Zestawienie

Niezależne filmy na NETFLIXIE, które WARTO ZNAĆ

Autor: Karolina Michalska
opublikowano

Chociaż wiele jest osób, które twierdzą, że większość filmów znajdujących się na Netflixie to jedna wielka porażka, prawdą jest, że platforma ta cieszy się coraz większą popularnością. Sama dopiero niedawno dałam się do niej przekonać. Czy rzeczywiście jest tak źle, jak twierdzą niektórzy, czy wręcz odwrotnie? A może prawda leży po środku? Biorąc pod uwagę głosy krytyki oraz niedawny skandal, jaki narósł wokół okrytego już złą sława filmu Gwiazdeczki, postanowiłam przyjrzeć się propozycjom Netflixa nieco bliżej. I nie mam tu na myśli hitów, które recenzowane są na potęgę. W mojej dzisiejszej subiektywnej liście skupię się głównie na kinie niezależnym, kinie niszowym. A okazało się, że wbrew moim obawom było w czym wybierać.

Już mnie tu nie ma

Pierwszym filmem, który przykuł moją uwagę jest nagrodzony na wielu festiwalach dramat Już mnie tu nie ma w reżyserii Fernando Friasa. Nieliniowa akcja filmu przebiega między meksykańskim miastem Monterrey a Nowym Jorkiem, do którego to w wyniku nieporozumienia z lokalnym kartelem jest zmuszony uciekać główny bohater filmu, siedemnastoletni Ulises (Juan Daniel Garcia Treviño) Chłopak jest przywódcą gangu zwanego Los Terkos. Jego członkowie to jeszcze dzieci – nie przejmując się zupełnie edukacją, całymi dniami włóczą się po ulicach miasta, odziani w szerokie kolorowe ubrania, przyozdobieni wymyślnymi, szokującymi fryzurami, stylizowanymi miodem. Kiedy akurat nie unikają innych gangów lub nie chowają się przed policją, robią to, co robić lubią najbardziej – tańczą. Ale nie jest to byle podrygiwanie do dowolnej muzyki. W sercach tych młodych ludzi gra kolumbijska cumbia, a tańczenie do spowolnionej wersji tej muzyki daje im namiastkę swobody i wolności i pozwala zapomnieć o problemach, takich jak chociażby skrajna bieda, w której są zmuszeni żyć. I chociaż pozornie ten mały uliczny gang na początku może wydawać się niegroźny, szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że wcale tak nie jest. Ulises musi chronić swoich kompanów w rozwijającej się wojnie narkotykowej, ale również i politycznej. Kiedy dochodzi do wspomnianego już tragicznego zajścia, chłopak trafia do Nowego Jorku, gdzie również nie zazna spokoju. Bo chociaż dzielnica, w której mieszka, pełna jest emigrantów, otaczający go ludzie nie są mu życzliwi. Zmuszony uciekać po raz kolejny, zaprzyjaźnia się z córką swojego pracodawcy – Lin (Xueming Angelina Chen). Czy w tej znajomości bariera kulturowo-językowa będzie możliwa do pokonania? Co stanie się dalej z Los Terkos? I jak zmieni się zachowanie i życie Ulisesa? Ten wzruszający, przepełniony muzyką i tańcem film, przedstawiający codzienne życie młodocianych, meksykańskich gangów, z całą pewnością wart jest waszej uwagi.

O chłopcu, który ujarzmił wiatr

Debiutujący jako reżyser Chiwetel Ejiofor swoim nominowanym do Oscara filmem O chłopcu, który ujarzmił wiatr stawia mnie w dość niezręcznej sytuacji. Byłoby wielkim oszustwem pisać, że historia ta nie wywołała we mnie żadnych emocji. Trudno bowiem nie wzruszyć się zupełnie, poznając losy trzynastoletniego Williama (Maxwell Simba). Ten nico nieśmiały, aczkolwiek inteligentny i bardzo sprytny chłopiec, pragnie zdobywać wykształcenie, jednak rzeczywistość, z jaką musi się zmagać, skutecznie uniemożliwia mu spełnianie tych ambicji. William wraz z rodzicami mieszka w ubogiej wiosce. Rodzice chłopca: ojciec Trywell (Chiwetel Ejiofor) oraz matka Agnes (Aissa Maiga), a także siostra Annie (Lily Banda) próbują żyć na tyle nowocześnie, na ile jest to możliwe. Tym samym zamiast modlitwy o deszcz i zabobonów rodzice wolą postawić na edukację syna i córki. Niestety tragiczna sytuacja finansowa sprawia, że dalsza nauka chłopca staje pod znakiem zapytania. Tymczasem wioskę zaczynają dotykać kolejne klęski żywiołowe. Mieszkańcy Malawi na zmianę zmuszeni są walczyć a to z suszą, a to z powodziami. Spoglądając na narzędzia, którymi posługują się w rolnictwie, będącym głównym źródłem utrzymania, łatwo jest nam domyślić się, jak bardzo są one prymitywne jak na dzisiejsze czasy. Ich sytuacji nie polepsza także stanowisko rządu, który problem narastającej klęski głodu zamiata pod dywan. Przytłoczeni złymi warunkami pogodowymi, a przede wszystkim skrajnym głodem, ludzie zaczynają nie radzić sobie z własną bezsilnością i frustracją. W wiosce zaczyna dochodzić do wzajemnych kradzieży oraz bójek. Mieszkańcy zmuszeni są walczyć ze sobą o pożywienie, a w walkach tych nie ma miejsca na skrupuły. Głód powoduje, co logiczne, że każdy myśli o sobie i własnej rodzinie. Ale jakość życia rodzinnego też ulega znacznemu pogorszeniu. W rodzinie Williama zaczyna dochodzić do wzajemnych pretensji i oskarżeń. Ambitny i zawzięty chłopak nie daje za wygraną i wbrew zakazom ojca zaczyna pracować nad budową turbiny wiatrowej.

Powróćmy teraz do niezręcznej sytuacji w jakiej zostałam postawiona przez reżysera, o której wspomniałam wcześniej. Jeden element filmu sprawiał, że oglądało mi się go nieco gorzej. A elementem tym jest „disneyowska aura”. Dlaczego tak to nazywam? Bo niektóre muzyczne motywy użyte w tym filmie są jak żywcem wyciągnięte z typowych bajek Disneya i przyznam, że dla mnie było to irytujące. No ale co kto lubi. Czy jednak ten mankament sprawia, że bardzo zaniżę ocenę filmu? Nie. Czy przestanę wam go polecać? Też nie. O chłopcu, który ujarzmił wiatr to bardzo ciekawa propozycja dostępna na Netflixie. Poza problematyką, którą przedstawiłam wcześniej, w interesujący sposób pokazuje relacje między ojcem a synem. Chłopak przeżywa wewnętrzny konflikt. Z jednej strony wychowany jest tak, aby darzyć rodziców szacunkiem i respektować ich zdanie, z drugiej ma świadomość, że ojciec tym razem nie ma racji. Staje przed wyborem – uszanować wolę ojca czy przeciwstawić mu się i działać dla dobra mieszkańców.

Ostatnio dodane