Connect with us

Publicystyka filmowa

CLIVE BARKER. Na haku talentu

CLIVE BARKER. NA HAKU TALENTU to hołd dla mistrza grozy, którego wyobraźnia przekształca strach w sztukę, zaskakując na każdym kroku.

Published

on

CLIVE BARKER. Na haku talentu

Dziś urodziny obchodzi Clive Barker. W tort tego kameleona popkultury wbijamy 65 gwoździ wdzięczności za lata strachu i przypominamy naszym czytelnikom, z jakim fenomenem twórczym mamy tu do czynienia. Stephen King o bohaterze niniejszego tekstu: „Widziałem przyszłość horroru. To Clive Barker”. Te dwa zdania powtarzano przez długi czas do znudzenia, przywołując nazwisko młodego twórcy, stały się one także wabikiem nawołującym z okładek jego książek.

Advertisement

Można powiedzieć, że otwarcie artykułu o Barkerze w ten sposób to pójście na łatwiznę, z drugiej strony nie należy zapominać, że to właśnie na fali Kingowskiego entuzjazmu mało znany twórca stał się światową gwiazdą mrocznej literatury. Czy tylko horroru? Oddajmy głos innemu smakoszowi popkultury, Quentinowi Tarantino, który także zwrócił uwagę na naszego bohatera: „Nazwać Clive’a Barkera autorem horrorów to jak napisać o Beatlesach, że byli garażowym zespołem.

Jako twórca Barker nie boi się sięgać do najgłębszych otchłani ludzkiego umysłu. Jest artystą w pełnym znaczeniu tego słowa, współczesnym mistrzem wyobraźni”. Trudno się z tym nie zgodzić. Barker nie tylko stworzył wiele klasycznych już pozycji horroru, ale próbował też swoich sił w dark fantasy, powieściach obyczajowych i historiach dla dzieci. Nie tylko pisał, ale także reżyserował. To on dał światu Wysłannika piekieł (najpierw w formie krótkiej powieści, a potem kanonicznego już filmu). To on – tym razem tylko jako autor opowiadania – wykreował postać Candymana. Nakręcił też kilka mniej znanych filmów, które nie zrobiły furory, ale badały gatunkową pojemność horroru. Parę razy próbował sił jako producent.

Advertisement

Barker pozostaje w ścisłej relacji z kinem; jeśli nawet nie reżyseruje i nie produkuje, to dostarcza pomysłów. Wciąż powstają filmy oparte na jego prozie. Anglik pojawia się w epizodach u zaprzyjaźnionych reżyserów. Jest także malarzem, co nie powinno dziwić wnikliwych znawców jego powieści. Od lat wystawia swoje niepokojące prace w galeriach świata. Poszukajcie jego dzieł w internecie – ten ogromny bestiariusz potrafi uderzyć do głowy.

Barker ilustruje swoje książki. Rysuje komiksy. Pomaga przy tworzeniu gier komputerowych. Rzeźbi – jego seria Tortured Souls była wielkim sukcesem komercyjnym. Miał reżyserować Obcego 3, ale utracił zainteresowanie projektem już na etapie pisania scenariusza. Otarł się o realizację Mumii. Kumpel Davida Cronenberga. Fan cygar. Jest gejem (coming out zaliczył w latach 90.), co pozwoliło mu empirycznie zagłębić się w temat odmienności, odrzucenia i sfery nieobjętej społeczną aprobatą.

Advertisement

Z pewnością znajduje to odbicie w jego sztuce. Mrocznej. Ciężkiej. Pełnej bólu. Dalekiej od łatwego optymizmu, ale niepozbawionej chropawego piękna. Oto Clive Barker i jego niepokojąca sztuka – ze szczególnym uwzględnieniem projektów filmowych.

Nasz bohater urodził się 5 października 1952 roku w Liverpoolu – mieście ponurym, silnie zindustrializowanym i dochodzącym do siebie po wojnie. Syn malarki i dyrektora personalnego. Uczęszczał do tej samej szkoły, co John Lennon. Pierwszą sztukę napisał, kiedy miał 11 lat. Potem tworzył regularnie, rozwijając jednocześnie swoją pasję do literatury niesamowitej, H. P. Lovecrafta czy Arthura Machena. Studiował filozofię i literaturę angielską. Zachwycał się zarówno kinem noir, jak i Federico Fellinim.

Advertisement

W wieku 21 lat wyjechał do Londynu, gdzie zaczęła się jego przygoda z teatrem. Barker pisał mroczne, pełne ciężkiego erotyzmu sztuki i nie odnosił wielkich sukcesów, ale to tam poznał Douga Bradleya (przyszłego Pinheada) i Pete’a Atkinsa (przyszłego współtwórcę serii Wysłannik piekieł). Utrzymywał się z ilustrowania magazynów pornograficznych; zaczął też podejmować reżyserskie wprawki.

Salome – krótkometrażówka (niecałe 20 minut) z udziałem Bradleya – daje nam przedsmak jego talentu. Film jest czarno-biały, mroczny i poetycki. Tajemnicza muzyka służąca za tło tajemniczych zdarzeń tworzy pretensjonalny, ale klimatyczny ukłon w stronę awangardy. Forbidden – kolejny obraz zrealizowany z grupą przyjaciół zapaleńców – to już ponad pół godziny w świecie niezwykłej wyobraźni Barkera. Znów niewiele da się powiedzieć o fabule tego dzieła, niemniej pojawiają się tu wątki zapowiadające Wysłannika piekieł.

Advertisement

Jakie? Choćby odarcie człowieka ze skóry i prezentacja jego „odsłoniętej” postaci. Poza tym rzecz epatuje efektem negatywu, przez co staje się jeszcze cięższa w odbiorze. Cóż, Barker dość szybko pokazał światu, że nie interesuje go to, co gładkie i łatwo przyswajalne. W 1984 roku wydał pierwszy tom opowiadań Księgi krwi, opatrzony wprowadzeniem Ramseya Campbella, uznanego twórcy horrorów. Młody pisarz nie patyczkował się – wystawił zupełnie przeciętnych bohaterów na działanie zła i kazał im za to srogo płacić. Brak w tych historiach ludzi o silnym kręgosłupie moralnym; postaci kierują się impulsami – nierzadko o charakterze seksualnym.

To świat łatwego upadku i okrutnych kar. Brutalne, wyzute z sentymentalizmu Księgi krwi okazały się lekturą dosadną i pełną siły. Dotykały do żywego. Łamały tabu. Łączyły charakterystyczny dla kina noir fatalizm z punkowym etosem mówienia wprost o tym, co w naszym świecie złe i zepsute. A do tego były napisane bardzo plastycznym językiem, znacznie głębiej infekującym nasze zwoje mózgowe niż wyziewy Guya N. Smitha czy Grahama Mastertona, którzy produkowali literacki ekwiwalent płatków śniadaniowych. Odtąd seria pojawiała się na rynku regularnie, zmieniając oblicze literackiego horroru.

Advertisement

Młody twórca zdobył rekomendację Kinga, a jego twórczość zyskała miano przełomowej w swym gatunku. Barker został lepiej przyjęty w Stanach Zjednoczonych niż w rodzinnej Anglii, co po jakimś czasie skłoniło go do tego, by opuścić kraj. Swą pozycję młodego gniewnego w świecie grozy umocnił powieściami Potępieńcza gra i Powrót z piekła. Został mianowany mistrzem splatterpunku – najbardziej ekstremalnej odmiany horroru, znoszącej wszelkie tabu i pławiącej się w sadyzmie – ale szybko wymknął się z tej szufladki. 

STANISŁAW BAREJA. Filmografia

Tymczasem stał się scenarzystą filmu Król trupiogłowy na podstawie własnego opowiadania z trzeciego tomu Ksiąg krwi. Efektem jest rozczulający zakalec. Tani, gumowy potwór, przaśne aktorstwo i unosząca się nad całością aura katastrofy sprawiły, że Barker wolałby zapomnieć o tym tytule. Nie dziwię się ambitnemu twórcy, ale dodam także, że obraz ten – traktowany jako rozrywka inaczej – sprawdza się całkiem nieźle. Kolejne filmowe uderzenie przygotował sam – oto powołany do życia zostaje kinowy Powrót z piekieł, znany całemu światu jako Wysłannik piekieł.

Advertisement

 Budżet nieprzekraczający miliona dolarów pozwolił mu stworzyć sugestywną wizję świata nawiedzanego przez piekielnych wysłańców. Barker nie tylko wykreował rzeczywistość rodem ze swych książek – brudną, odpychającą i pełną ciemnych mocy, które jednocześnie fascynują i przerażają – ale jeszcze zachwycił efektami specjalnymi o wielkiej sile rażenia. Na ekranie mieliśmy okazję oglądać ludzi rozrywanych na kawałki, postaci świecące krwawo brakiem skóry czy długą i dosadną scenę, w której obserwujemy przyspieszony rozwój kawałka tkanki w dorosłą istotę ludzką – z pominięciem przebywania w łonie matki.

Film stał się hitem, wszedł do kanonu kina i zaowocował serią kontynuacji ciągnących się do dziś. Jej motorem jest oczywiście Pinhead, czyli piekielna istota z bladą twarzą, zdobną w symetrycznie rozstawione gwoździe (w tej roli dobry przyjaciel Barkera, Doug Bradley).

Advertisement

Z perspektywy czasu widać, że Wysłannik piekieł ma wiele wad. Aktorstwo jest tu miejscami słabe, pewne sceny wyglądają na niedopracowane lub rażą kiczem, co mocno nadwyręża gęsty przecież klimat. A jednak jest to masywny ćwiek zabity widzowi przyzwyczajonemu do osłodzonych i gładkich horrorów. Barker doglądał produkcji dwóch kolejnych odsłon serii, ale nie był ich reżyserem. Potem Pinhead i reszta mrocznej brygady musiały już radzić sobie bez jego nadzoru, co zamieniło cykl w męczącą mydlaną operę z demonami w tle. Złote dziecko makabry powróciło do pisarstwa, tworząc dużo i zazwyczaj z sukcesem.

Jego nowe powieści miały już mniej wspólnego z horrorem, ciążąc w stronę dark fantasy. Kobierzec, Nocne plemię czy Wielkie, sekretne widowisko są jasnymi dowodami na to, że Barker poczuł się zobligowany zerwać z łatką autora od strachów, a zapragnął wejść w skórę J. R. R. Tolkiena czy George’a Lucasa – stworzyć własną mitologię pełną barwnych postaci i niezwykłych światów.

Advertisement

W 1990 roku powrócił na plan filmowy, by zekranizować własną powieść – Nocne plemięTym razem zdjęcia kręcono w Stanach. Budżet był znacznie większy niż w przypadku debiutu. Jedną z ról – psychopatycznego psychiatry – przyjął idol Barkera, David Cronenberg, a ścieżką dźwiękową zajął się Danny Elfman, będący świeżo po sukcesie swojej ilustracji do Batmana. Nocne plemię opowiadało o młodym mężczyźnie męczonym okrutnymi, niezrozumiałymi wizjami, który trafia do miasta pełnego dziwacznie wyglądających wyrzutków.

Znajduje wśród nich zrozumienie, ale ściąga do ich kryjówki swego oszalałego psychiatrę wraz z grupą uzbrojonych ludzi. Rzecz posiada liczne elementy horroru, ale jest zdecydowanie bliżej bieguna fantasy. W tej produkcji Barker postanowił opowiedzieć o wszelkiej odmienności i trudach, jakie stwarza jej rzeczywistość. Wymarzył sobie epickie kino, które stanie się częścią cyklu. Wizję tę miały wspierać liczne efekty specjalne. I tak oto przez ekran przewija się cały korowód stworów wyglądających jak ożywione kawałki plasteliny ulepionej w trakcie dzikiego transu.

Advertisement

 Ich charakteryzacja robi wielkie wrażenie, ale Nocne plemię zbyt przypomina naiwny komiks, by można było dać mu się porwać. Oto film reżysera-malarza, który ma rękę do poszczególnych scen czy wyglądu postaci, ale nie panuje nad całością. Tytuł z pewnością nie zyskał też na tym, że producenci wycięli sporą jego część. To, co pozostało, nie wywołuje silnych emocji i sytuuje się gdzieś w rejonach wystawnej klęski. Aczkolwiek film ma swoją grupę admiratorów, nadal czekającą na wydanie całości na nośniku DVD.

Mimo rozgoryczenia po premierze Nocnego plemienia w 1991 roku Barker przeniósł się do Los Angeles. Tam ze zdwojoną siłą zaczął pracować nad swoim malarstwem, ale też udzielił mnóstwa wywiadów i zaliczył wiele spotkań z fanami. Napisał również Imajicę – prawie tysiąc stron o światach równoległych, bogach i demonach, pełną kwieciście opisanych zbliżeń między stworzeniami z innych wymiarów. Taki Stephen King jest dość zachowawczy w kwestiach seksu. Jak sugeruje jego przyjaciel Peter Straub, autor Carrie raczej ich unika. Clive Barker wręcz przeciwnie.

Advertisement

Kocha nie tylko sceny seksu, ale też mięsiste perwersje. Interesuje go ciało – jako twór pożądliwy, potencjalna fontanna płynów i rodzaj rzeźby, która może się efektownie rozpadać. Chce także, żebyśmy poczuli – niemalże fizycznie – dotyk Innego. Zarówno wtedy, kiedy wysysa nam mózg, jak i zsuwa majtki. Jest Barker prawdziwym poetą body horroru i wielkim miłośnikiem soczystej ohydy.

W 1992 roku premierę miał Candyman – klasyczny już dziś obraz na kanwie barkerowskich wątków. Film Bernarda Rose okazał się dużym sukcesem. Po pierwsze, był tytułem o ciekawym klimacie, budowanym przez świetne zdjęcie i niecodzienną muzykę Philipa Glassa. Po drugie, wykreował kolejne po Pinheadzie upiorne wcielenie śmierci. Candyman zabójca, którego imienia lepiej nie wypowiadać przed lustrem – rozdarł swym hakiem dziurę w świadomości fana horroru i zamieszkał w niej na zawsze. I nic to, że kolejne dwie części próbowały raczej podmyć niż umocnić jego pozycję.

Advertisement

Postać Candymana ma już w historii kina swoje stałe miejsce. W tym samym roku Barker mignął w jednej scenie w nieudanych Lunatykach Micka Garrisa. Widzimy go na ekranie ledwie parę sekund, ale za to w towarzystwie Stephena Kinga i Tobe’a Hopera.

W 1995 roku Barker nakręcił kolejny film bazujący na swej twórczości literackiej. Kinowy Władca iluzji, wyrosły z opowiadania Ostatnia sztuczka, to następny problematyczny obraz twórcy Wysłannika piekieł. Podobnie jak wszystkie inne, za które brał się Barker, trudno go jednoznacznie ocenić. To, co udane i klimatyczne, miesza się tu z tym, co zbędne, przeciętne i nietrafione. Zmęczony życiem detektyw (trochę zbyt telewizyjny Scott Bakula), iluzjonista zagrożony przez tajemniczy kult i piękna femme fatale (dobrze obsadzona Famke Janssen).

Advertisement

Mógł być z tego niezły miks horroru i współczesnego noir, ale filmowi brakuje energii. Jak to u Barkera – postaci są zbyt komiksowe; nie umiemy się przejąć ich losem. Klimat jest, i to całkiem niezły, ale nie da się ukryć, że po seansie widz czuje, że apetyt rozbudzono nadmiernie, za to fajerwerków nie było – ani fabularnych, ani wizualnych. Ale Barker film ceni, widząc w nim w miarę wierne odbicie swojej prozy. 1997 rok to kolejne spotkanie z Mickiem Garrisem i Kingiem. Na planie Autostrady strachu wszyscy trzej próbowali zmontować „jajcarskie kino”.

Wyszło tak sobie. Film będący telewizyjną produkcją składa się z dwóch części. Jedna jest adaptacją opowiadania Kinga, druga mierzy się z tekstem Barkera (historia chirurga plastycznego, którego dłonie mają już dość słuchania poleceń). Ten ostatni napisał scenariusz filmu wraz z reżyserem i pojawił się w epizodzie – on i John Landis grają lekarzy. Zarówno część Kinga, jak i Barkera są co najwyżej strawne. Film ani nie bawi, ani nie przeraża. 

Advertisement

W 1998 roku twórca Wysłannika piekieł wyprodukował oparty na faktach film Bogowie i potwory. Obraz opowiadał o przyjaźni Jamesa Whale’a, reżysera Frankensteina i Narzeczonej Frankensteina, tutaj mocno już wiekowego, z młodym ogrodnikiem. Starszy mężczyzna próbuje uwieść chłopaka; wspomina też swoje życie. Jest to pozycja spokojna i stonowana; za kamerą stanął Bill Condon, który miał na koncie choćby Candymana 2.

Barker nie próżnował też jako pisarz. Dokonał eksploracji nowych terenów. Jego Sakrament łączył wątki mistyczne, ekologiczne i homoseksualne, dając w efekcie niezwykły twór, w którym ledwo mogliśmy rozpoznać dawnego twórcę Ksiąg krwi. Stworzył także 700-stronicową rodzinną sagę Galilee, w której elementy fantastyczne stanowią tylko tło dla zawirowań ludzkiej namiętności. Napisał Abarat – książkę dla dzieci, do której prawa wykupił Disney. Ta barwna fantasy jest idealnym materiałem na oryginalne, pobudzające wyobraźnię kino. Pytanie tylko, czy koncern zrobi z niej właściwy użytek. A także: czy w ogóle kiedykolwiek ruszy z tą produkcją?

Advertisement

W 2001 roku Anglik napisał scenariusz do gry Clive Barker Undying – bardzo klimatycznej pozycji łączącej horror z fantasy, pełnej poczwar i okultyzmu. Był to jak najbardziej udany początek przygody twórcy z rozrywką komputerową, kontynuowaną później przy produkcji Clive Barker’s JerichoPrzyszła też pora na rozliczenie z Hollywood. W powieści Wąwóz kamiennego serca Barker stworzył obrazoburczy obraz fabryki snów. Co to oznacza w praktyce? Autor próbował nas przekonać, że reżyserzy, producenci czy gwiazdy filmowe to nierzadko ludzie egoistyczni i próżni.

W tym celu wykreował skomplikowaną intrygę, w ramach której mogliśmy obserwować brud i perwersje czające się w okolicach legendarnego Mulholland DriveCóż, nie była to wizja ani szczególnie oryginalna, ani mądra. Zatrzęsienie golizny, przemocy i oczywistości działało raczej nasennie niż stymulująco. To samo można powiedzieć o tym, co powstało z kolejnego scenariusza pióra Barkera. Święty grzesznik – film telewizyjny o mnichu, który zostaje przeniesiony z 1815 roku w czasy nam współczesne, by walczyć z demonami – to konglomerat pomysłów typowych dla naszego bohatera, ale wyssanych z wszelkiego klimatu. Źli aktorzy, wypowiadający durne kwestie, tanie zdjęcia, tanie CGI – to wszystko czeka na śmiałków, którzy gotowi są zgnieść półtorej godziny swego życia tym ordynarnym klocem.

Advertisement

Nie da się ukryć, że w nowym tysiącleciu Clive Barker przestał nas szokować, zaskakiwać i podniecać. Czyżby zmęczenie materiału? Zbyt wiele srok ciągniętych za ogon? Osobiście najbardziej brakuje mi Barkera z okresu Ksiąg krwi, Potępieńczej gry czy filmowego Wysłannika piekieł. Anglik był wtedy drapieżny, bezkompromisowy i pełen pasji. Nie tworzył światów tak dużych i udziwnionych, że czytelnik zwyczajnie nie potrafił zawiesić niewiary. Nie potrzebował setek bohaterów w książce, by tchnąć w nią życie.

 Zdawał się wierzyć, że wystarczy jeden dobry pomysł opakowany w worek malarskiej makabry, by stał się cud prawdziwego horroru. Nawet jeśli nie reżyserował idealnych filmów, to pozostawał nadzieją na lepsze jutro. Na godnego filmowego następcę Wysłannika piekieł. Ba, być może nawet na coś znacznie większego. Barker był kiedyś wyjątkową postacią w świecie show businessu. Dzięki europejskiej wrażliwości, wszechstronnemu wykształceniu, wielkiej erudycji i – przede wszystkim – nieokiełznanej wyobraźni zamieniał horror w sztukę, a sztukę w horror. Czyżby kalifornijskie słońce odebrało mu ten dar?

Advertisement

Jakiś czas temu internet obiegła informacja, że twórca zapadł w śpiączkę po tym, jak podczas wizyty u dentysty bakterie dostały się do jego organizmu. Wybudził się z niej po paru dniach koszmarów, lżejszy o dwadzieścia kilogramów. Co jak co, ale jeśli takie wydarzenie nie da drugiego życia jego wyobraźni, to nie wiem, co będzie w stanie tego dokonać. Clive Barker, uwielbiany przez muzyków takich jak Ozzy Osbourne, Trent Reznor z Nine Inch Nails czy zespół Korn, ma niebywały dar do opisywania koszmarów. Ma także tendencję, by je rozwadniać gadulstwem i taśmową produkcją dziwactw. Czekamy na powrót faceta, który potrafi opowiadać interesujące historie.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *