search
REKLAMA
Recenzje

PTAK, KTÓRY ZWIASTOWAŁ TRZĘSIENIE ZIEMI. Lara Croft w ujęciu aparatu Netfliksa

Jakub Piwoński

23 listopada 2019

REKLAMA

Ptak, który zwiastował trzęsienie ziemi – czy można sformułować tytuł, który lepiej od tego jednocześnie by widza pociągał i wprawiał w zakłopotanie? Gdyby nie to, że podjąłem się recenzji nowego filmu platformy Netflix, zapewne bardzo szybko zapomniałbym, jak brzmi pełne brzmienie polskiego tłumaczenia jego nazwy (angielskie wpada do głowy o wiele łatwiej, gdyż brzmi po prostu Earthquake Bird). Nie mogę jednak powiedzieć, bym po zwiastunie i pierwszym opisie fabuły nie został przez twórców Ptaka… zaintrygowany. Seansu nie żałuje, choć filmowi – tak jak i jego tytułowi – daleko do ideału.

Po Ptaku, który zwiastował trzęsienie ziemi spodziewałem się solidnego dramatu splecionego z kryminałem. Spodziewałem się także, że w tej opowieści o dalece nieszczęśliwym miłosnym trójkącie bardzo ciekawą role odegra fotografia. I w istocie tak jest. Wcześniej reżyser, Wash Westmoreland, tak przekonująco przyjrzał się swojej bohaterce w Motylu Still Alice (notabene kolejnym filmie z wątpliwym tłumaczeniem tytułu). Tym razem udało się mu równie dobrze oddać dramaturgię losów niejakiej Lucy Fly, nieszczęśliwie zakochanej dziewczyny, uznanej za główną podejrzaną w sprawie zabójstwa swojej koleżanki (dodajmy, że koleżanki nachalnie podwalającej się do jej chłopaka). Materiał na fabułę był praktycznie gotowy, gdyż za podstawę do scenariusza posłużyła książka o tym samym tytule autorstwa Susanny Jones.

Zanim odsłonię podstawową wadę filmu, wpływającą na taką, a nie inną jego ocenę, wspomnę jeszcze o dwóch jego niebagatelnych zaletach. Prócz dobrej dramaturgii, dzięki której przejął mnie los głównej bohaterki, moją uwagę przykuła także bardzo delikatnie zasugerowana atmosfera Tokio końca lat 80. To nie jest film, którego bohaterem zbiorowym jest japońskie miasto, to nie jest film, który na każdym kroku stara się podkreślić wyjątkowość miejsca akcji najazdami na co lepsze budynki i dudniące neony. Tokio stanowi tu raczej, podobnie jak w Między słowami, miejsce, które swym ogromem pogłębia uczucie alienacji bohaterki. Chciała ona oderwać się od przeszłości i poniekąd jej się to udało, ale bardzo trudno jest jej ruszyć przed siebie, ponieważ miewa ogromne problemy z zaufaniem sobie i innym. Okoliczności, w jakich bohaterka funkcjonuje, przynoszą z jednej strony korzyść, z drugiej – przekleństwo.

A skoro już o bohaterce mowa, to nie wypada nie wspomnieć o grze Alicii Vikander. Pięknie jest patrzeć, jak ten szwedzki kwiatuszek się rozwija. Młoda dziewczyna z Oscarem w kieszeni nie przestaje zaskakiwać mnie swoim profesjonalizmem, wynikającym z tego, że choć czasem chwyta się, wydawać by się mogło, psychologicznie mniej skomplikowanych profili (Tomb Raider), to jednak zawsze tworzy swoje kreacje bardzo serio, na sto procent. Lucy Fly do łatwych dziewczyn nie należy. Twórcy sugerują co prawda, że przeżywana przez bohaterkę paranoja jest uzasadniona – jedna ze scen rzucająca światło na przeszłość bohaterki ma to wrażenie wręcz przypieczętować. Nie da się jednak odeprzeć myśli, że coś z tą dziewczyną jest „nie halo”. Gdy odwrócić pryzmat, można zauważyć, że przystojny, zafascynowany Lucy fotograf oraz sympatyczna i nieco obsceniczna koleżanka stawali się ofiarami niezdolnej do budowania trwałych relacji bohaterki. Alicii udało się tę dwoistość oddać i tym mnie ujęła.

Pomimo tych zalet nie potrafiłbym z czystym sumieniem jednoznacznie polecić seansu Ptaka, który zwiastował trzęsienie ziemi. Bierze się to z tego, iż ma on spore problemy z narracją, a co za tym idzie – jest to film po prostu nudny. Akcja snuję się swoim nieśpiesznym tempem, stawiając częstokroć na wolno upływające najazdy na twarz bohaterki, co przy filmie o dość jednotorowej fabule i niskim skomplikowaniu zawieszonej w powietrzu tajemnicy daje efekt tzw. flaków z olejem. Innymi słowy, jest to film, do którego lepiej podchodzić jeszcze za dnia, gdyż wieczorem, przypadkiem, można przy filmie odpłynąć w objęcia Morfeusza. Wrażenie to mieri tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że film trwa stosunkowo niedługo (kończy się po upływie godziny i pięćdziesięciu minut). Książki nie czytałem, ale idę o zakład, że obfituje ona w liczne opisy przeżyć bohaterki, przede wszystkim tych wewnętrznych, stąd Westmoreland musiał szyć, jak potrafił, by zawalczyć o uwagę widza. Niejednokrotnie bój ten przegrywa, wysługując się rażącym banałem.

Istnieją więc powody, by Ptaka, który zwiastował trzęsienie ziemi obejrzeć. Istnieją też powody, by sobie go darować i od razu chwycić książkę, na podstawie której powstał. Oto definicja typowej, netfliksowej przeciętności, do której chyba powoli zaczynamy się przyzwyczajać. 

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA