publicystyka filmowa

CO POWINIEN MIEĆ W GARBIE QUASIMODO? Niepełnosprawnym aktorom nie wolno grać?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Zanim powstało kino, pokazywano ich w objazdowych cyrkach, a w codziennym życiu wytykano palcami i odmawiano prawa do nazywania się ludźmi. Mówiono, że stworzył ich tzw. gorszy Bóg, diabeł, szatan albo inny demon. Żyli jako wystawiane na pokaz kurioza, dopóki byli zdrowi i silni i ktoś mógł na nich zarobić. Gdy niektórzy zdołali dożyć do starości lub wcześniej wypadli poza nawias cyrkowego taboru, umierali w samotności i nędzy. Powstanie kina niewiele zmieniło, chociaż mogło dużo. Do dzisiaj pozostają dla mainstreamowego świata Hollywoodu dziwolągami (podobnież dla innych kinematografii, w tym polskiej), chociaż otwarcie już nikt nie odważy się ich tak nazywać, bo to obraźliwe i niepoprawne politycznie. To jednak znaczące, że od czasów Dziwolągów Toda Browninga, czyli przez ponad 80 lat, nikt nie miał odwagi nakręcić bogatszego obrazu, w którym niepełnosprawni aktorzy zagraliby faktycznie siebie w swoim własnym świecie i wykreowali tak plastyczne, godne zapamiętania, LUDZKIE postaci.

Niepełnosprawni nie chcą byle jakich rólek epizodycznych, nawet gdy chodzi o postaci negatywne, zdeformowane czy odmienne psychicznie od reszty normalsów

Żeby uświadomić sobie sytuację – zanim jednostkowe przypadki uzna się za jakąś szerzej obowiązującą normę, co często jest mydlącym oczy argumentem – warto przypatrzeć się liczbom. Wyspecjalizowana w adaptacji osób niepełnosprawnych Fundacja Rodziny Rudermanów ocenia, że około 20 procent społeczeństwa amerykańskiego posiada jakąś niepełnosprawność. Równocześnie niewiele ponad dwa procent wszystkich filmowych postaci jest niepełnosprawnych. Przy tym są to głównie role charakterystyczne i epizodyczne. W telewizji jest podobnie, a dodatkowo w rolach niepełnosprawnych w większości występują pełnosprawni, tak samo zresztą jak i w produkcjach kinowych.

Prince Randian (Człowiek-tułów) i Johnny Eck (Półchłopak) na planie Dziwolągów Toda Browninga

Mimo tych danych środowiska filmowe, które należą głównie do ludzi pełnosprawnych i to oni mają w nich decydujący głos, twierdzą, że sytuacja zmienia się dla niepełnosprawnych na lepsze. Dostają oni coraz więcej ról. Powstają nawet specjalne agencje aktorskie zajmujące się promocją wyłącznie aktorów niepełnosprawnych (np. Agencja VisABLE działająca na angielskim rynku telewizyjnym). Na jej przykładzie warto jednak dokładnie sprawdzić, czym się chwali, i może tu znajdziemy odpowiedź na coraz ostrzejszy sprzeciw niepełnosprawnych co do ich traktowania w dostępie do poważniejszych ról filmowych.

Kogo zobaczymy na stronie VisABLE? Np. mistrza fechtunku, paraolimpijczyka Kevina Davidsa, znanego m.in. z roli jednego z klientów w brytyjskim tasiemcu Coronation Street. Jest też Grace Mandeville występująca w serialu science fiction Sparticle Mystery. Pojawia się również Sam Barnard – widziałem go ostatnio na CDA w niewielkiej roli Roberta w Podejrzeniach pana Whichera: Morderstwie w domu na Road Hill.

Myślę, że chociażby dzięki przykładom z tej agencji aktorskiej można zrozumieć, na czym polega to podnoszone larum przez organizacje dbające o integracjr niepełnosprawnych z normalnym, ukulturalnionym społeczeństwem, jak i ich samych. Oni nie chcą byle jakich rólek epizodycznych, nawet gdy chodzi o postaci negatywne, zdeformowane czy odmienne psychicznie od reszty „normalsów”. Niepełnosprawni chcą zagrać role „swoich”, kalibru profesora Charlesa Xaviera z serii X-Men. Oni chcą zastąpić Joaquina Phoenixa w Bez obaw, daleko nie zajdzie Gusa Van Santa. Chcą zagrać garbusa Quasimodo zamiast Hopkinsa, treserkę orek Stéphanie w Z krwi i kości zamiast Marion Cotillard i zdeformowanego Josepha Merricka zamiast Charliego Heatona w najnowszej adaptacji Człowieka słonia. Rozsądnym minimum dla nich jak na początek jest rola głuchej Millicent Simmonds w Cichym miejscu Johna Krasinskiego.

To jest kaliber, o który walczą i który ich zadowala, bo właśnie ci filmowi i przecież fikcyjni niepełnosprawni wpisali się i wciąż to robią w historię współczesnej społeczności jako współtwórcy naszej literacko-medialnej zachodniej świadomości i symbolicznej orientacji w świecie. A tak naprawdę w tej chwili robią to ludzie, którzy jedynie mogą sobie nieudolnie wyobrazić, jak to jest nie chodzić albo ustami zastępować ręce.

Anthony Hopkins jako Quasimodo

Ostatnio dodane