search
REKLAMA
VHS

CHWAŁA. Amerykańskie serce jest czarne?

Odys Korczyński

15 grudnia 2020

REKLAMA
Żołnierze, którzy walczyli w oddziale dowodzonym przez pułkownika Roberta Goulda Shawa, faktycznie tak myśleli. Walczyli o swoją, wyimaginowaną wizję kraju. Mało ich obchodziło, co na ten temat sądzą biali. Amerykańska walka o niepodległość miała wiele kolorów, żółty, czarny, biały i wszelkie ich mieszanki, tyle że ta kaukaska barwa zawsze była kolorem najeźdźców. W takim razie co z amerykańskimi ideami walki o wolność? Czy zostały zbudowane na przekłamanych fundamentach? Mając do dyspozycji tak kontrowersyjną (zwłaszcza dzisiaj), opartą na faktach historię, Edward Zwick potrafił ją zmarnować. Od lat nie mogę mu tego wybaczyć, a jednocześnie darzę Chwałę niezmienną sympatią, polecając ją każdemu, kto chce obejrzeć ciekawą filmową alternatywę dla monumentalnego Gettysburga Rona Maxwella dostępnego na zapisy w osiedlowej wideotece.

O ile tylko ów ktoś jest uodporniony na wszechobecny w filmie patos. W sumie to główny zarzut do reżysera, że dał się ponieść, a może również i zwieść pewnemu stylowi opowiadania patriotycznych historii, obowiązującemu w mainstreamowych filmach zza oceanu. Polega on mniej więcej na tym, że główny bohater zawsze jest kryształowy moralnie i skłonny do nadludzkich poświęceń dla innych i co najważniejsze, dla idei budującej amerykańskie państwo. Wolność ludzka bowiem bez ujętej w prawne ramy państwowości nie może istnieć. W istocie jest to zupełnie skrzywiona wizja wolności, w którą Amerykanie święcie wierzą, zresztą nie tylko oni, ale większość społeczeństw ukształtowanych na tzw. micie o sprawiedliwej demokracji. Oczywiście ów kryształowy bohater musi być widzowi zaprezentowany tak ckliwie, jak tylko się da – romantyczna, najlepiej smyczkowa muzyka, podniosły ton wypowiedzi, konfrontacje z niesprawiedliwością świata, aż w końcu kulminacja w postaci męczeńskiej śmierci za sprawę. Pułkownik Robert Gould Shaw został więc takim wojennym męczennikiem walczącym z białą, rasistowską Ameryką o swoich żołnierzy i ojczyznę dla wszystkich. Jak każdy idealista, przegrał, bo w ogóle wziął udział w tej zakłamanej od korzenia secesyjnej walce.

A gdyby tak Edward Zwick poszedł pod prąd? Część scen pozbawił muzyki łkającego jak zbity pies na deszczu Jamesa Hornera. Nieco dokładniej zmontował całość, może przedłużając ją o jakieś 20 minut, żeby uzupełnić dziury w historii. Dopracował zdjęcia batalistyczne, bo nazbyt przypominają one kręcony w studio tani serial wojenny (nie rozumiem, za co Freddie Francis dostał Oscara). Pochylił się nad aktorami, żeby bardziej mówili do siebie, a nie do jakiegoś niewidzialnego bytu, jak na ambonie przed tysiącami klęczących pielgrzymów ze świętymi obrazkami w rękach. Matthew Broderick powinien wziąć przykład z Denzela Washingtona w roli zbuntowanego szeregowego Tripa. Tej postaci można wierzyć, że rozdzierają ją sprzeczne emocje, że amerykańska wizja wolności nie jest dla wszystkich, ale od samego początku została zaprojektowana dla białych i nikogo więcej. A tylko z powodu poczucia winy niewielkiej grupy intelektualistów zostały do tej wizji na siłę dołączone inne kolory skóry, które aż po dzisiejsze czasy nie mogą uzyskać w praktyce identycznych praw, co biali, heteroseksualni (przynajmniej oficjalnie) mężczyźni wierzący w Boga (również przynajmniej oficjalnie) i niezbyt odstający indywidualnością od reszty szarej masy utrzymującej swoimi podatkami biurokratyczną machinę państwa.

Edward Zwick nie poszedł pod prąd. Nakręcił laurkę, niemal mesjańską wizję z pułkownikiem Shawem jako głównym elementem świętego obrazka rozdawanego czarnoskórym żołnierzom, żeby modlili się do niego jak do wybawiciela. Politycznie ani społecznie jednak nikt ich nie wybawił od rzeczywistości. I konfrontacja z nią, z miałkością abolicjonistycznych mokrych snów, jest bodaj największą zaletą Chwały. Na szczęście Zwick, dowalając do swojej amerykańskiej kanapki hektolitry patetycznego sosu, nie zapomniał o daniu solidnego kopniaka establishmentowi, który od XIX wieku dorabiał się na głoszeniu szczytnych ideałów wolnościowych, a w praktyce szanse dostawali albo lepiej urodzeni i lepiej wykształceni, albo mający szczęście i znajomości. Szeregowy Afroamerykanin pozostawał jako wolny tam, gdzie był jako niewolnik – nie miał niczego i był przez białych pogardzany. A szeregowi biali, zmuszani do zaakceptowania zakazu niewolnictwa, który nie mieścił się w ich niezbyt skłonnych do myślenia głowach, wykształcali w sobie jeszcze większą nienawiść do czarnych. Od wieków budowane mury trwają dzisiaj w najlepsze, chociaż nie można powiedzieć, że nie jest lepiej. Jest, lecz sytuacja zmienia się w ślimaczym tempie, a rasizm przyjął wiele różnych twarzy, wykluczających ludzi ze społeczeństwa nie tylko ze względu na kolor skóry, ale chociażby nawet ze względu na to, jakich środków chcą używać do mycia się.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA