Publicystyka filmowa
5 DRAŻLIWYCH tematów, które mógłby poruszyć Netflix w WIEDŹMINIE chcąc być NA CZASIE
WIEDŹMIN w nowej odsłonie mógłby poruszać tematykę tolerancji i międzyrasowych związków, zaskakując widzów aktualnymi wyzwaniami.
Od razu przyszedł mi do głowy biseksualny Wiedźmin walczący o międzyrasowe związki homoseksualne ludzi i elfów. Może wreszcie Jaskrowi nie doskwierałaby samotność, a i sam Geralt wziąłby się w garść i przestał wzdychać do Yennefer. Co do innych nośnych obecnie tematów, to w sumie Netflix wszystko ma podane jak na tacy. Wystarczy sięgnąć do prozy Sapkowskiego oraz dokładniej przyjrzeć się wzorcom narodowym stanowiącym obecnie nasz polski towar eksportowy chociażby w ramach granic samej Unii Europejskiej.
Zresztą już wtedy Sapkowski o nich pisał, nierzadko prześmiewczo. W końcu jest Polakiem i zna nasze najbardziej żenujące cechy. Czasem mam wrażenie, że Wiedźmin, nie będąc żadną apologetyką słowiańskości, wiele o nadwiślańskiej społeczności opowiada. Tylko czy da się to literackie bajanie przekuć w coś bardziej zrozumiałego dla takiego Niemca, Hiszpana czy Rumuna? Da się, jeśli kluczem interpretacji będzie jakiś społeczny problem spotykany również w tych narodach, do których chcemy dotrzeć.
Przy czym nie jest ważne, z jakim nasileniem ów problem występuje lub występował. Ważne, żeby członkowie naszej oraz innych społeczności mieli świadomość jego istnienia. Problem społeczny powinien mieć również charakter globalny, to znaczy mówi się o nim nie tylko od czasu do czasu na spotkaniach towarzyskich, żeby połechtać swoje niedowartościowane ego, ale np. pojawia się regularnie w mediach, zajmują się nim organy prawne lub wywołuje on budzące wiele emocji demonstracje. Wiedźmin zaś jest chłonnym, frenetycznym, popkulturowym podłożem, żeby o tych problemach mówić, mało tego, znanym na całym świecie, a dodatkowo sam Geralt z Rivii nie jest jednoznacznie ideologicznie osadzony.
To odludek, naznaczony nienawiścią do całego świata, a zwłaszcza ludzi, poza tym niesamowity seksista, co raczej nie spodoba się wojującym feministkom. Z drugiej jednak strony Geralt rozumie, na czym polega tolerancja i poszanowanie praw mniejszości, a jak wiemy nie w smak to prawej stronie, której mentalność przystosowana jest wyłącznie do ulegania przed silniejszymi, jak robią to wygłodniałe, w porównaniu z człowiekiem bezrozumne, kierujące się wyłącznie instynktem zwierzęta.
Przez taką postawę Geralt jest autentyczny, a nie sztucznie i fanatycznie przywiązany do jednej narracji. Jako wiedźminowi można mu powierzyć ideologicznie nacechowane misje i być pewnym, że postąpi obiektywnie, nie kierując się zaburzonym osądem, a rudymentarnymi prawami obowiązującymi w świecie żywych istot. Przez to jest lepszym narzędziem propagandowym. Wiem, jak to brzmi, lecz konotacja „propagandy” wcale nie musi być negatywna. Skojarzenia z Goebbelsem czy Bierutem i stosowanymi przez nich metodami dezinformacji włóżmy nareszcie między stronice zakurzonej książki, skazanej przez czas na rozsypanie się w proch.
Propaganda to sposób działania, metoda, narzędzie, któremu udzielamy treści dobrej lub złej, służącej rozszerzania zasięgu informacji i budowaniu postawy obywatelskiej. A z nią, jak łatwo się przekonać, chociażby oglądając programy informacyjne w TVP, mamy dzisiaj spory problem. Postawa racjonalna zaczyna ulegać atrofii na rzecz spiskowej podejrzliwości, która prowadzi jedynie do prymitywnej agresji. Geralt nigdy jej nie uległ, chociaż stosował ją na szeroką skalę, tnąc mieczem swoich wrogów bez litości, acz ze smakiem, niczym ostry nóż chudziutką szynkę bez fosforanów.
Poniżej więc pięć jakże kontrowersyjnych tematów, które rozgrzewają tak dzisiejszą ulicę i media, głównie z prawej strony barykady, bo lewa strona już dawno zaakceptowała obecność wspomnianych zjawisk czy konieczność zbadania oraz rozstrzygnięcia opisanych problemów. Fakty ponad mniemaniami, rzec by można. A Netflix niechaj spełnia swoją edukacyjną światopoglądowo rolę.
Tolerancja
W tym worku siedzą przede wszystkim dwa najbardziej popularne dzisiaj tematy sporów – LGBTQ+ i rasizm. Oczywiście problem tolerancji jest o wiele szerszy, lecz kryterium wyboru naszych pięciu problemów społecznych jest raczej ilościowe, niż merytoryczno-jakościowe, gdy chodzi o grupę odbiorców. Stąd więc TOLERACJA jest nieco węziej rozumiana. Poza tym Netflix ma już pewne doświadczenie w przedstawianiu tematyki LGBTQ+ i rasizmu. Współczesne kino i wielkie domy streamingowe próbują włączać te problemy do swojego pedagogicznego repertuaru z różnym skutkiem.
Generalnie robią to zbyt nachalnie, szybko i pretensjonalnie, przez to czasem szkodzą zainteresowanym i uciśnionym mniejszościom. Bo jak inaczej nazwać próby lokowania czarnoskórych aktorów w roli postaci historycznych, które były białe? Na takie zawłaszczanie kulturowe (cultural appropriation) nie powinno być zgody, bo daje ono jedynie ułudę zmiany podejścia do innych kolorów skóry, podczas gdy rasizm wręcz narasta, tyle że pod powierzchnią, aż w końcu wybuchnie ze zdwojoną siłą.
Zanim jeszcze obejrzałem pierwszy sezon Wiedźmina, życzyłem sobie, żeby twórcy wzięli sobie do serca wnioski na temat tolerancji opowiedziane przez Sapkowskiego w Krwi elfów. Tak się jednak nie stało. Na szczęście Netflixowy serial nie przekroczył granic cultural appropriation aż tak bardzo. No może w przypadku Fringilli Vigo twórcy wykazali się nieznajomością prozy Sapkowskiego, bo zagrała ją czarnoskóra aktorka. Ciekawe, co w drugim sezonie zrobią z Anną Henriettą, której Fringilla była krewną.
Też ją poczernią na zasadzie blackwashing czy może pominą? Podobnie sprawa ma się z Istreddem. Nie rozumiem tych posunięć. Takie naginanie faktów, chociażby fikcyjnych literackich, nie ma sensu. Na pewno nie przyczynia się do zwiększenia tolerancji, a jest wytykana jako brak wiedzy, podczas gdy Sapkowski skupił się we wspominanej Krwi elfów na ogólnym pojęciu tolerancji. Przekaz autora jest jasny. Nie ma takiej racji, na podstawie której ktokolwiek mógłby być dyskryminowany ze względu na swoje pochodzenie. Rasa nie determinuje wartości istoty myślącej. Tego nawiązania zabrakło w Netflixowym Wiedźminie, za to musiały pojawić się parytety, stąd myślę, że nikogo z twórców nie obchodziła faktyczna walka z nietolerancją.
Przed nami jednak drugi sezon. Spodziewam się, niestety, kontynuacji dość prostacko zapodawanej widzom problematyki antyrasistowskiej. Mam za to nadzieję, że wątki LGBTQ+ pojawią się w dość szerokim zakresie. Geraltowi z pewnością spodobałoby się, gdyby któraś z jego kochanek była biseksualna, a już byłby naprawdę uszczęśliwiony, gdyby takie potrzeby odkryła w sobie na stałe Yen.
Abstrahując od męskich podniet Geralta rekompensujących mu mutacyjną bezpłodność – prócz Ciri, rzecz jasna, jakoś tam jednak wpływającej na uczucia macierzyńskie – miarą poziomu obywatelskiego społeczeństwa jest stosunek do mniejszości, zwłaszcza tych seksualnych. Wyzwolenie seksualne czy też wiedza na temat seksu są miarą poziomu intelektualnego. Pod naszą szerokością geograficzną, czyli w państwach postkomunistycznych, z edukacją seksualną jest słabo.
Komuniści podchodzili do niej podobnie jak katolicy (nie mylić z wszystkimi chrześcijanami), a więc uważali ją za tę sferę życia człowieka, za pomocą której można kontrolować naturę człowieka, aby zbytnio nie myślała o społecznej i ustrojowej wolności. Obecnie więc wciąż seks jest naszym społecznym problemem, zwłaszcza prawo do decydowania o nim przez kobietę, bo w erotyce mężczyźnie wciąż wolno o wiele więcej. Wypowiedzi w stylu „klaps to nie molestowanie” albo „przecież nie krzyczała, więc to nie gwałt” są wyrazem umysłowego kołtuństwa, zatem od tak popularnych medialnych produktów jak Wiedźmin oczekuję, żeby chociaż pod tym względem przekazywana była w nich jakaś edukacyjna treść. Ucząc dojrzałych postaw, również można być na czasie.
Pedofilia w organizacjach religijnych
Była taka organizacja działająca w Wyzimie, w której można by zacząć budować wątek pedofilski. Nazywali się Kultem Lwiogłowego Pająka. Nie mieli zbyt wielkiego znaczenia dla przygód Geralta, za to pod względem marketingowym, jeśliby Netflixowi zależało na bezpiecznym podejściu do tematu, mógłby tu zostać osadzony wątek kapłanów-pedofilów porywających małe, wyzimskie dzieci. To taka bezpieczna wersja. Oczywiście, jeśli zajmować się pedofilią w kościele, należałoby iść na całość.
Andrzej Sapkowski przecież stworzył na potrzeby historii religię państwową w Redanii – Kult Wiecznego Ognia. Sapkowski, opisując redańską religię, myślał oczywiście o katolicyzmie, głównie tym średniowiecznym, ale trudno nie ulec wrażeniu, że dzisiaj niewiele się w modus operandi kleru zmieniło. Warto zwrócić tu uwagę na pewną prawidłowość. W świątyniach Wiecznego Ognia płonął ów tytułowy święty ogień. Był czymś na kształt modlitwy błagalnej o uzdrowienie chorych, powodzenie w życiu itd. wznoszonej przez spragnionych pomocy ludzi. Święty ogień w rzeczywistości literackiej Sapkowskiego miał chronić ludzi przed potworami, w które obfitowała przesycona magią wiedźmińska rzeczywistość.
Jak wiemy jednak, najlepiej przed nimi chronili wiedźmini, a nie religijne gusła. Sam Geralt wbrew temu, co na ten temat mówiły gry od CD Projekt, trzymał się z daleka od klątw i zaklęć, chociaż nie od czarodziejek. Na tym niedziałającym świętym ogniu jednak Kult Wiecznego Ognia najlepiej zarabiał. Zarabiali również kupcy, a barany z Novigradu i tak wierzyły, że on pomaga, jednocześnie płacąc wiedźminom za likwidację strzyg, południc i innego potwornego tałatajstwa. Totalna sprzeczność.
Podobnie sprawa wygląda z modlitwą w katolicyzmie. Nie za bardzo działa, ale zarabia na niej i Kościół, i okołokościelne biznesy. Ważne, żeby zgadzały się rachunki. Na takie zakłamanie Geralt nigdy nie mógł się zgodzić. Miał świadomość i umiał rozpoznać, że wyznawcy państwowej religii w Redanii dzielą się na dwie grupy – inteligentnych hipokrytów na stanowiskach i mniej lub bardziej fanatycznych, nieszczęśliwych ludzi poszukujących stada i związanej z nim siły. Tych pierwszych należy eliminować, a tych drugich w miarę możliwości edukować; jeśli się nie da, to niestety również pod miecz.
Poza tym Geralt traktował Kult Wiecznego Ognia jako niebezpiecznych prowodyrów agresji wobec nieludzi. Skoro więc Kult Wiecznego Ognia był pod względem świętości już aż tak zepsuty, dlaczego by nie zepsuć go bardziej za pomocą pedofilii? Wzajemnie kryjący siebie kapłani, orgie z elfickimi dziwkami, grzebanie w majtkach posługującym w świątyniach parobkom i oczywiście umoczony w lawendowej aferze naczelny kapłan, postrzegany jako ŚWIĘTOŚĆ, a w gruncie rzeczy kluczowy element scalający mafijną siatkę – Wielki Mistrz Zakonu Płonącej Róży, Jakub de Aldersberg. Powstaje nam idealna wizja współczesnego katolicyzmu, którego krytyki Netflix przecież nigdy się aż tak nie bał.
Pedofilia w organizacjach religijnych jest problemem społecznym głównie dlatego, że nie wynika ze skłonności do gwałcenia dzieci u poszczególnych, zaburzonych seksualnie ludzi, a z systemu, który ich jednoczy i umożliwia takie zbrodnicze działanie. Winni cierpienia dzieci są więc nie tylko księża, ale i pośredni wyznawcy, którzy biorą udział w tej zboczonej grze, będąc członkami organizacji i nie sprzeciwiając się jej w sposób radykalny.
Poradzić sobie z pedofilią można jedynie radykalnie, wykorzystując wszelkie kanały medialne, żeby uświadamiać ludzi, co się dzieje. Produkt, jakim jest Wiedźmin, zważywszy na jego tzw. dotarcie, wręcz powinien zawierać wątek pedofilski, gdyż budowanie świadomości niebezpieczeństwa powinno, oprócz wychowania kształtującego seksualność od wieku kilku lat, wspomagać się odpowiednimi wskazówkami dostępnymi cały czas, w każdym wieku, dla każdego zjadacza kultury masowej. Pedofil musi czuć się osaczony, a organizacja, która go chroni, radykalnie wyrzucona poza społeczny nawias. Dokonać może tego nie skrępowana układami prokuratura, ale żyjąca własną dynamiką kultura masowa.
Seks z niepełnosprawnymi
Przypomnę tylko, że na sytuację aktorów niepełnosprawnych wpływają dwa zjawiska, o których już kiedyś pisałem: KULTUROWY KONFORMIZM oraz SPOŁECZNY VOYERYZM. Dorośliśmy już do tego, żeby potraktować niepełnosprawnych aktorów (i w ogóle niepełnosprawnych) z pewną dozą szacunku. Pewną, gdyż podświadome motywy nie pozwalają nam jeszcze wyjść poza to, co sami uznaliśmy za dopuszczalne, o czym świadczą twarde fakty przedstawione przeze mnie w tekście Co powinien mieć w garbie Quasimodo.
Przypomnę tylko, że KULTUROWY KONFORMIZM bazuje na tzw. TOLEROWANYM PRZEWINIENIU. Jego korzenie spoczywają głęboko we wczesnym chrześcijaństwie, które masowo adaptowało do swojego rytu wiele pogańskich rytuałów, a właściwie tylko zmieniało ich nazwy i dorabiało teologiczne definicje. Z jednej strony więc pojawiły się nauki o odkupieniu grzechów i bezwarunkowym umiłowaniu bliźniego, a z drugiej naturalna i brutalna selekcja najsilniejszych, typowo plemienna, starożytna naleciałość. W sensie najpierwotniejszym więc niepełnosprawny aktor jako niepełnosprawny człowiek zawsze będzie winny niedostosowania formy swojego cielesnego jestestwa do bożego projektu.
Klasyczna stratygrafia pogańskiego i chrześcijańskiego świata jest pionowa, czysto darwinistyczna. Z czasem jednak zaczęto odchodzić od takiego budowania relacji społecznych na rzecz poziomych zależności, które obrazowały równość wszystkich ludzi np. wobec prawa. Podświadomy korzeń plemienny mimo wszystko pozostał, więc rozwijające się społeczeństwo musiało wykształcić mechanizm obronny. Ową winę niepełnosprawnego, że jego projekt jestestwa nie został dostosowany do tzw. bożego dzieła, wzięła na swoje barki społeczność i zamknęła w przekazywanej z pokolenia na pokolenie symbolicznej podświadomości wspólnoty.
Niepełnosprawni i wszelkie inne mniejszości oficjalnie więc dostały prawa, jednak za sprawą podświadomego nawyku z wieków średnich wciąż mają problem z ich praktyczną realizacją. Krótko mówiąc: dużo gadania, mało działania, co w przypadku niepełnosprawnych w kinie jest bardzo widoczne, kiedy twórcy filmowi wolą brać do ról postaci z defektami pełnosprawnych aktorów niż faktycznie upośledzonych.
A co z seksem niepełnosprawnych na ekranie? Tu sprawa ma się jeszcze gorzej. Ale pozostała nam jeszcze jedna cecha społeczności do wyjaśnienia, która z pewnością pomaga niepełnosprawnym się ujawniać – SPOŁECZNY VOYERYZM. Przed powstaniem mediów audiowizualnych nie był on tak widoczny (za wyjątkiem starożytności i krwawych zabaw w koloseach). Dopiero kino pozwoliło widzom oglądać na ekranie przemoc i wszelkie inne makabryczne rzeczy, których boją się w rzeczywistości. Wiedząc, że nic im się nie stanie, zaczęli to robić masowo i z zaciekawieniem. Na tej samej zasadzie funkcjonują różne osobliwe kategorie np. na Pornhubie. Większość widzów raczej w rzeczywistości nie odważy się uprawiać seksu z posuniętą aż do utraty przytomności asfiksją.
W pewnym sensie już ten voyeryzm Netflix wykorzystał – seks garbatej Yennefer z Istreddem. Zwróciliście uwagę na ujęcia jej z natury skrzywionej twarzy podczas seksu? Pod wpływem podniecenia te wady jeszcze mocniej się ujawniły. Plus do tego garb falujący w takt frykcyjnych ruchów jej bioder. Ktoś odrobił lekcję pod względem psychologicznym tworząc tę scenę. Zestawił ze sobą nasz lęk przed deformacją w postaci garbu (efekt skoliozy kręgosłupa) z podniecającym ujęciem pośladków Yen, a do tego dodał widownię, czyli ów voyeryzm, którego się wstydzimy, kiedy ktoś nas na nim złapie.
Wszystko to spiął klamrą seksu, czyli aktywności będącej w dzisiejszych mediach TABU dla niepełnosprawnych, starszych, brzydkich, czyli wszystkich, którzy nie pasują do kanonu medialnego piękna, co jest wdrukowaną kulturowo reakcją w postaci TOLEROWANEGO PRZEWINIENIA.
Dobrym pomysłem jest jeszcze mocniejsze połechtanie lęków publiki i nadanie cech niepełnosprawności Geraltowi z Rivii. Jeśli Netflix faktycznie chciałby być na czasie, powinien to zrobić. I żeby nie było wątpliwości, Geralt jest niepełnosprawny. Wynika to z jego literackiego opisu. Żadna mutacja nie zrekompensuje jego psychicznego cierpienia, a także fizycznych niedoskonałości – blizny, przewlekłe bóle, bezpłodność.
Patriotyzm
A dokładniej tzw. kindernacjonalizm w polskim wydaniu, którego pożywkami są same mokre sny prawicowych polityków (i ich bojówek), a więc: wiersze KOMUNISTY (dokładnie trockisty) Baczyńskiego, śpiewanie Roty autorstwa Marii Konopnickiej, a więc lewaczki i feministki, Piłsudski, który nienawidził Dmowskopodobnych nacjonalistów, hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”, które występuje jako dewiza Wojska Polskiego dopiero od 1993 roku (tak, znam dekret z 1943 roku), a wojsko biorące udział np. w Bitwie Warszawskiej 1920 nie miało z nim nic wspólnego, czy w ramach tej samej bitwy dokonany cud nad Wisłą za wstawiennictwem Matki Boskiej, czyli w gruncie rzeczy egipskiej bogini Izis.
I tak by można wymieniać i wymieniać symbole, które polscy kinderpatrioci bardzo by chcieli mieć na własność, lecz po prostu brakuje im wiedzy, żeby zrozumieć, że co innego one znaczyły w historii. A już na pewno nie to, co by usilnie chcieli. W książkach pisanych przez Andrzeja Sapkowskiego również można znaleźć wiele krytyki podobnie naiwnego patriotyzmu, który za sprawą wsparcia pieniędzmi i agresją przydaje się autorytarnej władzy do zastraszania inteligenckiej klasy obywateli – szlachty, czarodziei, kupców. Taki jest Nilfgaard pod rządami Emhyra var Emreisa, cesarza, któremu nie można odmówić zręczności w budowaniu polityki podbojów na zasadzie reakcji na czających się dookoła Nilfgaardu wrogów, mniej lub bardziej wyimaginowanych.
Takie postępowanie ma jednak zawsze swój kres. Albo polityczny, albo społeczny, albo osobisty. W Emreisie coś w końcu tąpnęło, jak w większości osobników, którzy swoją brutalność oparli na osobistym cierpieniu. Więcej na ten temat czytelnicy znajdą w tomie Pani jeziora.
Czy taki kinderpatriotym może stać się problemem społecznym cennym dla Netflixa? Tak, jeśli owej prostackiej narracji ulegnie odpowiednia grupa osób i równocześnie wzbudzi również odpowiednio mocny sprzeciw u tych, którym zależy na poszanowaniu ojczyźnianych symboli. To jedna strona medalu, ta bardziej marketingowa czy też utylitarna. Drugą jest niebezpieczny wzrost agresji u tzw. bojówkarskich grup patriotycznych, podsycanej przez kler, prawicę i środowiska nazistowskie, co prowadzi do skrzywienia pojęcia patriotyzmu. Już dzisiaj w Polsce wstyd się przyznać, że jest się patriotą, jeśli oczywiście ceni się wysoki poziom własnej inteligencji, bo u każdego bardziej obytego w świecie i mądrzejszego człowieka wzbudzi się skojarzenia z wymachującymi krzyżami i bejsbolami grupami zamaskowanych mężczyzn, którzy uwielbiają nawalankę z policją.
Jest więc spore pole do popisu dla Netflixa, a sam Geralt z Rivii dość miał w swoim życiu do czynienia z podobnymi do kinderpatriotów przedstawicielami zarówno Nilfgaardu, jak i siepaczami zrekrutowanymi przez niejakiego Vernona Roche’a do walki w imieniu Temerii z podobnie fanatycznymi członkami Scoia’tael. Ich fanatyzm jednak został stworzony przez ludzi, o czym wspominałem wyżej w ramach problemu TOLERANCJI dla nieludzi (np. pogrom w Ard Carraigh). I żeby była jasność, problem tzw. prostackiego, instrumentalnego patriotyzmu nie jest jedynie zjawiskiem endemicznym dla Polski.
Dla nas to nowość, bo nie znaliśmy tego typu zwyrodnienia. W historii mieliśmy jednak wiele podobnych zjawisk społecznych, gdy mniej wykształcone warstwy społeczne były najpierw podburzane, osaczane przez domniemanych wrogów, a potem wypuszczane na ulicę, żeby siać bezrozumną grozę. Tak robili kapitaliści po wojnie secesyjnej, komuniści, a potem naziści. Tak robi się dzisiaj w Polsce, co gorsza – w imię chrześcijaństwa. A Wiedźmin jest wymarzonym środowiskiem do pokazania, na czym polega uliczna dzicz.
Już widzę te ulice Wyzimy usiane zwłokami nieludzi, a przecież było to kiedyś elfie miasto. Nienawiść wobec elfów, podobnie jak nienawiść kibolstwa wobec kobiet, wynika z nieznajomości historii, a także z braku jej poszanowania. Przypomnijmy sobie, jak łatwo ludzie potrafili Wiedźmina kochać, kiedy było im to na rękę. Gdy tylko zaczynał sprzyjać Wiewiórkom, nieważne, jak przy tym pomagał innym, od razu traktowali go tak, jak w gruncie rzeczy chcieli, czyli jako dziwadło, którego się boją, i gdyby nie było tak biegłe w sztukach walk, od razu by się go pozbyli.
Rola kobiety a seksizm
Geralt z Rivii jest seksistą – nie ulega to wątpliwości. Wychowany na wojownika, bez rodzicielskiego ciepła, poddany bestialskiej „próbie traw”, która pozbawiła go płodności i zmutowała, nauczył się traktować kobiety instrumentalnie. Nie mógł im spłodzić dziecka, a sobie udowodnić, że w jakimś sensie może zadośćuczynić sobie poprzez okazaną czułość wobec własnego potomstwa. Seksizm był więc jakąś formą obrony jego jako mężczyzny, zmutowanego, samotnego i w gruncie rzeczy skazanego na banicję w świecie ludzi.
Wydaje mi się zatem, że seksizm Geralta nigdy nie był autentyczny – to znaczy nie wynikał z nienawiści czy też z lęku wobec kobiet, jak to jest u większości mężczyzn. Jeśli będziemy mieli do niego pretensje, że był seksistą, ponieważ nie był wierny, a kochanek miał bez liku, ograniczymy jego wolność seksualną, podobnie jak to chcą robić konserwatyści, często sami zapominając, w ilu łóżkach już zagościli. Geralt potrafił być przywiązany do jednej kobiety, a że lubił seks, to inna sprawa. Seks jako aktywność higieniczna nie zawsze idzie w parze z miłością i wypada, żebyśmy w XXI wieku już to zaakceptowali.
Skoro więc uwolniliśmy Geralta od bezrozumnej postawy seksistów, nic nie stoi już na przeszkodzie, żeby wpasować go w kobiecą wizję świata, co zresztą serial Netflixa w jakimś sensie zrobił. Loża Czarodziejek jest przecież damska, a Yennefer odgrywa rolę serialowej feministki, a może po prostu racjonalnie patrzącej na otoczenie kobiety z ogromnym doświadczeniem. Mężczyźni boją się mądrych kobiet. Pod tym względem twórcy Wiedźmina odwalili kawał dobrej roboty.
Za mało jednak pokazali tych przysłowiowych gołych cycków. Liczyłbym więc, że Netflix w kolejnym sezonie zapragnie być nieco bardziej kontrowersyjny i aby wzbudzić należną uwagę (czy też sprzeciw) środowisk feministycznych, uczyni z kobiety prężący się przed facetami nagi instrument, a z drugiej da kobietom władzę, jaka mężczyznom się nigdy nie śniła. Seksizm można pogodzić z nowoczesną femme fatale. Twórcy Wiedźmina nie mogą się jednak bać ani gołych piersi, ani penisów. Gdy na ekranie Netflixa pojawią się męskie genitalia, będzie można nareszcie uznać, że Netflix chce być na czasie i wzbudzać dyskusję.
I tak dość akcydentalnie dotarliśmy do kolejnego problemu społecznego – lęku przed nagością, który w kinie został posunięty do tak absurdalnych granic, że twórcy wolą zrobić sztucznego penisa niż naturalnego, jeśli już mają go w ogóle pokazać. Zakończmy więc milszym akcentem niż sztuczne dilda, a mianowicie Geraltem.
Ludzie to wilki
Z bóle to stwierdzam, lecz czytałem wiele lepszych opowieści fantasy niż ta o wiedźminach, pióra Andrzeja Sapkowskiego. Mam na myśli styl. Na pewno to, czego mi brakowało, to zdolność lapidarnego podsumowywania myśli, w stylu, powiedzmy, że nieco bardziej aforystycznym. Ma tu na myśli wystarczająco sugestywny fragment o relacji Geralta z ludźmi, o tym, co on sobie o nich myślał. Niespodziewanie w sukurs przyszedł mi niemniej wyklęty w religijnych środowiskach autor o zdolności, jakiej Sapkowski nie posiada – Aleksander Dumas. W Hrabim Monte Christo napisał:
Przyjrzyjcie się dokładnie, bo na mą duszę, to rzecz nader ciekawa: oto człowiek, który poddał się już swemu losowi, spokojnie szedł na szafot i miał umrzeć tchórzliwie, ale za to spokojnie, bez skargi. A wiecie, co mu dawało siłę, co go pocieszało, dlaczego tak cierpliwie gotów był przyjąć kaźń? Dlatego że ktoś inny bał się tak samo jak on, dlatego że ten inny miał umrzeć tak samo jak i on; dlatego że ten inny miał umrzeć przed nim! Spróbujcie zaprowadzić dwa barany albo dwa woły do rzeźni i dajcie jednemu do zrozumienia, że drugi nie umrze: baran zabeczy wtedy z radości, wół zaryczy.
Ale człowiek, którego Bóg stworzył na swoje podobieństwo, człowiek, któremu Bóg pragnął zaszczepić miłość bliźniego jako pierwszy, jedyny i najświętszy obowiązek, człowiek, któremu Bóg dał mowę, aby wyrażał swoje myśli – cóż powie ów człowiek, dowiedziawszy się, że jego towarzysz jest ocalony? Będzie złorzeczył. Chwała człowiekowi, arcydziełu natury, chwała panu stworzenia!
W świecie takich ludzi żył Geralt, ale był na tyle silny, żeby go rzyć nie bolała, jak ich na jego widok. Byłoby dobrze, gdyby drugi sezon serialu Netflix zrobił z takim przytupem, żeby malkontenci poczuli ten ból.
