Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy SCIENCE FICTION, po których będziecie BALI się KOSMOSU

FILMY SCIENCE FICTION, po których będziecie BALI się KOSMOSU to przerażająca podróż przez mroczne tajemnice wszechświata, które budzą strach i fascynację.

Published

on

Filmy SCIENCE FICTION, po których będziecie BALI się KOSMOSU

Tekst z archiwum Film.org.pl (17.07.2020)

Nieważne, ile strasznych filmów o kosmosie nakręcimy. I tak będziemy się go zawsze bać, zresztą powinniśmy, gdyż bez odpowiednich środków technicznych i rozciągniętego na wiele pokoleń nauczania odpowiednich zachowań będzie w nim czekała na nas zawsze śmierć. Od wieków baliśmy się tego, o czym niewiele wiemy. Tak powstały strach jest ochronnym mechanizmem gatunkowym każdej istoty żywej. Nasza wiedza o kosmosie systematyczne rośnie, wciąż jednak jest na tyle mała, że twórcy filmowi z powodzeniem mogą jej brak wykorzystać. W ciemności wszechświata kryją się więc potwory i wszystko to, co powoduje koniec życia w męczarniach.
Advertisement

Po obejrzeniu poniższych filmów, zwłaszcza u widzów zaczynających swoją przygodę z gatunkiem science fiction, strach przed kosmosem będzie jeszcze większy.

Life (2017), reż. Daniel Espinosa

Film doskonale ukazujący siłę życia jako takiego i jego zdolności przystosowawczych. To właśnie znalezienie nieznanej nam formy organicznej w kosmosie, a zwłaszcza rozumnej, przeraża nas najbardziej.

Jest wiele koncepcji tłumaczących, dlaczego tak jest. Z jednej strony boimy się, że w kosmosie żyje cywilizacja stojąca na wyższym szczeblu rozwoju niż nasza. Co ludzie robili z mniej zaawansowanymi ziemskimi kulturami? Podbijali je, niszczyli i asymilowali. To samo mogą zrobić obcy z nami. Istota z Life wydaje się nie mieć żadnej kultury ani nie być cywilizowana, ale zachowuje się inteligentnie. Skoro tak, tym trudniej się przed nią obronić. Można jedynie próbować nie dopuścić, żeby znalazła się na Ziemi. Produkcja wyreżyserowana przez Daniela Espinosę pod względem artystycznym nie jest odkrywcza.

Advertisement

Raczej celnie miesza kultowe sceny z wielu znanych filmów science fiction (Obcy, Odyseja kosmiczna), aby na ich kanwie przerazić widza za pomocą dodania tego potwornego elementu, którym jest istota o niehumanoidalnej formie. Tym jest straszniejsza i mniej przewidywalna, a nasza jej nieznajomość głębsza.

Obcy – 8. pasażer Nostromo (1979), reż. Ridley Scott

Pisałem o konotacjach feministycznych i ideologicznych (angaż Sigourney Weaver, women power), erotycznych (próba gwałtu oralnego na Ripley dokonana przez Asha i sposób replikacji Ksenomorfa), ale nie dotykałem głębiej politycznego znaczenia tego filmu. Zostawiłem je na później, gdyż sporo przy różnych okazjach piszę o filmach Ridleya Scotta. Ubiegł mnie jednak Philip Strick (bfi.org.uk). Otóż pełen obaw przed niebezpieczeństwami panującymi w kosmosie Obcy – 8. pasażer Nostromo jest artystycznym przedstawieniem brytyjskiego, imperialnego lęku przed inwazją oraz możliwością stania się częścią większego organizmu politycznego.

Advertisement

Czyż brexit nie był ostatnio najbardziej namacalnym wyrazem tegoż strachu Brytyjczyków? Kosmos jest bezkresnym imperium. Może bez znaczniejszego wysiłku wchłonąć nas za pomocą takich morderczych narzędzi jak Ksenomorf. Dzisiaj już wiemy, że ktoś się nim posłużył. Zacytuję Philipa Stricka w oryginale, żeby lepiej oddać znaczenie jego koncepcji lęku zawartego w obrazie Ridleya Scotta. Whereas the American cinema tackles the monstrous and the unknown with a certain brash contempt, undoubtedly the result of a national ability to turn any kind of immigrant into an average American, the British consistently treats its visitors with an uneasy reserve.

Since the time of Wells and the other fin de siècle journalists, our fear of invasion has had more than geographical implications – we have not yet lost enough arrogance to tolerate becoming part of someone else’s Empire. The Quatermass films, and the extraordinary grip that the initial television series achieved, demonstrate this with striking clarity; they evoked horror simply by the threat of absorption into a different kind of existence. In Ridley Scott’s „Alien”, the Quatermass syndrome continues.

Advertisement
Czarna dziura (1979), reż. Gary Nelson

To jeden z tych filmów, gdzie kosmos jest bardzo głośny. Dźwięk silników statku kosmicznego w przestrzeni kosmicznej jest głośniejszy niż w kabinie, a główny robot na okręcie Palamino ma oczy tak wielkie jak postaci z anime. Widać, że producenci ze stajni Walta Disneya nie przejmowali się fizyką.

Ważne dla nich było stworzenie widowiska, co w jakiejś mierze się udało, zwłaszcza przy tak egzotycznej obsadzie – Ernest Borgnine, Anthony Perkins czy Maximilian Schell są dla kina science fiction aktorami rzadko w nim występującymi. Co tak naprawdę jest w fabule Czarnej dziury najbardziej przerażające? Może się wydawać, że kosmos jako ta przestrzeń, która zmienia charakter człowieka tak bardzo, że staje się on potworem dla swoich pobratymców. A może to czarna dziura tak oddziałuje na naukowców? Film Gary’ego Nelsona mimo wszystkich swoich niedostatków wynikających z budżetu i czasów powstania posiada niewątpliwie jeszcze jedną zaletę – może i zaprezentowane w nim roboty są archaiczne, jednak tworzą ciekawie zhierarchizowaną społeczność, na którą ludzie reagują osobliwie, gdy uświadomią sobie, że maszyny są w stanie w ocenie swojego postępowania posługiwać się emocjami (np. Maximilian i Vincent).

Advertisement
Coś (1982), reż. John Carpenter

Akcja filmu Coś nie dzieje się w kosmosie, na jakimś statku kosmicznym lub na planecie zamieszkanej przez obcy gatunek. John Carpenter umieścił fabułę na Ziemi, jednak w specyficznym jej rejonie – Antarktyda, gdzie trudne warunki klimatyczne utrudniają człowiekowi życie i przeżycie aż tak bardzo, że można się pokusić o analogię tej części naszej planety z niegościnnymi zakątkami innych planet w kosmosie.

Celny to zabieg reżysera, ponieważ zwiększa poziom lęku. Bohaterowie nie mają dokąd uciec. Kosmos również często staje się w filmach science fiction doskonałym pod względem zabezpieczeń więzieniem. Głównym katalizatorem strachu w filmie Coś jest jednak obcy przybysz, organizm bez konkretnej formy, doskonale imitujący postać żywiciela. Nie wiadomo, skąd przybył. Nie wiadomo, czego dokładnie chce, prócz zabijania. Nie ma twarzy, przez co nie można nawet wyobrazić sobie z nim porozumienia. To istota obca, podróżująca we wszechświecie ciągle pod inną tożsamością gatunkową.

Advertisement

Może nasunąć się refleksja, że kosmos jest aż tak straszny, że nie wiadomo nawet, czy spotkani w nim obcy są faktycznie tymi, za kogo się podają. Z takim przeciwnikiem niemożliwe jest wygrać, co zresztą pokazuje Carpenter. Nikt nie wyszedł cało ze spotkania z „tym czymś”. McReady (Kurt Russell) i Childs (Keith David) pozostali pośród trawiących bazę płomieni, jednak ich przyszłość jako ludzi została przewidziana. Poza tym któryś z nich nie był sobą.

Ukryty wymiar (1997), reż. Paul W.S. Anderson

Przewrotność tej produkcji zasadza się na tym, że to niekoniecznie kosmos jako taki jest przyczyną wszystkich mrożących krew w żyłach zdarzeń na pokładzie statku Event Horizon. W znakomitej większości przypadków to sami członkowie ekipy ratunkowej zadają sobie wzajemnie ból. Kosmos jako kosmos wcale nie wpływa na nich destrukcyjnie, lecz stanowi jedynie bezemocjonalną przestrzeń, w której człowiek sam odkrywa wrota do demonicznego świata.

Advertisement

Przecież to wynalazek Williama Weira otworzył drzwi do piekielnego wymiaru, a może zarazem zupełnie innej formy istnienia zmysłowego, które początkowo człowiek postrzega jako tzw. piekło? Weir przecież wyłupia sobie oczy, bo już nie są mu potrzebne. Ukryty wymiar jest dobrym horrorem o nas samych – naszych kulturowo-religijnych lękach, które odzywają się zawsze wtedy, gdy napotykamy coś, czego jeszcze nie eksplorowaliśmy. Kosmos jest doskonałym przykładem takiego miejsca. Żyjąc na Ziemi, nie jesteśmy świadomi, w jakim bezkresie się znajdujemy. Dopiero wyjście poza atmosferę uświadamia nam, że nasza wiedza o otoczeniu porównana być może do niebezpiecznie małej kropli w oceanie wszechświata. Tym większy w stosunku do niego respekt, o którym przypomina nam Ukryty wymiar.

Potwór (1985), reż. William Malone

William Malone ani nie jest reżyserem, który dążył w swojej twórczości do realizacji wielkiego artystycznie kina, ani nie specjalizuje się w kinie science fiction. Popełnił za to w swoim życiu kilka horrorów i doskonale wiedział, jak zastosować w filmie grozy takie zabiegi, żeby przestraszyć widza. Jak pokazuje film Potwór wystarczyło zmienić otoczenie na kosmos i obcą planetę.

Advertisement

Dodać jednego szalonego niemieckiego naukowca lubiącego macać kobiece piersi, nawet w sytuacji granicznej (znakomity Klaus Kinski), oraz starożytną istotę lubującą się w zabijaniu i czymś w rodzaju zdolności parapsychicznych, będącą częścią większej kolekcji gatunków żyjących w całym wszechświecie – tylko do kogo należącą? Tak więc powstał kosmiczny slasher, wyraźnie inspirowany pierwszym Obcym, chociaż nie tak dobrze zrobiony pod względem technicznym, zwłaszcza scenograficznym. Prócz Kinskiego nie uświadczymy w nim też wysmakowanego aktorstwa, ale za to kilka scen może naprawdę przestraszyć, np. wyskakujące z szafek trupy czy skradająca się w ciemności istota. Zaznaczam, że im mniej dokładnie ją widać, tym jest straszniejsza, jak to w niedoinwestowanym kinie bywa.

Raport z Europy (2013), reż. Sebastián Cordero

Ludzkość marzy o wydostaniu się z Układu Słonecznego. Filmy science fiction są wyrazem tego pragnienia mającego swoje źródło w ludzkiej potrzebie kolonizowania wszystkich tych środowisk, nad którymi nasz gatunek jeszcze nie panuje. W praktyce jednak daleka przed nami droga.

Advertisement

Pewnym substytutem międzygwiezdnych podróży jest podróż na księżyc, ale nie nasz, a jakiejś innej planety w Układzie Słonecznym. W filmie Sebastiána Cordero padło na Europę, naturalnego satelitę Jowisza. Produkcja Raport z Europy jest zrealizowana w klimacie dokumentalnym. Często widzimy refleksyjne wypowiedzi kosmonautów lub obrazy zarejestrowane przez kamery na statku. Takie podejście do tematu pozwoliło na zaprezentowanie niebezpieczeństw, jakie w kosmosie mogą dotknąć człowieka nie ze strony techniki czy niegościnnej przestrzeni kosmicznej, a psychiki. Na razie nie wiemy, jak zareaguje niewielka społeczność kosmonautów na przedłużające się zamknięcie na niewielkiej powierzchni z dodatkową świadomością, że nie jest to orbita ziemska, że w razie czego żaden ratunek nie przyjdzie, a statek kosmiczny stanie się trumną.

W tym sensie podróże kosmiczne przerażają. Dlatego kosmonautami, jak pokazuje Raport z Europy, mogą być najsilniejsi z najsilniejszych, a nawet to nie gwarantuje powodzenia misji. Można powiedzieć, że dla pierwszej załogi, która poleci w głąb Układu Słonecznego, będzie to w pewnym sensie misja bez powrotu, a może i misja samobójcza realizowana dla dobra ludzkości, żebyśmy się czegoś więcej dowiedzieli o miejscu, w którym znajduje się nasz ziemski dom. Raport z Europy to fantastyka starająca się uderzać w poważniejsze tony za pomocą zabiegów formalnych, a najważniejszym jej przesłaniem jest to, że być może nasza potrzeba odkrywania obcego życia nie spotka się z pozytywnym przyjęciem. Nie wszystko chce być w kosmosie odkryte, skoro do tej pory się nie ujawniło.

Advertisement
Obcy: Przymierze (2017), reż. Ridley Scott

Pięknie o filmie Scotta napisał dla „New York Timesa” Anthony Oliver Scott (zbieżność nazwisk przypadkowa) – It’s an interesting movie.

I wish I could be more effusive, but „Covenant”, for all its interplanetary ranging, commits itself above all to the canny management of expectations. To complain about its lack of ambition would be to misconstrue its intentions. Rather than setting out to conquer new worlds or excavate primal fears, this „Alien” is content to uphold a long-lived and well-regarded brand. Correcting some of the previous film’s mistakes — not enough alien! Too much mythological mumbo-jumbo best left to movies with „Star” in the title! — Mr. Scott parcels out carefully measured portions of awe, wonder and terror on the established installment plan. This episode needs to satisfy you just enough to make sure you come back for the next one.

Advertisement

Anthony Oliver również potwierdza, że Ridley Scott nie odcina kuponów od „starego »Obcego«”. Celnym przeniesieniem akcentów w nowym cyklu o Ksenomorfie było zaproponowanie widzowi zupełnie innego podejścia do istoty wymyślonej przez Gigera. Oprócz nieodzownych dla Scotta konotacji mitologicznych i psychologicznych oraz wskazywania odbiorcom za pomocą postaci Davida, gdzie są ukryte w świadomości ich pierwotne lęki, Scott nareszcie przesunął Ksenomorfa na drugi plan, jednocześnie robiąc z niego MARKĘ wśród krwiożerczych przybyszów z kosmosu – no właśnie, Ksenomorf jako istota stworzona przez syntetyka daleko od Ziemi czyni kosmos jeszcze bardziej przerażającym i wrogim człowiekowi miejscem.

Tajemnica Andromedy (1971), reż. Robert Wise

Trzeba przyznać, że Tajemnica Andromedy jest filmem niesamowicie szczegółowo, a przy tym dowcipnie przedstawiającym proces dekontaminacji, zwłaszcza odkażanie odbytu czopkami na „poziomie piątym”. Poza tym to obraz na czasie, bo na całym świecie panuje COVID-19.

Advertisement

Nie jest to może wirus z kosmosu, ale budzi wiele teorii spiskowych, podobnie jak szczepionki, nauka masturbacji w przedszkolach i maszty telefonii 5G. Zresztą w filmie naukowcy precyzyjnie określają jego wielkość i stwierdzają, że nie jest wirusem. Na teorie spiskowe nic jednak nie poradzimy, gdyż ludzie skłonni są wierzyć we wszystko, na czym zresztą zasadza się od wieków rządzenie społeczeństwami przez tzw. elity, no i popularność kina science fiction. Tajemnica Andromedy w ramach gatunku sci-fi jest filmem zapomnianym i niedocenionym, a przecież tak dobrze reprezentuje wszystko to, co w fantastyce naukowej jest najważniejsze i modelowe.

Zgadza się, że jest podobnie rozwleczony fabularnie co Odyseja kosmiczna, jednak w przeciwieństwie do dzieła Kubricka widz uzyskuje znacznie więcej racjonalnie uzasadnionych informacji, przez co może dokładnie prześledzić etapy badania obcego patogenu i mieć intelektualną kontrolę nad opowiadaną w filmie historią. A gdzie lęk przed kosmosem? Sam pomysł, że jakiś satelita, wracając na Ziemię, przyniesie nam niewidoczny gołym okiem śmiercionośny patogen, jest wyrazem tego strachu. To, że akurat Amerykanie nakręcili taki film, a Michael Crichton napisał książkę, również wiele oznacza. Najwidoczniej kosmicznymi lękami najbardziej charakteryzuje się imperializm.

Advertisement
W stronę Słońca (2007), reż. Danny Boyle

Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem po przeczytaniu którejś z książek o astronomii, a było ich całkiem sporo, bardzo przeraziła mnie myśl, że Słońce kiedyś nas zniszczy, zacznie płonąć jak żarówka zasilana zbyt dużym prądem, a dokładniej zużyje wodór, zacznie spalać hel, a wtedy powiększy swoje rozmiary i w końcu pochłonie Ziemię.

Zanim się to jednak stanie, nasza planeta wpierw spłonie. Oczywiście te 5,5 miliarda lat, jakie pozostały Słońcu, to całkiem sporo, jednak dla nienawykłego do abstrakcji umysłu dziecka liczy się tylko skończoność. Coś, co wydaje się być na niebie od zawsze, w końcu stanie się śmiercionośne, a wtedy Ziemia zamieni się w piekarnik. Jak to w ogóle możliwe, żeby Słońce miało aż taki wpływ na Ziemię? Dziecięce myślenie z czasem przechodzi, a wiedza o wpływie Słońca na Ziemię rośnie, od perspektywy astronomicznej i fizyczno-biologicznej aż po kulturową. W stronę Słońca porusza z jednej strony ten aspekt czysto naukowy – to znaczy co bylibyśmy w stanie zrobić, gdyby nagle nasza macierzysta gwiazda zaczęła umierać.

Advertisement

Z drugiej strony wpływ Słońca na życie człowieka okazuje się iście filozoficzny, co idzie w parze ze śmiercionośnym szaleństwem. Odkryliśmy więc, że w kosmosie oprócz potworów boimy się, że zgaśnie Słońce. Dla naszej kultury to symboliczny lęk.

Pandorum (2009), reż. Christian Alvart

Ciągle wybiegamy w przód i zastanawiamy się, jak będzie przebiegać nasza ewolucja, a wciąż nie możemy zaakceptować tego, że naszym przodkiem jest małpa. Jesteśmy więc bardzo niekonsekwentni.

Advertisement

Pochodzenie od niej nie pasuje do naszego wyobrażenia, że jesteśmy gatunkiem wybranym, więc nie możemy pochodzić od zwierzęcia. To policzek wymierzony w naszą kosmiczną jedyność. Przeciwnikom Darwinowskich teorii polecam więc Pandorum – niedoceniony rodzynek w gatunku science fiction. Może przecież jest tak, że to, co nazywamy ewolucją, będzie miało nieco inne znaczenie moralne w przyszłości. Dostosujemy się do zmiennego środowiska, bo kosmos da nam szansę na nową formę istnienia, ale nie będzie ono, delikatnie rzecz ujmując, przyjazne dzisiejszemu człowiekowi ani innym żywym istotom.

Będzie zaś dobre dla nas, co zrobić. Może nawet dzisiaj żyjący ludzie nazwaliby efekt owej przemiany zezwierzęceniem? Nie znamy jeszcze na tyle wszechświata, żeby z całą pewnością stwierdzić, w co się przemienimy, gdy powiedzmy za 500 lat nasza cywilizacja będzie jeszcze istniała, a my opuścimy Układ Słoneczny wielkim statkiem kolonizacyjnym, na którym po upływie kolejnych stuleci międzygwiezdnej podróży nasze zahibernowane geny dostosują się do nowego środowiska. Pandorum jest wręcz mitologiczną podróżą w klimacie horroru, która w metaforyczny sposób wydarzyła się już w wielu społecznościach (nagła, grupowa zmiana zachowania, skłonność do masowych morderstw, wzrost agresji itp. ) i wciąż może wydarzyć. A kosmos? Jest jedną ze zmiennych ułatwiających naszą przemianę w chcące za wszelką cenę przetrwać bestie.

Advertisement
Ciemna gwiazda (1974), reż. John Carpenter

Jakby było przyjemnie, gdyby piloci bombowców podczas wojny mogli sobie pogawędzić ze zrzucanymi przez siebie bombami.

Może nawet wojna byłaby milsza? Musieliby tylko uważać, żeby nie zniecierpliwić takiej bomby np. fałszywymi alarmami o bombardowaniach, bo mogłaby się zbuntować. Statek kosmiczny Dark Star (Ciemna Gwiazda) to dość osobliwy przykład szaleństwa, w jakie można popaść, gdy zbyt dużo czasu spędziło się w kosmosie. Tego również powinniśmy się obawiać. Taki np. członek załogi, porucznik Doolittle, bez przerwy marzy, żeby albo coś wysadzać, albo woskować deskę surfingową. W istocie wysadzanie idzie mu świetnie, gdyż misją Dark Star jest krążenie po wszechświecie i wysadzanie niestabilnych planet. Z kolei sierżant Pinback ugania się po statku za obcym w postaci napompowanej piłki z gadzimi łapami.

Advertisement

Wkrótce okazuje się jednak, że to naprawdę piłka. Bojler podobnie jak wszyscy niewiele robi, ale za to uwielbia strzelać do wymontowanych drzwi od grzejnika, co bezpieczne dla statku nie jest. I tak spokojnie członkowie Dark Star pogrążają się w swoich fobiach, lękach i szaleństwie, a kosmos wydaje się dla zwykłego człowieka kompletnym chaosem. Z drugiej strony, gdy tak ciągle oglądamy to mroczne, pełne potworów kino science fiction, wypada czasem odreagować, a science fiction Dark Star w wydaniu Johna Carpentera idealnie się do tego nadaje.

Grawitacja (2013), reż. Alfonso Cuarón

W dobie, gdy kosmiczna turystyka ma szansę się rozwinąć za sprawą działalności Elona Muska, seans Grawitacji daje do myślenia. Kosmonautyka jest bardzo młodą dziedziną, a to, co dzieje się z bohaterami filmu, doprawdy przeraża. Na emocje wpływa dodatkowo to, że są tak blisko Ziemi, a otacza ich przestrzeń, w której nie mają najmniejszych szans na przeżycie. Żaden kosmiczny turysta, dysponujący jedynie odpowiednimi środkami finansowymi, żeby polecieć w kosmos bez odpowiedniego szkolenia, nie da sobie rady. Będzie zależny jedynie od reakcji specjalistów czuwających nad realizacją jego zlecenia, a ci w sytuacji podbramkowej być może zdecydują się próbować ocalić siebie.

Advertisement

W kosmosie nie ma miejsca na błąd. Powinno minąć jeszcze przynajmniej 100 lat, zanim nasza cywilizacja osiągnie ten poziom zaawansowania, że nasze podróże w kosmos będą na tyle częste i popularne, że osiągniemy w nich pewnego rodzaju rutynę. Rzecz jasna ona również jest groźna. Na razie jednak spójrzmy trzeźwym okiem na nasze statki kosmiczne. Przypominają one wczesne samochody. Każda awaria może skończyć się tragicznie, a jednocześnie awaryjność jest duża, stąd tak wiele testów, nim wyśle się jakąkolwiek rakietę poza Ziemię.

Siła witalna (1985), reż. Tobe Hooper

Nie ma w tym filmie nic odkrywczego, lecz mimo to nie można się od niego oderwać.

Advertisement

Od samego początku, gdy ekipa badawcza ze statku Churchill znajduje nieznany obiekt latający, a na jego pokładzie trzy zahibernowane istoty do złudzenia podobne do ludzi, wiadomo, że reżyser, Tobe Hooper, wykorzysta okazję, żeby przesunąć akcent z science fiction na typowy horror z elementami filmu o zombie. Z chwilą pojawienia się obcych akcja przenosi się również na Ziemię, co wcale nie odejmuje produkcji zdolności powodowania strachu. Wręcz przeciwnie. Napięcie wciąż narasta, a poruszające się trupy wyglądają całkiem obrzydliwie.

I to wszystko spowodował kosmos. Niecodzienne to w kinie science fiction połączenie wampiryzmu z tworzeniem ożywieńców, którzy muszą co dwie godziny wysysać z ludzi ich siłę życiową, cokolwiek to znaczy w sensie naukowym. Co do kosmosu ważne jest również to, gdzie owe krwiożercze istoty zostały odnalezione – w komecie Halleya. Od wieków wiązano z tego typu obiektami kosmicznymi przeróżne legendy i religijne wierzenia. Dlaczegóż więc nie miałyby one być nośnikiem obcych, czymś w rodzaju sposobu ich podróżowania po wszechświecie?

Advertisement
Supernova (2000), reż. Walter Hill

Klasyka gatunku – statek kosmiczny Nightingale 229, jednostka ratowniczo-medyczna, odbiera sygnał ratunkowy i bierze na swój pokład rozbitka wraz z obcym. Jak w większości takich produkcji, załoga w niewielkim tylko stopniu przestrzega dekontaminacyjnych procedur bezpieczeństwa. Inaczej nie byłoby filmowej zabawy.

Standardowa procedura wejścia w nadprzestrzeń kończy się tragicznie dla kapitana Marleya, którego dosłownie rozsadza w kapsule hibernacyjnej, a na dodatek statek ląduje w pobliżu supernowej, której zostało 17 godzin do wybuchu. Mimo że sam film jest raczej B-klasową produkcją science fiction, warto wziąć pod rozwagę ciekawą koncepcję darwinowskiego zachowania się obcego, którego przynosi ze sobą na pokład Nightingale’a rozbitek. Otóż strategią przybysza nie jest gwałtowne, krwawe i spektakularne zabijanie tych, którzy go zabierają. On raczej liczy na to, że przeżyją, nawet silniejsi niż byli, bo zależy mu nie tyle na replikacji, co na eliminacji innych rozumnych gatunków.

Advertisement

Gdyby np. załoga Nightingale’a zabrała go na Ziemię, jego strategią byłaby zamiana Słońca w niestabilną supernową, znalezienie nowej, kosmicznej taksówki z możliwością podróżowania hiperprzestrzennego. Kiedy już uciekłby z Układu Słonecznego, supernowa by wybuchła, niszcząc ludzki gatunek, a on byłby już w innej czasoprzestrzeni. Nie zależy mu więc na rozmnażaniu, ale jest narzędziem eliminacji, być może sterowanym przez coś lub kogoś jeszcze. Przerażająca ksenocydowa taktyka.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *