Publicystyka filmowa
Niezależne filmy na NETFLIXIE, które WARTO ZNAĆ
Odkryj NIEZALEŻNE FILMY NA NETFLIXIE, które zasługują na Twoją uwagę. Niszowe perełki czekają na odkrycie w tej fascynującej kolekcji!
Chociaż wiele jest osób, które twierdzą, że większość filmów znajdujących się na Netflixie to jedna wielka porażka, prawdą jest, że platforma ta cieszy się coraz większą popularnością. Sama dopiero niedawno dałam się do niej przekonać. Czy rzeczywiście jest tak źle, jak twierdzą niektórzy, czy wręcz odwrotnie? A może prawda leży po środku? Biorąc pod uwagę głosy krytyki oraz niedawny skandal, jaki narósł wokół okrytego już złą sława filmu Gwiazdeczki, postanowiłam przyjrzeć się propozycjom Netflixa nieco bliżej.
I nie mam tu na myśli hitów, które recenzowane są na potęgę. W mojej dzisiejszej subiektywnej liście skupię się głównie na kinie niezależnym, kinie niszowym. A okazało się, że wbrew moim obawom było w czym wybierać.
Już mnie tu nie ma
Pierwszym filmem, który przykuł moją uwagę jest nagrodzony na wielu festiwalach dramat Już mnie tu nie ma w reżyserii Fernando Friasa. Nieliniowa akcja filmu przebiega między meksykańskim miastem Monterrey a Nowym Jorkiem, do którego to w wyniku nieporozumienia z lokalnym kartelem jest zmuszony uciekać główny bohater filmu, siedemnastoletni Ulises (Juan Daniel Garcia Treviño) Chłopak jest przywódcą gangu zwanego Los Terkos. Jego członkowie to jeszcze dzieci – nie przejmując się zupełnie edukacją, całymi dniami włóczą się po ulicach miasta, odziani w szerokie kolorowe ubrania, przyozdobieni wymyślnymi, szokującymi fryzurami, stylizowanymi miodem.
Kiedy akurat nie unikają innych gangów lub nie chowają się przed policją, robią to, co robić lubią najbardziej – tańczą. Ale nie jest to byle podrygiwanie do dowolnej muzyki. W sercach tych młodych ludzi gra kolumbijska cumbia, a tańczenie do spowolnionej wersji tej muzyki daje im namiastkę swobody i wolności i pozwala zapomnieć o problemach, takich jak chociażby skrajna bieda, w której są zmuszeni żyć. I chociaż pozornie ten mały uliczny gang na początku może wydawać się niegroźny, szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że wcale tak nie jest. Ulises musi chronić swoich kompanów w rozwijającej się wojnie narkotykowej, ale również i politycznej.
Kiedy dochodzi do wspomnianego już tragicznego zajścia, chłopak trafia do Nowego Jorku, gdzie również nie zazna spokoju. Bo chociaż dzielnica, w której mieszka, pełna jest emigrantów, otaczający go ludzie nie są mu życzliwi. Zmuszony uciekać po raz kolejny, zaprzyjaźnia się z córką swojego pracodawcy – Lin (Xueming Angelina Chen). Czy w tej znajomości bariera kulturowo-językowa będzie możliwa do pokonania? Co stanie się dalej z Los Terkos? I jak zmieni się zachowanie i życie Ulisesa? Ten wzruszający, przepełniony muzyką i tańcem film, przedstawiający codzienne życie młodocianych, meksykańskich gangów, z całą pewnością wart jest waszej uwagi.
O chłopcu, który ujarzmił wiatr
Debiutujący jako reżyser Chiwetel Ejiofor swoim nominowanym do Oscara filmem O chłopcu, który ujarzmił wiatr stawia mnie w dość niezręcznej sytuacji. Byłoby wielkim oszustwem pisać, że historia ta nie wywołała we mnie żadnych emocji. Trudno bowiem nie wzruszyć się zupełnie, poznając losy trzynastoletniego Williama (Maxwell Simba). Ten nico nieśmiały, aczkolwiek inteligentny i bardzo sprytny chłopiec, pragnie zdobywać wykształcenie, jednak rzeczywistość, z jaką musi się zmagać, skutecznie uniemożliwia mu spełnianie tych ambicji. William wraz z rodzicami mieszka w ubogiej wiosce.
Rodzice chłopca: ojciec Trywell (Chiwetel Ejiofor) oraz matka Agnes (Aissa Maiga), a także siostra Annie (Lily Banda) próbują żyć na tyle nowocześnie, na ile jest to możliwe. Tym samym zamiast modlitwy o deszcz i zabobonów rodzice wolą postawić na edukację syna i córki. Niestety tragiczna sytuacja finansowa sprawia, że dalsza nauka chłopca staje pod znakiem zapytania. Tymczasem wioskę zaczynają dotykać kolejne klęski żywiołowe. Mieszkańcy Malawi na zmianę zmuszeni są walczyć a to z suszą, a to z powodziami. Spoglądając na narzędzia, którymi posługują się w rolnictwie, będącym głównym źródłem utrzymania, łatwo jest nam domyślić się, jak bardzo są one prymitywne jak na dzisiejsze czasy.
Ich sytuacji nie polepsza także stanowisko rządu, który problem narastającej klęski głodu zamiata pod dywan. Przytłoczeni złymi warunkami pogodowymi, a przede wszystkim skrajnym głodem, ludzie zaczynają nie radzić sobie z własną bezsilnością i frustracją. W wiosce zaczyna dochodzić do wzajemnych kradzieży oraz bójek. Mieszkańcy zmuszeni są walczyć ze sobą o pożywienie, a w walkach tych nie ma miejsca na skrupuły. Głód powoduje, co logiczne, że każdy myśli o sobie i własnej rodzinie. Ale jakość życia rodzinnego też ulega znacznemu pogorszeniu. W rodzinie Williama zaczyna dochodzić do wzajemnych pretensji i oskarżeń. Ambitny i zawzięty chłopak nie daje za wygraną i wbrew zakazom ojca zaczyna pracować nad budową turbiny wiatrowej.
Powróćmy teraz do niezręcznej sytuacji w jakiej zostałam postawiona przez reżysera, o której wspomniałam wcześniej. Jeden element filmu sprawiał, że oglądało mi się go nieco gorzej. A elementem tym jest „disneyowska aura”. Dlaczego tak to nazywam? Bo niektóre muzyczne motywy użyte w tym filmie są jak żywcem wyciągnięte z typowych bajek Disneya i przyznam, że dla mnie było to irytujące. No ale co kto lubi. Czy jednak ten mankament sprawia, że bardzo zaniżę ocenę filmu? Nie. Czy przestanę wam go polecać? Też nie. O chłopcu, który ujarzmił wiatr to bardzo ciekawa propozycja dostępna na Netflixie.
Poza problematyką, którą przedstawiłam wcześniej, w interesujący sposób pokazuje relacje między ojcem a synem. Chłopak przeżywa wewnętrzny konflikt. Z jednej strony wychowany jest tak, aby darzyć rodziców szacunkiem i respektować ich zdanie, z drugiej ma świadomość, że ojciec tym razem nie ma racji. Staje przed wyborem – uszanować wolę ojca czy przeciwstawić mu się i działać dla dobra mieszkańców.
Joy
Hamburg to miasto, w którym dzieje się akcja kolejnego już filmu pt. Joy. Ale cała historia rozpoczyna się w małym miasteczku w Nigerii, gdzie szaman, odprawiając tak zwany rytuał juju, z jednej strony zapewnia młodej kobiecie bezpieczeństwo, z drugiej bierze od niej kawałek paznokci i fragment włosów i rzuca na nią klątwę – jeśli ta nie spłaci długu, to stanie jej się krzywda. Sposobem, w jaki ma zarobić na zaciągnięty dług, jest prostytucja. Dziewczyna nie jest jedyną, która wierzy w te szamańskie brednie. Precious, bo tak ją nazywają, mieszka wraz z kilkoma innymi Nigeryjkami pod okiem tak zwanej opiekunki, która co tydzień przychodzi odebrać należytą część długu.
Precious na początku nie potrafi odnaleźć się w roli prostytutki, ale szybko zostaje przywołana do porządku. Brutalna kara, która na nią spada, wywołuje współczucie starszej koleżanki – tytułowej Joy. Ta postanawia wdrożyć ją w panujące zasady, nauczyć, jak radzić sobie z tym zawodem. Jak być twardym i niezależnym. Precious bowiem kompletnie sobie nie radzi z sytuacją, w jakiej się znalazła. A musi spłacić zaległy dług. Co gorsza, rodzina dziewczyny doskonale wie, czym zajmuje się ona w Hamburgu, a mimo to możliwość pobytu w Europie tak czy inaczej oznacza dla nich lepsze życie. A życie prostytutki nie jest łatwe.
Dziewczyny są zobowiązane zarobić należytą kwotę, inaczej nie będą w stanie wywiązać się z długu. Z jednej strony więc dobrze jest mieć wielu klientów, z drugiej, czego łatwo się domyślić, jest to dość dołujące, a zagrożenie czeka na nie z każdej strony. Ale z biegiem czasu nastawienie Precious ulega zmianie. Zmienia się też życie Joy, która próbuje współpracować z niemiecką organizacją do spraw nielegalnych emigrantów. I tu pojawia się w filmie bardzo ciekawy komentarz społeczny, bowiem jeśli kobieta będzie chciała zeznać przeciw siatce przestępczej, dla której pracuje, to nikt nie zapewni jej ani azylu, ani bezpieczeństwa.
To chyba wystarczający komentarz. Interesującym elementem tego filmu jest też scena, w której do austriackiego baru wchodzi święty mikołaj w towarzystwie krampusów. Są to pół demony, pół kozy, które w trakcie świąt karzą nieposłuszne dzieci. Krampusy wygłaszają przemowę na temat szkodliwości mamony, na temat skąpstwa i chciwości, patrząc w kierunku Joy i Precious. Reżyser zestawia zatem w jednym filmie wierzenia afrykańskie z wierzeniami europejskimi.
Dramat ten pozbawiony jest prawie całkiem muzyki i miałam czasem wrażenie, że oglądam film dokumentalny. Choć nie spodziewałam się po nim wiele, to bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i być może i na was zrobi dobre wrażenie, choć na pewno nie wywoła pozytywnych emocji.
Notatnik Sary
Z Afryką związany jest też kolejny film pt. Notatnik Sary. Z krótkiej informacji na początku dowiadujemy się, iż na terenie Demokratycznej Republiki Konga toczy się walka z rebeliantami o koltan, czyli tak zwane czarne złoto. W centrum tych wydarzeń udaje się naiwna, nieświadoma sytuacji prawniczka Laura (Belén Rueda) Kobieta jedzie tam w poszukiwaniu zaginionej dwa lata wcześniej siostry Sary (Marian Álvarez). Kiedy wojsko i ONZ odmawiają jej udzielenia pomocy, kobieta prosi o wsparcie prywatnego biznesmena (Manolo Cardona). Ich współpraca nie idzie jednak zgodnie z planem i kobieta musi odnaleźć inny sposób na poszukiwanie siostry. Sara w tym czasie widziana była w towarzystwie rebeliantów. Pytanie tylko, co okaże się dla Sary ważniejsze – wolontariat czy rodzina? I czy zdoła uciec?
Hiszpański film w reżyserii Norberta Lópeza Amada tylko powierzchownie porusza temat rozłąki dwóch sióstr. Centralnym, moim zdaniem, problemem jest sytuacja, jaka panuje w Demokratyczne Republice Konga. Ten wstrząsający i kontrowersyjny film porusza kwestie wojny, wyzysku, dzieciobójstwa czy gwałtów. Pokazuje, do czego prowadzi walka o pieniądze i jak bardzo ludzie mogą być zezwierzęceni. Z jednej strony to opowieść o poświęceniu, którego w tym dramacie wiele, a także o braku podziałów, z drugiej strony wręcz odwrotnie – to film o tchórzostwie i obojętności.
To opowieść także o tym, czym jest strach i jak ludzie nie potrafią sobie z nim radzić. Ciekawą postacią jest też główna bohaterka Laura. Z jednej strony czujemy jej determinację i rozumiemy rozpacz, jaką przeżywa, z drugiej w swojej naiwności i całkowitym nieprzygotowaniu do sytuacji jest niezwykle irytująca. Ostatnią kwestią, która porusza film i którą należy podkreślić, jest fakt, iż każdy tak naprawdę wie, do jakich sytuacji dochodzi w tamtej części świata. I nie mówimy już tylko o posiadaczach telefonów komórkowych, do których produkcji używany jest koltan (wszak niemożliwym wręcz w dzisiejszych czasach jest żyć bez telefonu komórkowego), ale o organizacjach, które wiedzą o tym, do jakich tragedii tam dochodzi, jednak niewiele z tym robią. Myślę, że Notatnik Sary to kolejna już propozycja Netflixa, której warto poświęcić swój czas.
Złocisty ptak
Ludność hinduska sanowi zaledwie 7% populacji Singapuru. To właśnie problem tej mniejszości narodowej porusza w swym filmie niezależnym pt. Złocisty ptak K Rajagopal. Siva (Sivakumar Palakrishnan), główny bohater, po odbyciu kary więzienia wychodzi na wolność i zaczyna dorabiać jako najemnik żałobny. Praca ta jednak nie przynosi mu zysku. Dodatkowym zmartwieniem mężczyzny jest fakt, że jego żona i córka zniknęły bez śladu. Matka Sivy (Seema Biswas) wynajęła jeden z pokoi ich obskurnego mieszkania lokatorom z Chin, przez co Siva we własnym mieszkaniu czuje się jak intruz.
Milczący i poirytowany próbuje bezskutecznie dotrzeć do jakichkolwiek informacji dotyczących miejsca pobytu jego żony. W międzyczasie zaprzyjaźnia się z pewną Chinką. Kobieta dorabia jako prostytutka w wyjątkowo obskurnym miejscu, a Siva zgadza się na odgrywanie roli jej ochroniarza. Jak potoczą się dalsze losy tej dwójki, reprezentującej mniejszości narodowe Singapuru?
Film Złocisty ptak, mimo iż bardzo mnie zaciekawił, ma też swoje minusy, od których zacznę. A właściwie to od jednego minusa – film w pewnym momencie zaczął mi się nieco dłużyć. Co dziwne, bo jestem miłośniczką długich ujęć czy niespiesznie rozwijającej się akcji. Tu jednak sporo scen dałoby się skrócić czy nawet wyciąć. Ale przejdźmy teraz do pochwał, a będzie ich sporo. Po pierwsze – co chyba oczywiste – tematyka. Myśl, że nieczęsto w filmach pokazywany jest rozdźwięk, jaki panuje między bogactwem Singapuru a skrajnymi warunkami, w jakich przyszło tam żyć ludności hinduskiej.
Film nie jest ponury, ale gorzki i przygnębiający. A przytłaczają nie tylko warunki życia Sivy czy kobiety z Chin, ale też to, w jak rasistowski sposób są traktowani. Przytłacza postawa samego głównego bohatera, który w filmie nie uśmiecha się ani razu. Mężczyzna ma tyle problemów, że zupełnie nie potrafi cieszyć się odzyskaną właśnie wolnością. Nie pociesza nas nawet relacja, do jakiej mimo bariery językowej dochodzi między nim a bezimienną Chinką. W tym filmie wszystko jest dołujące, co dobitnie podkreśla jeszcze prawie zupełny brak muzyki. Ale nie zrażajcie się – choć być może nie brzmi to ani optymistycznie, ani zachęcająco, zapewniam, że ta cała gorycz ma sens. I warto przyjrzeć się tej historii bliżej.
Sześć dni z życia
Film Sześć dni z życia ogląda się ciężko. Niezwykle ciężko. I wcale nie dlatego, że coś z nim nie tak. Wręcz przeciwnie. Trudno natomiast oglądać te sześć drastycznych dni z życia Stefano Cucchiego, tym bardziej wiedząc, że historia ta oparta jest na faktach. Cucchi, włoski geodeta, jednej nocy zostaje przyłapany na posiadaniu pewnej ilością haszu i kokainy. Przy zatrzymaniu nie stawia oporu, jednak nie stara się być też miły. To właśnie podczas przesłuchania dochodzi do tragicznego incydentu. Stefano zostaje skatowany przez karabinierów. Mężczyzna początkowo nie chce udać się do szpitala ani powiedzieć nikomu prawdy, obawiając się, że wpłynie to negatywnie na jego wyrok.
Z godziny na godzinę ból jest jednak coraz silniejszy, Stefano zaczyna mieć halucynacje, a na jaw wychodzą kolejne przerażające obrażenia. Film Sześć dni z życia to niezwykle mocna pozycja. Uwagę zwrócić należy na pracę kamery oraz wiele bardzo ciekawych kadrów, w których do podkreślenia olbrzymiego cierpienia mężczyzny zastosowano minimalizm. W jednym z kadrów widzimy chociażby twardą, drewnianą deskę położoną w centralnym punkcie celi więziennej i leżącego na niej powyginanego z bólu Stefano. I chociaż mężczyzna do świętych nie należał, widząc krzywdę, jaka go dotknęła, czujemy narastającą frustrację i bezsilność.
Reżyser filmu, Alessio Cremonini, nie zapomniał także o pokazaniu tego, jak sytuacja Stefano wpłynęła na jego rodziców (Massimiliano Tortora i Milvia Marigiliano). Ojciec przekonany jest, że za pobiciem jego syna stoją współwięźniowie, trudno mu przyjąć do wiadomości, że za ten niechlubny czyn odpowiadają karabinierzy. Jest w nich jakaś wewnętrzna niezgoda na bezprawie, którego zaczynają być świadkami, i trudno im się dziwić.
Jesteśmy obserwatorami sześciu drastycznych i przepełnionym bólem dni, w których główny bohater filmu gaśnie z każdą kolejną chwilą. Jesteśmy świadkami ludzkiej podłości i znieczulicy. Jesteśmy też świadkami frustracji i bezsilności.
To zdecydowanie pozycja obowiązkowa.
Mój brat
Bohaterem francuskiego filmu Mój brat jest czarnoskóry nastolatek Teddy (w tej roli paryski raper Mohmed MHD Sylla), który za zabójstwo ojca trafia do ośrodka poprawczego. Opiekę nad jego bratem Andym (Youssouf Gueye) sprawuje aktualnie babcia chłopców (Lisette Malidor), ponieważ ich matka uciekła przed przemocą domową do Amsterdamu. Ośrodek, w którym przebywa Teddy, jest najdoskonalszym przykładem kompletnej bezradności państwa wobec małoletnich przestępców. Chłopcy są zbuntowani, gniewni, niezdyscyplinowani, rozjuszeni i rozżaleni. Walczą między sobą, sprawdzają nawzajem swoje granice i możliwości, urządzają pokaz sił.
Wychowawcy natomiast kompletnie nie potrafią sobie poradzić z utrzymaniem porządku. Młodzi buntownicy urządzają pyskówki i skutecznie udowadniają swoim wychowawcom, kto rządzi ośrodkiem. Dramat w reżyserii Julien Abraham pokazuje z całą stanowczością, że resocjalizacja nie jest wcale tak łatwą sprawą, jak mogłoby się to wydawać. Ale film ten nie jest tylko krytyką bezskuteczności francuskiego prawa. To przede wszystkim historia życia Teddy’ego. Historia, w której jak bumerang powracają traumatyczne wspomnienia z owego feralnego dnia, w którym doszło do tragedii. Terapia polegająca na przeniesieniu sesji na ring bokserski jest tak samo nieskuteczna jak niemal wszystkie działania podejmowane w tym ośrodku.
Teddy nie otwiera się przed swoją psychoterapeutką, nie zwierza z tego, co siedzi w jego głowie. Ale poza terapią jest też życie codzienne, w którym trzeba wiedzieć, jak dopasować się do reszty. Komu lepiej zejść z drogi, a komu pokazać swą siłę. A w tej całej walce z codzienną rzeczywistością, do której wychowawcy nie mają wstępu, czasem okazuje się, że największy z dręczycieli nie jest wcale tak straszny, jakim się wydaje, a wrogość to prosta linia prowadząca do przyjaźni. Mój brat to kolejny Netflixowy film, który nie stara się być subtelny. Który przemawia do nas wprost i zmusza do głębokich przemyśleń.
Aby pozostać uczciwym, należy zwrócić uwagę na niezbyt zadowalające zakończenie. Miałam wrażenie, że twórcy zostawiają widzów w połowie nieopowiedzianej historii. Jednak to, czy było to ich zamierzonym celem, czy też scenarzyście zabrakło pomysłu na ciekawe opowiedzenie historii do końca, pozostawiam waszej ocenie.
The Blind Christ
Chilijski film The Blind Christ rozpoczyna się od sceny, w której kilkuletni chłopiec pozwala swojemu przyjacielowi Mauricio przybić swe dłonie do drzewa, by następnie oddać się kilkugodzinnej modlitwie, aby zwrócić na siebie uwagę Boga. Ten jednak nie przemawia. Chłopcem tym był dorosły już mechanik Michael (Michael Silva). Mężczyzna podaje się w swojej wiosce za proroka, który wierzy w Boga, a nie w religię, jednak nikt nie traktuje tego poważnie. Uważany jest raczej za niegroźnego głupka. Dowiedziawszy się o chorobie bliskiego przyjaciela, wbrew sprzeciwom ojca, postanawia udać się w pieszą podróż przez pustynie, w najbardziej religijnym rejonie Chile – Pampa del Tamaruga, której celem ma być uzdrowienie przyjaciela.
Michael wierzy w możliwość dokonania cudu. Po drodze spotyka wielu ludzi. Na początku wędrówki przemawia do osób modlących się do świętej figury. Jego alegoryczna przypowieść i tłumaczenia nic jednak nie dają. Mężczyzna zostaje wygnany z miejsca modłów, pobity i związany. Nie trzeba tu chyba nawet pisać, że scena ta przywodzi na myśl biblijną scenę modlitwy ludu wybranego na pustyni do złotego cielca (choć równie dobrze może to tylko moje skojarzenie). Tak czy inaczej film od pierwszych chwil ma mocno biblijny klimat. W dalszej części wędrówki Michaelowi zaczyna towarzyszyć młody chłopak. Ale na swej drodze Michael spotyka kolejnych ludzi: także tych, którzy stracili wiarę w odkupienie.
I takich, którzy wbrew logice wierzą w jego moce i proszą go o pomoc. A każde kolejne spotkanie jest powodem do snucia kolejnych przypowieści, z których część dotyczy jego życia prywatnego. Czy wędrującemu boso Michaelowi uda się dotrzeć do celu i dokonać cudu? Spokojnie, nie jest to film przeznaczony tylko dla chrześcijan czy ogólnie osób wierzących, choć niewątpliwie oscyluje on wokół tematu wiary. Ale zapewniam was, nie ma w tym filmie religijnego banału, a to, jak się on potoczy, może bardzo was zaskoczyć. Dodatkowa ciekawostką jest fakt, iż w filmie tym nie wystąpili (poza głównym bohaterem) profesjonalni aktorzy.
Zatrzyj ślady
Willem (Ben Foster), weteran wojenny wraz ze swoja nastoletnią córką Tom (Thomasin Mckenzie), zamieszkują ogromny park. Ukrywają się w nim przed światem zewnętrznym i cywilizacją, chociaż nie są z pewnością ludźmi zdziczałymi. Choć część pożywienia, jak na przykład grzyby, zdobywają w parku, a wodę z deszczówki, nie stronią jednak całkowicie od cywilizacji, gdyż od czasu do czasu udają się do pobliskich sklepów po podstawowe zakupy. I mimo iż dziewczynka przyzwyczajona jest do obecności ludzi, bo zakupy nie sprawiają jej problemu, to ojciec szkoli ją w sztuce kamuflażu i na każdy złowrogi szelest dziewczyna ma za zadanie uciekać i ukrywać się, by nie zostać odnalezioną.
Życie wśród pięknej, majestatycznej przyrody pewnego dnia dobiega końca. Kiedy przypadkowy biegacz zauważa dziewczynkę, powiadamia odpowiednie służby, które zabierają Tom i jej ojca i poddają testom psychologicznym. Nieznająca innego życia dziewczyna i jej tata otrzymują nie tylko nowy dom, ale też zupełnie nowe życie. Życie, do którego tylko Tom chce się dostosować. Film Zatrzyj ślady w reżyserii Debry Granik to historia podwójnej traumy. Nie tylko tej, która dotknęła weterana wojennego. To również traumatyczne przeżycia, z którymi musi się zmagać nastoletnia dziewczyna stłamszona zasadami, jakie dawno temu wprowadził jej ojciec.
Ojciec nierozumiejący, jak jego dotychczasowe dziwactwa mogą wpłynąć na chociażby ocenę Tom przez rówieśników. To także historia stopniowego rozłamu więzi między ojcem a córką, która zaczyna rozumieć swą niezależność i odmienność poglądów. Debra Granik nakłania nas nie tylko do głębszych przemyśleń, ale i do postawienia się w sytuacjach obojga swych bohaterów. Czy będziemy jednak w stanie wczuć się w położenie nie tylko samej Tom, ale również Willema?
Ogień w sercu
Przenieśmy się teraz do Indii i przyjrzyjmy dramatowi Ogień w sercu w reżyserii Aruny Raje. Film ten przedstawia historię feministki Sumandy (Usha Jadhav), prawniczki z Mombaju, która specjalizuje się w sprawach rozwodowych. Kobieta staje w obronie innych kobiet i w swojej pracy radzi sobie doskonale, wygrywając jedną sprawę po drugiej. I chociaż Sumanda sprawdza się na polu zawodowym, a w domu czeka na nią zawsze wierny, kochający i czuły mąż, nieco zazdrosny o jej wieczną nieobecność, jej życie nie jest wcale tak idealne, jak mogłoby się wydawać. Gwałt, którego doświadczyła kobieta, jest traumą, z którą nie potrafi sobie poradzić od kilkunastu lat. Dodatkowo zaczyna zajmować się sprawą rozwodową bogatego małżeństwa, która okaże się trudniejsza, niż się wydawała.
Tyle na temat treści, jak jest zatem z jakością filmu Ogień w sercu? Mogłabym napisać, że słabo i na tym zakończyć, ale wyjaśnijmy sobie wszystko po kolei. A zaczniemy od wad – faktycznie film ma aktorstwo na poziomie polskich paradokumentów typu Trudne sprawy. Czarno-białe sceny gwałtu, które, odnoszę wrażenie, były kręcone słabej jakości telefonem komórkowym, w których z nieznanych mi powodów podkreślone są tylko czerwone elementy (kokardki we włosach czy sukienka), nie pozwalają skupić się i potraktować z należytą powagą przedstawionego w nich problemu. Typowa dla Bollywood muzyka raczej rozprasza, niż pomaga w zwróceniu uwagi na sedno przedstawionych problemów. Cóż, na całe szczęście nie zaczynają nagle wszyscy tańczyć.
I chociaż film opowiada o traumie związanej z gwałtem na nieletniej osobie, zwracając również uwagę na problem, jakim jest chociażby bagatelizowanie tego wydarzenia przez policję, czasami ciężko powstrzymać się od ironicznego uśmieszku. A bądźmy obiektywni, scenariusz jest bardzo ciekawy i gdyby zrobić z tego hollywoodzką produkcję, to pewnie stałby się filmem, którym zachwyciłoby się wielu krytyków. Słyszę już te pytania w waszych głowach: dlaczego zatem film, w którym dostrzegam aż tyle wad, wrzucam na tę listę? Czy to jakaś kpina? Bo chociaż nie jestem żadną miłośniczką kina bollywodziego, uważam, że czasem warto, chociażby z czystej ciekawości i chęci poszerzenia swej kinowej wiedzy, sięgnąć po coś innego, nowego. Tym bardziej, że dzięki platformie Netfllix ten czy inne tego typu filmy mamy na wyciągnięcie ręki.


