Connect with us

Recenzje

NINE – DZIEWIĘĆ. Imponujący spektakl

W NINE – DZIEWIĘĆ, Daniel Day-Lewis jako reżyser walczy z twórczą niemocą i kryzysami osobistymi, tworząc spektakularny musical pełen emocji.

Published

on

NINE - DZIEWIĘĆ. Imponujący spektakl

Chicago do gustu mi nie przypadło. Jako że seans był dawno, niestety nie do końca pamiętam dlaczego. W każdym razie coś mi tam zgrzytało, trzeszczało i nie pozwoliło cieszyć się musicalem jak należy – a to, w moim przypadku, rzecz raczej niespotykana, ponieważ jeśli chodzi o tę formę widowiska, obiektywna absolutnie nie jestem. Niemal każdy film, w którym są kwestie śpiewane oraz namiastka choreografii z miejsca zaskarbia sobie moje przychylne uczucia. Nine udało się osiągnąć znacznie, znacznie więcej.

Advertisement

Guido Continiego (Daniel Day-Lewis) – słynnego, uznanego włoskiego reżysera – poznajemy, kiedy zaczyna pracę nad swoim najnowszym filmem o mocnym, wzniosłym i dość patetycznym tytule „Italia”. Zarówno publiczność, jak i przede wszystkim sam twórca z obrazem wiążą wielkie nadzieje – ma być wielkim powrotem maestro Continiego do formy po kilku wcześniejszych „wpadkach”. Niestety, prace idą jak po grudzie. Reżysera dopada niemoc twórcza. Do tego dochodzą jeszcze problemy osobiste: kryzys związku, kryzys drugiego związku, kryzys wieku średniego, tożsamości nawet. Od tego momentu opowieść Marshalla koncentruje się na desperackich próbach odzyskania przez Guida kontroli nad swoim rozpadającym się kawałek po kawałku życiem.

Jeśli obiektywnie chciałoby się opisać głównego bohatera, trzeba by było to zrobić w sposób mocno pejoratywny: zaabsorbowany sobą do granic egoizmu playboy, zupełnie zasłużył – ba! – wręcz zapracował na to, co go spotkało. Niestety, w przypadku Guida jakiekolwiek zdroworozsądkowe próby znielubienia go radośnie spełzają na niczym. Po prostu niemożliwe jest obdarzenie go innym uczuciem niż czysta, głęboka sympatia. Powodem tego jest zapewne nieustanne wrażenie, że zamiast z dojrzałym mężczyzną, ma się do czynienia z nieco zagubionym, nieco psotnym i rozkapryszonym, ale niezwykle uroczym i w gruncie rzeczy dobrym chłopcem, który może i potrzebuje reprymendy, ale mimo wszystko – a może właśnie dlatego – trzeba otoczyć go opieką oraz nieskończonymi pokładami miłości. Nic więc dziwnego, że obecne w jego życiu kobiety stoją za nim murem nawet wtedy, kiedy zdrowy rozsądek podpowiada, by uciekały, głośno wrzeszcząc.

Advertisement

Cotillard olśniewająca na każdym kroku, delikatna, a jednocześnie charyzmatyczna. Cruz – zmysłowa, kipiąca seksapilem, Kidman – ucieleśnienie muzy, Dench – profesjonalizm w każdym calu, Loren – potęga ekranu.

I tak mamy Luisę Contini (Marion Cotillard) – zdradzaną żonę, która rezygnuje z własnej kariery aktorskiej, by wspierać ukochanego męża. Cały czas widzi w nim filmowego geniusza, który potrzebuje jedynie czasu i motywacji, by wrócić do wielkiej formy. Uosobienie poświęcenia doskonałego. Carla (Penélope Cruz) – kochanka; zawsze na drugim miejscu, zawsze w cieniu i zawsze na skinienie palca ukochanego mężczyzny.

Lilli (Judi Dench) – zapewne z racji dużej różnicy wieku – „tylko” przyjaciółka. Ale za to do głębi prawdziwa. W każdej chwili gotowa przyjść z pomocą, dobrą radą, kawą i papierosem. No i oczywiście Mamma (Sophia Loren) – przykład miłości bezwarunkowej, która – znając doskonale swojego syna – nawet w zaświatach nie może zaznać spokoju i pojawia się przy jego boku, by pocieszyć, ukoić. No w sumie to tylko ten ostatni przykład jest zupełnie zrozumiały, bo która matka nie pochyliłaby się nad swoim nieszczęśliwym dzieckiem.

Advertisement

Kolejną przyczyną tak potężnego przyciągania płci pięknej jest fakt, że Contini po prostu kobiety uwielbia. Są dla niego boginiami, muzami, źródłem natchnienia i wszelkich namiętności; nawet te obecne w jego życiu jedynie przez mgnienie oka, jak Stephanie (Kate Hudson), rezolutna dziennikarka, wielka fanka filmów Continiego, mile łechcząca jego artystyczne ego… i nie tylko, czy Saraghina (Stacy Ferguson), kobieta upadła, chłopięce wspomnienie, pierwsze zetknięcie z czymś grzesznym i pięknym jednocześnie – ucieleśnienie zakazanego owocu.

Od zaszufladkowania w jednym ze schematów broni się jedynie piękna Claudia (Nicole Kidman) – wieczna muza, nie wysychające źródło natchnienia Guida-reżysera. Ich związek nigdy nie przekroczył granicy zawodowej, pozostał czysto platoniczny i niespełniony. Doskonale jednak czuć obecną między obojgiem chemię, nawet pomimo tego, że Claudia przez większą część filmu pozostaje tylko postacią na zdjęciu czy plakacie.

Advertisement

Wspaniała rozrywka łącząca w sobie doskonałe proporcje subtelnego humoru i dramatyzmu, świetną muzykę i fantastyczne aktorstwo. A wszystko to osadzone w cudnie oddanej atmosferze Włoch lat 60.

Każdy ze związków Guida żyje własnym życiem. Każdy ma swoją historię. Wszystkie opowiedziane są świetnie wpasowanymi w fabułę utworami muzycznymi, brawurowo wykonanymi przez aktorki. O ile z Chicago oprócz świetnego „Cell Block Tango” nic w pamięci mi nie pozostało, tak w przypadku Nine ciężko będzie się uwolnić od co najmniej kilku utworów.

Żywiołowe „Cinema Italiano” – fantastycznie zaśpiewane przez Kate Hudson z jeszcze bardziej fantastyczną czarno-białą, stylizowaną na pokaz mody oprawą fabularną. Zmysłowe, podobnie jak wykonawczyni – Fergie – „Be Italian”, rozerotyzowany do granic możliwości „A Call From The Vatican” wyśpiewany i przede wszystkim pokazany przez zapierającą dech w piersiach Penelope. No i oczywiście „Take It All” – poruszające, uderzające, brawurowo wykonane przez Marion Cotillard – za to wykonanie należą się naprawdę owacje na stojąco! Do tego trzeba jeszcze wspomnieć „Folies Bergere” zaśpiewane przez Judi Dench, ożywiającą specyficzną atmosferę paryskiej sali koncertowej.

Advertisement

Chcąc być obiektywnym, przyznać jednak trzeba, że zdarzają się również dużo słabsze kawałki, jak np. My Husband Makes Movies”, ale całe szczęście giną niemal niezauważone wśród znakomitej większości.

Kolejny komplement należy się oczywiście aktorom. Cała obsada spisała się po prostu śpiewająco. Choćby nie wiem jak się chciało, nie można wskazać słabszej kreacji aktorskiej. Cotillard olśniewająca na każdym kroku, delikatna, a jednocześnie charyzmatyczna. Cruz – zmysłowa, kipiąca seksapilem, Kidman – ucieleśnienie muzy, Dench – profesjonalizm w każdym calu, Loren – potęga ekranu. Ciężkie miał przed sobą zadanie Day-Lewis – nie zginąć w otoczeniu tak wspaniałych partnerek. Wywiązał się z niego znakomicie. Jego Guido – nieco zgarbiony, jakby chciał się schować, przemknąć chyłkiem obok całego świata – charakteryzuje się potężną charyzmą, zawadiackim urokiem połączonym z chłopięcym wdziękiem i kapką arogancji właściwej playboyowi. Marshall zaserwował widzowi doskonały koktajl aktorski.

Advertisement

Podsumowując: wspaniała rozrywka łącząca w sobie doskonałe proporcje subtelnego humoru i dramatyzmu, świetną muzykę i fantastyczne aktorstwo. A wszystko to osadzone w cudnie oddanej atmosferze Włoch lat 60. Dziewięć razy brawo dla tego obrazu!

Tekst z archiwum film.org.pl (14.01.2010).

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *