Scena, w której cały oddział Dutcha grzeje przed siebie ze wszystkiego co ma pod ręką, to obok Arnolda i tytułowego bohatera, wizytówka filmu McTiernana.
Można się jedynie zastanowić, dlaczego oddział świetnie wyszkolonych komandosów bezmyślnie wywala prawie całą swoją amunicję, ostrzeliwując drzewa. Ale olać takie szczegóły, bo tę irracjonalną sieczkę i inne wymiany ognia z Predatora, ogląda się za każdym razem z bananem na twarzy. Aż się boję, że kiedyś w trakcie seansu zabraknie mi bananów.
W ogóle Predator fantastycznymi wymianami ognia stoi, cała potyczka z partyzantami to przecież prawdziwe pole bitwy z masą eksplozji i kapitalnej kaskaderki. No i warto tu po raz kolejny wspomnieć o sześciolufowej machinie zagłady używanej przez Blaina. Każde wejście tej broni przed kamerę, a zwłaszcza moment, gdy Blain z eksplozją za plecami, spluwa za siebie tym, co właśnie żuł, i zaczyna robić z wrogów tatar, to dla mnie radocha nieziemska.
A na deser, niczym banan na torcie, świetnie zainscenizowana, ostatnia seria z karabinu jaką widzimy w Predatorze, czyli Arnold krzyczący Ruuun! i prujący w drzewo ze swojego M16 nadzwyczaj płomienną serią.
KULTOWE TEKSTY
Czym byłby kultowy film bez grubo ciosanych tekstów? A że Arnold to mistrz one-linerów, tak i w Predatorze kilka perełek (nie tylko z jego ust) możemy usłyszeć. Na miejscu pierwszym one-linerowego podium znajduje się bez dwóch zdań ulubiona kwestia samego Arnolda, czyli Get to the chopper! (z mocnym akcentem na czopa), dalsze miejsca zajmuje blainowa złota myśl, czyli Nie mam czasu krwawić, i znów arnoldowe: Skoro to krwawi, można to zabić.
Nie można zapomnieć, chociaż przez całe dzieciństwo próbowałem, o sprośnych dowcipach Hawkinsa (Shane Black zaliczył chyba najbardziej chamski debiut filmowy w historii kina), których aż nie wypada tu cytować. Powiem jedynie, że kiedy film oglądałem po raz pierwszy w wieku około jedenastu lat, nie zrozumiałem żartu Hawkinsa, bo wtedy nie wiedziałem jeszcze, co to jest echo… Nevermind. Predator ubił Hawkinsa jako pierwszego, poprzez rozszarpanie tętnicy szyjnej, co zresztą symbolicznie uczynił na oczach kobiety.
Jak widać nawet kosmiczny myśliwy, który z niejednej planety chleb jadł i niejedno słyszał, miał dość żenujących wypraw późniejszego reżysera Iron Mana 3 w stronę płci przeciwnej. Trudno też zapomnieć egzystencjalnej natury pytanie Arnolda skierowane w dyplomatyczny sposób do przybysza z obcej planety: What the hell are you?, na które kosmita nieładnie odpowiedział pytaniem na pytanie. I na koniec zabawne (choć nie dla otwierającego drzwi) Knock knock, oraz Stick around skierowane do pewnego przybitego (i nie chodzi o to, że był smutny) partyzanta. I już naprawdę na koniec absolutny hit numeru, czyli niezapomniany międzyplanetarny komplement: You’re one ugly motherfucker.
Nasi rodzimi tłumacze i lektorzy prześcigali się w tłumaczeniu tego ziemskiego pozdrowienia, że tylko przytoczę: Ależ z Ciebie brzydal (czytał Maciej Gudowski), Ale z Ciebie paskudny zasraniec (czyt. Jarosław Łukomski), Co za paszczur (czyt. Paweł Bukrewicz), Ależ jesteś wstrętny (czyt. Stanisław Olejniczak), Jesteś obrzydliwy skurwysyn (czyt. Janusz Kozioł) – my favorite, jak mawiał Gary Oldman w Piątym elemencie.
Całe zestawienie można znaleźć na YouTube, a kompilację tłumaczeń najlepiej skomentował internauta Tomasz Chodakowski, proponując własne tłumaczenie: Widzimy samca z gatunku predator, podczas gdy jego ofiara nie jest zachwycona jego widokiem (czyt. Krystyna Czubówna). Tak czy siak, You’re one ugly motherfucker było tekstem tak mocnym i bezkompromisowym, że to samo zdanie wypowiedziane blisko trzy dekady później przez pianistę w filmie Predators, będącym zresztą luźnym remake’em obrazu McTiernana, zostało ugrzecznione i skrócone do You’re an ugly mother… (tu coś niby zagłuszyło końcówkę), przez co otrzymaliśmy w przekładzie na polski kuriozalne Ależ z Ciebie paskudna matka.
POTWÓR
No i last but not least, czyli stworzony przez ekipę Stana Winstona, nadludzko silny i sprawny kosmita, ważący bagatela od 150 do 180 kg z pełnym uzbrojeniem – przynajmniej tak twierdzą internety. Przedstawiciel rasy Yautja, zamieszkujący ponoć wschodnią część Drogi Mlecznej, potrafi widzieć przeciwników w podczerwieni (choć na jego niekorzyść, nie w błocie), i posiada kamuflaż zapewniający mu niewidzialność. Jak już się odzywa, mówi głosem Petera Cullena (słynny Optimus Prime), upolowanych ludzi zmienia w trofea, ich martwe ciała rozwiesza równo niczym pranie, a czaszki mocuje w salonie na ścianie.
No może niedokładnie tak, ale obdzieranie ze skóry upolowanych w lesie zwierząt, a za takowe robią ludzie w jego termowizyjnych oczach, to nic innego, jak okrutna parafraza ludzkich, czy raczej myśliwskich zwyczajów spotykanych na naszej planecie. Predator, którego w pełnej krasie na ekranie możemy oglądać zaledwie przez osiem minut, to zabijaka wszechstronny, silny i doskonale uzbrojony. Jego jedyną słabą stroną, o czym wspomniał już Arnold, wydaje się być jedynie to, że jest brzydki jak noc, choć to przecież nie jego wina.
Taki Obcy, uważany niby za organizm doskonały, był dobry jedynie w zwarciu, ewentualnie półdystansie, podczas gdy predator w ryj dać mógł dać i z bliska, i z daleka głowę oderwać jednym strzałem ze swojego działka. A chybiać nie miał w zwyczaju, wszak trzy kropki laserowego celownika to ilość nie w kij dmuchał, i gdyby nie trafił przy takim potrójnym celowniku, zrobiłby sobie niezłą siarę na dzielni. I wyobraźmy sobie, jakby predator miał kota, jakąż on miałby zajebistą uciechę ganiając za trzema kropkami.
.. Predator, inaczej niż Obcy, który macha łapami i kłapie szczękami na oślep, kieruje się kodeksem honorowym, m.in. nie strzela do nieuzbrojonych, a jak trzeba bić się na gołe pięści z przeciwnikiem, który na to zasłużył bohaterską postawą, predator rezygnuje ze swojego arsenału i walczy wręcz. O ile jednak ten krwawiący na zielono bydlak potrafi zachować się fair play w trakcie pojedynku, tak gdy dostaje od Dutcha solidny wpierdol, zamiast po prostu umrzeć, w mało honorowy sposób wysadza się w powietrze. W chmurze pyłu po wielkiej eksplozji wciąż unosi się pytanie bez odpowiedzi – Who the hell are you. .. na które zupełnie niepotrzebnie będą próbowały odpowiadać kolejne filmy.
