Connect with us

Publicystyka filmowa

SHERLOCK. „Reichenbach Fall”, czyli genialny finał, który przewidział koniec serialu

Dwa pierwsze sezony Sherlocka są – mimo upływu ponad dekady – idealne pod każdym względem.

Published

on

SHERLOCK. „Reichenbach Fall”, czyli genialny finał, który przewidział koniec serialu

W poprzednim odcinku #39: SHERLOCK. „Reichenbach Fall”, czyli genialny finał, który przewidział koniec serialu

Advertisement

Serial, który zadebiutował w 2010 roku, na zawsze zmienił oblicze współczesnej telewizji, a z głównych aktorów, czyli Benedicta Cumberbatcha oraz Martina Freemana zrobił gwiazdy wielkiego (światowego) formatu. Dziś większość fanów uważa, że sezon 3. to jedna z najbardziej zmarnowanych serialowych szans wszech czasów, gdzie 90 proc. czasu trwania odcinków zamiast na fabule, skupia się na tzw. fanserwisie (w szczególności odcinek pierwszy); mimo iż był on najczęściej oglądaną serią dramatyczną na BBC One od 2001 roku.

O sezonie 4. zaś oficjalnie się nie mówi i każdy tak naprawdę próbuje zapomnieć o jego istnieniu. Mimo to, dwa pierwsze sezony Sherlocka są – mimo upływu ponad dekady – idealne praktycznie pod każdym względem, gdzie dzięki m.in. swojemu nowatorskiemu podejściu otworzyły drogę do realizacji innym tego typu produkcjom.

Advertisement

UWAGA, SPOILERY!

Wprowadzenie

Sam pomysł na stworzenie uwspółcześnionej wersji przygód najsłynniejszego brytyjskiego detektywa zrodził się – jak wiele innych genialnych rzeczy – całkiem przypadkiem. Twórcy, czyli Mark Gatiss oraz Stephen Moffat spotkali się w trakcie podróży pociągiem, która zakończyła się pomysłem na wspólny projekt. Warto zaznaczyć, że drugi z nich miał już na swoim koncie uwspółcześnioną wersję Doktora Jekylla i Pana Hyde’a, pod postacią miniserii z 2007 roku.

Advertisement

Została ona ciepło przyjęta zarówno przez krytyków, jak i widzów. Jednak dziś to przede wszystkim przykład tego, że Moffat potrafi pisać zarówno genialne linijki dialogowe, jak i totalne koszmarki, jeżeli nikt go nie kontroluje. W moim przekonaniu idealnie pokazuje to chociażby niewyemitowany pilot Sherlocka, który był tak nowatorski i inny, że czasami żałuję, że to nie on otwiera całą historię; z jednej strony cieszę się, że Andrew Scott – wcześniej mało komu znany irlandzki aktor – był tak genialny na castingu, że postanowiono zmienić pod niego cały scenariusz, a z drugiej dalej żałuję, że nie było dane widzom BBC One, i nie tylko im, zobaczyć pilota (jest on na szczęście dostępny na DVD).

Na szczęście, mimo wprowadzonych zmian, dwa pierwsze sezony serialu z dużym szacunkiem podchodzą do materiału źródłowego, jakim są opowiadania Sir Arthura Conana Doyle’a. To także szereg odwołań, tak do filmowych, jak i serialowych sherlockowych adaptacji, które powstawały nieprzerwanie od 1916 roku. To, co Sherlock ma jednak najlepszego do zaoferowania, kumuluje się w finałowym odcinku drugiego sezonu, zatytułowanym Reichenbach Fall, który dał światu prawdopodobnie jeden z najlepszych cliffhangerów w historii telewizji; nawet nie próbujcie zmienić mojego zdania.

Advertisement

Odcinek został napisany przez Stevena Thompsona, który do spółki z Moffatem i Gatissem zajmował się scenariuszami do poszczególnych epizodów; po jednym na każdego z nich. Za reżyserię wziął się z kolei Toby Haynes, który dziś jest reżyserem chociażby nowego serialu z uniwersum Star Wars – Andor. W tamtym momencie był znany tylko z kilku odcinków serialu Doktor Who i to głównie brytyjskim fanom. Według szacunków finał drugiego sezonu obejrzało prawie 10 milionów widzów.

Analiza tytułu odcinka

Twórcy nie byliby sobą, gdyby już od samego początku nie prowadzili  z widzem swoistego rodzaju gry. Widać to w szczególności na przykładzie tytułu odcinka (ang. Reichenbach Fall), który koniec końców może być interpretowany na kilka jakże odmiennych sposobów.

Advertisement

W pierwszej kolejności należy wskazać, że Moffat i Gatiss w przewrotny sposób nawiązali tytułem epizodu do wodospadu Reichenbach znajdującego się w Szwajcarii; fani twórczości Conana Doyle’a doskonale wiedzą, o jakim wodospadzie mowa. Stał się on bezpośrednią inspiracją dla twórcy Sherlocka Holmesa. Ten bowiem zmęczony napisaniem 24 opowiadań o przygodach detektywa, zamiast zrobić sobie przerwę, postanowił bezpardonowo uśmiercić swojego najpopularniejszego bohatera. Pisarz zrzucił go z klifu tegoż wodospadu razem z jego nemezis, czyli Profesorem Jamesem Moriartym (który de facto pojawia się tylko w dwóch opowiadaniach). Stało się to 4 maja 1891 roku.

Odcinek serialu zatytułowany Reichenbach Fall z jednej strony stanowi bezpośrednie nawiązanie do szwajcarskiego wodospadu, a z drugiej strony, jeśli przetłumaczymy go w dosłowny sposób, odnosi się do upadku (ang. fall); interesujący wydaje się fakt, iż mowa w tym przypadku o liczbie pojedynczej. Jednocześnie w finale drugiego sezon Sherlock rozpoczyna swoją oszałamiającą karierę od odnalezienia obrazu Turnera, zatytułowanego – The Great Falls of the Reichenbach, a który to stanie się początkiem jego powolnego upadku. Warto pamiętać, że wspomniana wyżej lokalizacja stała się także bezpośrednią inspiracją dla tegoż dzieła sztuki. Dlatego niektórzy fani są przekonani, że tytuł odnosi się do upadku detektywa związanego ze wspomnianym obrazem.

Advertisement

Kolejna interpretacja dotyczy postaci Richarda Brooka, fikcyjnego aktora, w którego wciela się sam Moriarty, próbując udowodnić całemu światu, że nie jest Napoleonem Zbrodni (ang. The Napoleon of crime), a jedynie odgrywa jego rolę na zlecenie Sherlocka. W trakcie finałowego spotkania na dachu szpitala St Bart’s dowiadujemy się, że wyrażenie Reichenbach przetłumaczone na język angielski oznacza Richarda Brooka; jeśli zastanawiacie się, jak to możliwe, odsyłam do pisowni fonetycznej. W związku z tym tytuł odcinka można przetłumaczyć dosłownie jako Upadek Richarda Brooka. Sherlockowy fandom jest jednak przekonany o tym, że tytuł niesie ze sobą jeszcze kilka innych, jakże odmiennych interpretacji.

Fani serialu zwracają uwagę, że angielskie słowo fall w tytule może odnosić się do wyrażenia fall for it, co oznacza nabrać się. Oznaczałoby to, że Sherlock „nabrał się” na intrygę przygotowaną przez Moriarty’ego, odgrywającego rolę Richarda Brooka; wiele osób odrzuca jednak ten pomysł, zwracając uwagę na strukturę przejawianą przez tytuł odcinka. Druga z interpretacji dotyczy założenia, gdzie tytuł epizodu implikuje, że to właśnie Moriarty wpadł w sidła zastawione przez Sherlocka. Z kolei trzecia interpretacja wskazuje, iż chodzi nie o słowo fall, ale całe wyrażenie – downfall, oznaczające upadek bądź zgubę.

Advertisement

Tę rozgrywkę przegrywa Moriarty, który traci przez to życie; oczywiście poszczególne analizy psychologiczne tejże postaci wyraźnie wskazują, że ten cierpiał na tzw. osobowość suicydalną, a cały plan był tylko pretekstem do popełnienia samobójstwa, jednak twórcy nie dali w tej sprawie jednoznacznej odpowiedzi. Całość pozostaje więc dalej w sferze domysłów fanów. Co ciekawe jeden z członków fandomu zauważył, że Fall po niemiecku może oznaczać zarówno sprawę, jak i pułapkę, przez co tytuł odcinka można tłumaczyć na język angielski w sposób następujący – „The Rich(ard) Brooke Case/Trap”.

Niekończące się nawiązania

Można odnieść wrażenie, że finał drugiego sezonu serialu to festiwal niekończących się nawiązań oraz mrugnięć oka do fanów wszystkiego, co związane jest z postacią Sherlocka Holmesa; to cała lista nazwisk, wydarzeń oraz detali skorelowanych z szeroko pojętym światem utworzonym wokół brytyjskiego detektywa. Twórcy postanowili odnieść się praktycznie do wszystkiego, czego tylko mogli, korzystając z bogatych zasobów filmowych, muzyczny, literackich itd.

Advertisement

Nie poprzestali oni tylko na tej jednej grze słownej z poprzedniego punktu. Ostatnie z planowanych przez Conana Doyle’a opowiadań z Sherlockiem Holmesem w roli głównej zatytułowane jest Final problem w tłumaczeniu na polski – Ostatnia zagadka; zwrot ten pojawia się notorycznie na przestrzeni całego odcinka. To także clou całej rozgrywki toczącej się pomiędzy naszym głównym bohaterem a jego nemezis; odniesienie do tegoż zwrotu odnajdujemy chociażby w słynnej scenie po uniewinnieniu Moriarty’ego, który postanawia bez zapowiedzi odwiedzić Sherlocka.

Jest to także mój ulubiony moment w serialu – kolejne niezapowiedziane spotkanie głównego bohatera i antagonisty – wypełniony po brzegi nawiązaniami oraz świetnymi dialogami. Po pierwsze, Moriarty, zmierzając do mieszkania detektywa, zatrzymuje się w momencie, gdy jeden ze schodków niespodziewanie zaskrzypiał – ujawniając jego obecność – przez co Sherlock na moment przestał grać na skrzypcach, nasłuchując. Bezpośrednio nawiązuje on [moment – przyp. aut.] zarówno do sztuki z 1899 roku, jak i filmu z 1945 roku zatytułowanego Kobieta w zieleni (ang. The Woman in Green).

Advertisement

Zresztą sama historia opowiedziana w odcinku serialu inspirowana jest fabułą tegoż dzieła, gdyż Profesor Moriarty planował najpierw zniszczyć reputację detektywa z Baker Street, by ten w konsekwencji skoczył z wysokiego budynku. Przypadek? Nie sądzę.

Sam wątek porwanych dzieci Ambasadora to nie tylko bezpośrednie nawiązanie do jednej z Baśni braci Grimm (zatytułowanej Jaś i Małgosia), ale także opowiadania Conana Doyle’a pod tytułem – Zniknięcie młodego lorda z 1904 roku. Ciekawostką jest też, że aktor Douglas Wilmer, który pojawił się jako członek Klubu Diogenesa w serialu, w rzeczywistości w 1960 roku wcielił się w samego Sherlocka w jednej z telewizyjnych adaptacji przygotowanej dla BBC.

Advertisement

Szeroko komentowana przez fandom spinka w kształcie lisa, którą Jim Moriarty nosi we wspomnianej scenie odwiedzin, to także nawiązanie do Baśni Braci Grimm, a dokładniej historii o lisie, który sfingował własną śmierć. Przez długi czas fani byli przekonani, że to jedna ze wskazówek od twórców, na temat tego, w jaki sposób Moriarty przeżył finałowy pojedynek na dachu szpitala św. Bartłomieja (St Bart’s). Ostatecznie było to tylko mrugnięcie okiem do widzów.

Jakby tego było mało, samo pożegnanie na cmentarzu, w którym John Watson wypowiada znamienne słowa: You were the best man, the most human… human being that I’ve ever known (tłum. Byłeś najlepszym człowiekiem, najbardziej ludzką… istotą ludzką, jaką kiedykolwiek znałem), tak naprawdę stanowi nawiązanie do prawdopodobnie jednej z najlepszych scen w historii Star Trekowych adaptacji, a mianowicie z drugiego filmu zatytułowanego – Gniew Khana. Tak jak w finałowej scenie Kirk żegna się ze Spockiem, tak samo John żegna się z Sherlockiem; warto nadmienić, że Benedict Cumberbatch w 2013 roku zagrał w filmie W ciemność. Star Trek, który bazuje na koncepcie tegoż filmu, gdzie przypadła mu rola Khana. W oryginale zagrał go  Ricardo Montalbán.

Advertisement

Książka vs serial

Wywiad ze Słońcem Narodu

W krótkim opowiadaniu zatytułowanym  Ostatnia zagadka po raz pierwszy poznajemy najsłynniejszego wroga i przeciwnika Sherlocka, czyli Profesora Moriarty’ego, choć w moim mniemaniu byli znacznie lepsi antagoniści. Był on nie tylko genialnym matematykiem (napisał wybitną książkę zatytułowaną The Dynamics of an Asteroid), ale również ojcem chrzestnym wszystkich brytyjskich przestępców, określanym mianem Napoleona Zbrodni.

O jego istnieniu dowiadujemy się na podstawie wymiany zdań pomiędzy Watsonem a Sherlockiem. Detektyw z Baker Street wyjaśnia, dlaczego nikt nigdy wcześniej nie słyszał o Moriartym – w kontekście przestępczym oczywiście – oraz nonszalancko stwierdza, że w końcu spotkał przeciwnika o tych samych zdolnościach intelektualnych, co on.

Advertisement

Na skutek intrygi Profesora nasi bohaterowie są zmuszeni do ucieczki. Nasz antagonista planuje bowiem nie tylko zabić swojego oponenta, ale jednocześnie ukraść obraz Mona Lisa; bo czemuż by nie. Mimo zebranych przez bohaterów dowodów przeciwko Moriarty’emu nie udaje się go aresztować, gdyż ten w ostatniej chwili ucieka. Jednak finalnie spotyka się z Sherlockiem w Szwajcarii w pojedynku na śmierć i życie. Watson, próbując uratować swojego przyjaciela, zostaje oszukany, przez co przybywa na ratunek zbyt późno. Sherlock i Moriarty po skoku z wodospadu oficjalnie zostali uznani za zmarłych, mimo że ich ciał nigdy nie odnaleziono.

W serialu postać Jima Moriarty’ego poznajemy znacznie wcześniej, bo już w finale pierwszego sezonu. Niemniej jednak jego działalność i obecność są dostrzegalne praktycznie już od pierwszego odcinka, mimo że miały one bardziej charakter zakulisowy. Tym razem twórcy, kolokwialnie mówiąc, bez zbędnych ceregieli skoncentrowali się na ostatecznym pojedynku pomiędzy dwoma przeciwnikami; sam antagonista wspomina w scenie z finału poprzedniego sezonu, że pewnego dnia zabije Sherlocka, nie chce jednak się zbytnio spieszyć.

Advertisement

Warto nadmienić, że finałowy odcinek tworzy zamkniętą klamrę z poprzednim sezonem, gdzie otwarcie serialu (w obu przypadkach) w pierwszych minutach koncentruje się na wizycie Watsona u terapeutki. W finale drugiego sezonu po 18 miesiącach powraca on na terapię, by wyznać – również nam widzom – że jego najlepszy przyjaciel, Sherlock Holmes nie żyje. Następnie cofamy się w czasie o trzy miesiące, by dowiedzieć się, co takiego naprawdę się stało. Twórcy nie hamują się i dają nam perfekcyjną scenę otwarcia, gdzie James Moriarty we własnej osobie, tanecznym krokiem, przy dźwiękach Rossiniego (ang.

Thieving MagpieSroka złodziejka) postanawia ukraść klejnoty koronne z Londyńskiego Tower, a przy okazji bez najmniejszego problemu otwiera skarbiec Banku Anglii i uwalnia więźniów z więzienia Pentonville prowadzonego przez Służbę Więzienną Jej Królewskiej Mości. Mimo iż zostaje aresztowany i staje przed sądem, to ława przysięgłych w ciągu 6 minut podejmuje decyzję, że jest on jednak niewinny.

Advertisement

Oczywiście Sherlock był świadomy takiego obrotu sprawy, dlatego pod nieobecność Watsona, szykuje się na niezapowiedzianą wizytę swojego wroga. Nasi bohaterowie nie byliby sobą, gdybyśmy nie otrzymali ok. pięciominutowej sekwencji, gdzie obaj popisują się swoim intelektem; nie zapominajmy o genialnym wykorzystaniu mojej ukochanej Partity no 1 Bacha. Praktycznie cały odcinek skupia się na próbach zdyskredytowania Sherlocka poprzez zasugerowanie, że ten może być de facto oszustem, stojącym za poszczególnymi zbrodniami, gdyż żaden człowiek na świecie nie może być przecież tak mądry.

Epizod kończy się finałowym starciem na dachu St Bart’s (w poprzednim sezonie – na basenie), gdzie Sherlock – jeśli nie zdecyduje się na samobójstwo – przyczyni się do zamordowania trójki najbliższych osób w jego życiu. Kolejne cztery minuty to jeden z najlepszych aktorskich serialowych pojedynków w historii telewizji, który kończy się śmiercią obu postaci; ale czy naprawdę obaj popełnili samobójstwo?

Advertisement

Stayin’ alive

Cały odcinek warty jest pogłębionej analizy, jednak ja skoncentruję się na jednej z najbardziej pamiętnych scen, która stała się punktem wyjścia do niezliczonej ilości obrazoburczych fanfików zgłębiających gejowską naturę relacji między Moriartym a Sherlockiem; ja przychylam się do wersji, że – zanim pojawiły się rewelacje z czwartego sezonu – obaj byli sapiofilami; zresztą w pierwszym odcinku Sherlock sam wspomina, że jest niejako poślubiony swojej pracy (ang.

I consider myself married to my work), która skupia się na rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, za którymi stoi w większości przypadków Moriarty, ergo Moriarty jest jego pracą. To jednak kwestia do poruszenia w osobnym artykule.

Advertisement

Po swoim uniewinnieniu przez ławę przysięgłych – jak wspomniałam w poprzednich podpunktach – Jim Moriarty postawia odwiedzić Sherlocka w jego własnym domu, czyli na Baker Street 221B. Widać, że twórcy postanowili iść absolutnie na całość, dodając jednak kilka zmodyfikowanych elementów nawiązujących bezpośrednio do książkowego pierwowzoru. Po pierwsze w przeciwieństwie do książki to nie Sherlock „ugania się” za Moriartym, ale jest zupełnie na odwrót. To ten drugi praktycznie od samego początku tytułuje się nieoficjalnie fanem detektywa, a w pewnym momencie dowiadujemy się, że do dziś zachował także swoje pierwsze trofeum (morderstwo Carla Powersa), którym Sherlock interesował się, będąc jeszcze dzieckiem; już ten aspekt pokazuje, że Moriarty znał Holmesa praktycznie od momentu popełnienia przez siebie pierwszej zbrodni.

Dodatkowo należy nadmienić, że sama intryga przypomina momentami skandaliczne rewelacje zawarte w nominowanym do Oskara filmie z 1976 roku – The Seven-Per-Cent Solution (Obsesja Sherlocka Holmesa / Siedmioprocentowy roztwór); Watson w tej adaptacji jest przekonany, że Sherlock zwariował na skutek uzależnienia od kokainy, przez co wymyślił sobie, że Moriarty jest złoczyńcą.

Advertisement

W trakcie wspomnianego spotkania pada stwierdzenie, że obaj bohaterowie są do siebie podobni. Na przestrzeni dwóch sezonów widzimy pomiędzy nimi porównanie tzw. typów lustrzanych. Główna różnica polega jednak na tym, że Sherlock nie jest zainteresowany tym, co myśli reszta świata, którego de facto nie do końca rozumie. Cały czas skupia się na tym, by zaimponować jednej osobie – Johnowi Watsonowi. Świetnie to widać chociażby w odcinku specjalnym, zatytułowanym Upiorna panna młoda.

Moriarty praktycznie od samego początku funkcjonuje jako lustrzane odbicie Sherlocka. Podobnie jak detektyw także ma w poważaniu praktycznie cały świat, mimo że przez większość czasu jest ekstremalnie ekspresywny, by pokazać, jak bardzo wyróżnia się spośród tłumu. Jedyną osobą, na której tak naprawdę mu zależy, jest Sherlock; do momentu finałowego starcia, gdzie stwierdza, że Holmes jest, cytując zwyczajny. O ile złoczyńca również ma swojego Johna pod postacią pułkownika Sebastiana Morana, który jest jego prawą ręką, to nie zależy mu w ogóle na jego aprobacie.

Advertisement

Oczywiście fandom nie byłby sobą, gdyby tych dwóch nie było razem w intymnej-partnerskiej relacji, jednak ani książki, ani serial (który całkowicie zmienił tę postać), ani nawet film nie wskazują na nic wykraczającego poza relacje czysto biznesowe. Dlatego też jestem przekonana o tym, że wszystko, co robi Moriarty praktycznie od samego początku, ma jeden cel – zaimponować Sherlockowi, tak jak Sherlock lubi imponować Watsonowi.

Fani opowiadań Conana Doyle’a zdają sobie sprawę, że element, jakim jest krzesło, nie pozostaje w tym kontekście bez znaczenia, o czym wiedzą także twórcy. Rozgrywają oni ten aspekt strategicznie, podkreślając wskazane wcześniej lustrzane podobieństwo pomiędzy bohaterami. Moriarty zawsze musi mieć kontrolę nad wszystkim (nawet, jeżeli coś widzowi wydaje się chaotyczne, wcale takie nie jest), dlatego też nie pozwala, by spotkanie nawet w najmniejszym detalu było dyktowane przez Sherlocka. Przykładowo w opowiadaniach Holmes zawsze wybierał krzesło, które skierowane było tyłem do okien, dzięki czemu światło przez nie wpadające padało bezpośrednio na klientów; oni, siedząc naprzeciwko, znajdowali się, kolokwialnie mówiąc, w świetle, podczas gdy on znajdował się w cieniu.

Advertisement

Była to z jego strony zagrywka czysto strategiczna, dzięki czemu dużo lepiej widział klientów, dla nich był zaś praktycznie niewidoczny. W serialu to Jim zajmuje krzesło, w którym normalnie siedzi Sherlock, zmuszając go do zajęcia fotela naprzeciwko, należącego do Watsona. Z jednej strony strategiczne zagranie, z drugiej symboliczne, biorąc pod uwagę naturę opowiadań; dla mnie zagranie także czysto złośliwe, jako bezpośrednia odpowiedź na złe ułożenie łyżeczki do herbaty. Sherlock jako geniusz był świadom tego, że Moriarty jest leworęczny, jednak ułożył ją w miejscu, w którym kładą ją zazwyczaj osoby praworęczne.

Jak wcześniej wspominałam, twórcy zadbali o to, by żaden szczegół widoczny na ekranie nie pozostał bez znaczenia. Tak też jest w przypadku najbardziej epickiego, intelektualnego pojedynku z brytyjską herbatą w tle. Sam wybór napoju nie jest przypadkowy, gdyż to jeden z symboli Wielkiej Brytanii; zestaw do parzenia herbaty wykorzystany przez Sherlocka także nawiązuje do Wielkiej Brytanii poprzez jej wzór znajdujący się na filiżankach oraz imbryku do herbaty; wielu fanów jest przekonanych o tym, że nie stanowi on własności Holmesa, a został wyłącznie wypożyczony na tę specjalną okazję od pani Hudson, czyli właścicielki mieszkania.

Advertisement

W założeniu pojawienie się herbaty implikuje także określone maniery po stronie uczestników „wydarzenia” oraz wymianę uprzejmości, co idealnie wpisuje się w kontekst cywilizowanej rozmowy, która zamienia się w kurtuazyjny pojedynek słowny na śmierć i życie pomiędzy Sherlockiem a Moriartym.

Kolejny symboliczny moment dotyczy tzw. anielskiej analogii, która pojawia się także w innych odcinkach. To cały czas metaforyczne wnoszenie się bądź opadanie na przemian obydwu bohaterów od nieba do piekła, czyli miejsc, w których nie powinni się de facto znaleźć. W przypadku tej konkretnej sceny – Moriarty, wchodząc do mieszkania przy Baker Street, wkracza do rzekomego królestwa aniołów, bez względu na to, czy przy użyciu podstępu, czy też nie; później analogia ta zostanie obalona w finałowej scenie. Po pierwsze i najważniejsze, Moriarty’ego tam w ogóle nie powinno być.

Advertisement

Dodatkowo okazuje się, że to nie pierwszy raz, gdy „nawiedza” mieszkanie Holmesa. Mało kto zwraca uwagę, że ten nie puka do głównego wejścia, a otwiera je – najprawdopodobniej – przy pomocy klucza. Już pierwszy sezon, a dokładniej odcinek zatytułowany Wielka gra (ang. The Great Game) implikował, że Moriarty najprawdopodobniej posiada klucz do mieszkania, dzięki czemu mógł umieścić buty Carla Powersa pod numerem 221C. Na przestrzeni dwóch sezonów, okazuje się, że był on gościem mieszania przy Baker Street przynajmniej trzy razy pod nieobecność Sherlocka i Watsona i na pewno zachował klucz.

Wiele osób zapomina, że blog Johna Watsona (http://www.johnwatsonblog.co.uk/) jest cały czas kanoniczny w stosunku do serialu, choć obecnie nic nie jest dodawane na stronie, jego wygląd zaś mocno odbiega od pierwotnego. Dlatego też rzeczy, które były na nim publikowane, faktycznie odnosiły się do sytuacji mających miejsce w poszczególnych epizodach. Okazuje się, iż 16 marca na blogu miało miejsce włamanie, gdzie Moriarty zamieścił niepokojące nagranie ze swojej wizyty w mieszkaniu Sherlocka, na którym komentuje umiejętności kucharskie pani Hudson oraz z niesmakiem odnosi się do wystroju mieszkania detektywa; miało to miejsce, gdy Sherlock oraz Watson znajdowali się na terenie Dartmoor w odcinku zatytułowanym Demony Baskerville (ang.

Advertisement

The Hounds of Baskerville). Warto dodać, że aspekt ten odnosi się do telewizyjnego tropu, jakim jest foreshadowing (zapowiedź), czyli wskazówka lub aluzja osadzona w narracji, która przewiduje jakieś późniejsze wydarzenie lub objawienie. Widać to wyraźnie w scenie, gdzie Moriarty, kradnąc klejnoty koronne, maluje na szybie uśmiechniętą buźkę, zbliżoną do tej, która najprawdopodobniej widział w mieszkaniu detektywa.

Ostatnia zagadka

Czy na przestrzeni finałowego odcinka dowiadujemy się, jaki jest finałowy problem? No niestety nie, bo koncept ten został przeniesiony na kolejne sezony i w sumie dalej nie wiem do końca, co nim było; jeśli ktoś wie, to proszę o informację w komentarzu. Ponieważ historia skupia się na jednym z opowiadań Conana Doyle’a, można by uznać, że dostarczy ona tak widzowi, jak i czytelnikowi potrzebnych wskazówek do rozwikłania tejże zagadki.

Advertisement

Książkowy Moriarty prosi Holmesa, by ten zaprzestał swoich działań, bo jeśli nie, to będzie musiał go dosłownie zniszczyć, a w jego słowach – to godny pożałowania sposób. Z kolei detektyw stwierdza, że szczytem jego kariery będzie pokonanie Moriarty’ego i całej jego przestępczej organizacji, a potem będzie mógł umrzeć zadowolony.

Czy ma to jakiekolwiek przełożenie na serial? I tak i nie. Można uznać, że finałowy problem (ostatnia zagadka) to pokazanie, kto w tym przypadku jest mądrzejszy, a jedyny sposób, by to udowodnić, to zniszczyć przeciwnika. Warto jednak pamiętać, że widz odnosi wrażenie, iż każda ze stron gotowa jest umrzeć za sprawę; w moim mniemaniu nie jest to takie sprytne zagranie, jak chcieliby twórcy, jeśli uznamy, że o to chodzi. Spotkałam się jednak z teorią, że od samego początku Sherlock wie, iż bierze udział z Moriartym w grze na śmierć i życie, gdzie by wygrać, musi pozwolić mu realizować swój plan krok po kroku; gdzie dużo wcześniej wpadł na to, jaki będzie kolejny krok jego nemesis.

Advertisement

Jaki jest więc sens tego wszystkiego? Twórca teorii twierdzi, że najważniejsze okazuje się zniszczenie sieci, co dalej wydaje się mało satysfakcjonujące, biorąc pod uwagę, co obserwujemy na ekranie od dwóch sezonów. I tak wiem, że to założenie jakże kanoniczne, ale czuję dalej wielki niedosyt odnośnie do całej tajemnicy budowanej przez twórców.

Dodatkowo pojawiły się głosy, że Moffat i Gatiss tak naprawdę wykorzystywali w tym przypadku trop, jakim jest Gambit Batmana (ang. Batman Gambit), czyli planu, który obraca się całkowicie wokół ludzi robiących dokładnie to, czego można się po nich spodziewać. W finałowej scenie Moriarty zdradza, że Sherlock cały czas koncentruje się na rozwiązaniach, które są tak skomplikowane, jak i interesujące; stąd też cały plan był oparty na tym założeniu. Detektyw zaś swoje działania ukierunkował na potrzebę zwyciężenia w tym pojedynku za wszelką cenę.

Advertisement

Ktoś zwrócił także uwagę, że cały koncept ostatniej zagadki zawiera się w scenie z finałowego odcinka pierwszego sezonu. Moriarty w trakcie pojedynku przy herbacie wyznaje detektywowi, że powiedział mu, czym ów problem jest i, że jeśli ten zwrócił uwagę na szczegóły, to powinien wiedzieć. Jakie jest więc rozwiązanie – ano dzwonek telefonu, a dokładniej Stayin’ Alive (tłum. pozostać przy życiu), grupy Bee Gees. 

Mimo wszystko uważam, że sam pomysł dyskredytacji Holmesa przez Moriarty’ego jest nadal genialny w swojej prostocie. Z kolei wykorzystanie przez twórców tropu, że przeciwnik Sherlocka, mógłby zostać przez niego wymyślony, to chyba stały element większości pastiszy nawiązujących bezpośrednio do twórczości Conana Doyle’a. Jednak pewna rzecz nie dawała mi w związku z tym spokoju. Finałowy problem, czy ostatnia zagadka nigdy – przynajmniej zanim wyszedł sezon 4. – nie odnosiła się do żadnej postaci poza Moriartym. Szukając odpowiedzi wśród osób z fandomu, natrafiłam na tzw.

Advertisement

aspekt metafikcji, który jest obecny nie tylko w przypadku dzieł Doyle’a, ale także został przeniesiony – w ramach hołdu – na ekran telewizora przez twórców serialu. Zwróćcie bowiem uwagę, że profesor James Moriarty został stworzony tylko w jednym celu – by uśmiercić Sherlocka, gdzie poza byciem Napoleonem Zbrodni to jego jedyna funkcja, którą pełni w świadomości czytelników. Wiemy jedynie, że jest profesorem akademickim i ma dwóch braci o imieniu James. Nie jest to pełnoprawna postać, w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Gdy mówimy o serialu, Moriarty to postać w pełni zbudowana od postaw, która mogłaby funkcjonować w całkowitym oderwaniu od Sherlocka; dalej czekam na spin-off. W Internecie możliwe jest odnalezienie szeregu analiz psychologicznych na temat geniusza zbrodni, czyli Jamesa Moriarty’ego; choć twórcy nie do końca potwierdzili kilka mocnych rewelacji na jego temat, jedynie to, że jest gejem, duh. Zakłada się, że był nie tylko psychopatą (wskazuje na to młody wiek, gdy popełnił własnoręcznie pierwsze morderstwo) oraz czerpał sadystyczną przyjemność z torturowania swoich ofiar, co widać na przestrzeni chociażby pierwszego odcinka.

Advertisement

Należy do niego przypisać takie cechy jak: ponadprzeciętna inteligencja, wyniosłość, niezdolność do wyrzutów sumienia; co widać w linijce dialogu, gdzie Sherlock zwraca uwagę, że ludzie umierają, na co ten odpowiada – That’s what people do! (tłum. To właśnie robią ludzie!). Warto także dodać do tych cech arogancję i niezdrowy wręcz poziom pewności siebie, oscylujący na granicy narcyzmu. Fani serialu zwracają w swoich analizach uwagę, że z jednej strony przejawiał on cechy wysoce makiaweliczne. W ramach psychologii wskazuje się, iż opisują one osobę tak skoncentrowaną na własnych interesach, że jest w stanie manipulować, oszukiwać i wykorzystywać innych do osiągnięcia swoich celów.

A ponieważ wcześniej przewijała się zarówno psychopatia, jak i narcyzm to śmiało można powiedzieć, że w przypadku Moriarty’ego mamy do czynienia z tzw. mroczną triadą cech osobowości. Na koniec dodam mój ulubiony element, czyli sarkastyczne, cyniczne, aczkolwiek dziecinne poczucie humoru.

Advertisement

Jak więc wspomniany aspekt został wpleciony do serialu? Ano metafikcja z baśniowymi elementami została bezpośrednio wpleciona w postać Richarda „Richa” Brooka, czyli fałszywą tożsamość Moriarty’ego. Jest on aktorem, który czyta dzieciom bajki na dobranoc (ang. The Storyteller), a przy okazji nagrał bajkę na temat – uwaga znalazłam kilka tłumaczeń, np. Chwalancelota – Pana Chwalipięty (ang. Sir Boast-a-lot), którym jest Sherlock, co tylko dodaje dziwaczności całej historii. To czyni przede wszystkim Moriarty’ego jeszcze lepszym i bardziej przerażającym antagonistą; jak zawsze z idealnym hołdem dla oryginalnych opowiadań. Wyobraźcie sobie kuriozalną sytuację, że Moriarty, szykując się do tego momentu, chodził na przesłuchania i budował swoją filmografię na IMDb. Ja jestem pełna podziwu dla jego zaangażowania.

Podsumowanie

Finałowy odcinek drugiego sezonu mimo upływu czasu dalej zachwyca. Mimo iż na papierze poszczególne elementy w ogóle do siebie nie pasują, to na ekranie składają się w idealną wręcz całość, a 1,5 h odcinek ogląda się na krawędzi fotela. Finałowy plot twist dał jednak odczuć widzom, co niestety będzie ich czekało w kolejnych sezonach.

Advertisement

Co prawda finał jest zbyt przekombinowy jak na moje Sherlockowe gusta, jednak dalej pod pewnymi względami pozostawał w duchu kanonicznego Conana Doyle’a; a przynajmniej tak mi się zawsze wydawało. Jak się okazuje, jeden z twórców, Moffat, nie mógł znieść, że w oryginale Holmes ginie de facto poza „kamerą”, dlatego zdecydował się pójść na całość, pokazując nie jedno, a dwa samobójstwa. Nawet nie wiecie, jak długo musiałam zbierać się po śmierci Moriarty’ego, a na ekranie w kilka minut potem razem z Watsonem patrzymy, jak ciało Sherlocka uderza o ziemię, widzimy krwawiące zwłoki, widzimy nagrobek i widzimy, że ten jednak żyje.

Jaki był tego cel? Tego chyba sami twórcy nie wiedzieli. Jakby każdy wie, że Sherlock przeżył… ale te kilka finałowych chwil powoli zaczęło zabijać swego czasu mój ukochany serial, który przeistoczył się później w istny śmietnik scenopisarski, próbując przebić na wszystkich możliwych płaszczyznach ten odcinek, dodając Moriarty’ego gdzie tylko się dało, nawet w najbardziej bzdurnych retrospekcjach.

Advertisement

Chociaż docenia żelazny kanon kina, bardziej interesuje ją poszukiwanie takich filmów, które są już niepopularne i zapomniane. Wielka fanka kina klasy Z oraz Sherlocka Holmesa. Na co dzień uczestniczka seminarium doktoranckiego (Kulturoznawstwo), która marzy by zostać żoną Davida Lyncha.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *