search
REKLAMA
Ranking

FILMY WIELOKROTNEGO UŻYTKU. Tytuły, do których można wracać!

Szymon Skowroński

18 stycznia 2018

REKLAMA

Ile razy, zamiast obejrzeć coś nowego, sięgaliście po doskonale już znane tytuły? Każdy kinoman ma grupę filmów, które zna na pamięć, a i tak do nich wraca. Niektórych dzieł nie da się obejrzeć więcej niż raz, a inne – wręcz przeciwnie, bawią za każdym razem tak samo, a nawet bardziej. Przedstawiamy filmy, którym z pewnością warto dać dwie szanse – albo i więcej.

Mulholland Drive

To dość oczywiste, że w niniejszym zestawieniu pojawia się dzieło Davida Lyncha. Teoretycznie można tu umieścić całą jego filmografię i nie byłoby żadnego przekłamania w tytule. Jednak Mulholland to dzieło wyjątkowe nawet jak na twórczość jednego z najbardziej enigmatycznych reżyserów. Opowiedziana historia wydaje nie trzymać się żadnych reguł, ale budzi żywą fascynację i niepokój. Zamiast próbować ułożyć przedstawione wydarzenia w jedną, spójną całość i łączyć wszystkie „kropki” aż do uzyskania całego obrazka, lepiej skupić się na jej fragmentach, które łączą się z innymi w nieoczekiwany i nieoczywisty sposób. Ten film można układać w różne ciągi, ale zawsze pozostanie kilka elementów, które nie pasują do całości. Dlatego, znając już scenariusz wydarzeń, warto obejrzeć film i obserwować pojedyncze motywy i detale, by prześledzić ich występowanie w fabule, a także skoncentrować się nie na relacjach scen występujących obok siebie, ale tych z obu końców historii. Okazuje się, że film Lyncha zyskuje, jeśli jest traktowany jako kilka mniejszych opowieści, z których każda budzi różne emocje i prowadzi do różnych wniosków. A całość jest tak fantastycznie ograna i zagrana, że aż żal nie podarować sobie przyjemności drugiego seansu.

Oldboy (2003)

Prosto z Korei Południowej – kino akcji, które wznosi ten gatunek na wyżyny artyzmu. Już sama historia może wydawać się na tyle skomplikowana i zakręcona, że warto poświęcić dodatkowe dwie godziny na prześledzenie jej scena po scenie. Ale Oldboy posiada o wiele więcej czynników, które sprzyjają wielokrotnym seansom. Jednym z nich jest absolutnie konsekwentna strategia wizualna filmu. Obraz w dziele Chan-wook Parka to coś więcej, niż ilustracja wydarzeń. Za pomocą odpowiedniego rozkładu elementów kadru, reżyser łączy ze sobą poszczególne fragmenty opowieści, odwraca role, tworzy tropy, łamie reguły. To, w jaki sposób dana postać jest ukazana w konkretnej scenie, ma znaczenie dla opowieści i może wywoływać skojarzenia z innymi postaciami i scenami. Również scenografia i rekwizyty grają fundamentalną rolę w narracji Oldboya.  Warstwa wizualna tego filmu jest nie tylko piękna, ale pomaga dopowiedzieć (a czasem wręcz – opowiedzieć) historię. Dlatego też drugi i kolejny seans daje możliwość odkrycia tej historii na nowo, w zupełnie inny sposób.

Czy leci z nami pilot?                  

Komedia, która pomogła w ukształtowaniu podgatunku: filmowej parodii.  Czy leci z nami pilot? to film, który aż prosi się, by do niego wracać. Luźna konstrukcja fabuły pozwoliła na zrealizowanie serii skeczy, z których jeden jest zabawniejszy od poprzedniego. Może się zdarzyć, że salwy śmiechu za pierwszym razem po prostu przeszkodzą wam w wyłapaniu kolejnych żartów. Jeśli nie chcecie tego zrobić dla siebie – zróbcie to dla George’a Zipa.

Full Metal Jacket

Na dobrą sprawę każdy z filmów wyreżyserowanych przez Stanleya Kubricka jest materiałem wielokrotnego użytku. Studenci szkół filmowych i celuloidowi fetyszyści oglądają je wszystkie bez końca, drobiazgowo analizując technikę i warsztat reżysera. Zwracam jednak uwagę na Full Metal Jacket – jego przedostatni film, który wydaje się być nieco skromniejszy niż chociażby skrojona na epopeję 2001: Odyseja kosmiczna lub wystawny Barry Lyndon. Opowieść o grupie młodych żołnierzy piechoty morskiej, którzy najpierw przechodzą morderczy trening, a potem trafiają w piekło wietnamskiej wojny, urzeka liczbą smaczków, detali i ukrytych znaczeń. Obejmuje je każdy aspekt narracji – od scenariusza, przez zdjęcia, po montaż. Najoczywistszy powód do powtórki filmu to kwestie R. Lee Ermeya, byłego wojskowego, który wcielił się w sierżanta Hartmanna. Przez czterdzieści pięć minut filmu prowadzi on niemal gargantuiczny monolog, który składa się z inwektyw pod adresem kadetów. To już spory kawał historii kina. Ale drugi raz z filmem Kubricka może polegać na przyglądaniu się, w jaki sposób reżyser pokazuje to, co wcześniej pojawiło się tylko jako myśl lub słowo. „Zmarli wiedzą jedno. Lepiej być żywym” – stwierdza jeden z bohaterów filmu, kiedy widzi równo ułożone ciała, posypane dużą ilością białego wapna. Jednak takie ciała, ułożone w taki sam sposób, pojawiły się w filmie już wcześniej. „Jezus jest dumny z żołnierzy piechoty morskiej”, co widać dosłownie w jednym, krótkim fragmencie filmu. Wreszcie – wiecznie schowana ręka sierżanta pojawia się nad żołnierzami w momencie, kiedy najbardziej by jej potrzebowali. To dopiero początek wyliczanki. Prawie każda kwestia wypowiedziana w filmie ma swoje wizualne odniesienie w późniejszych scenach. Idźcie i oglądajcie go wszyscy.

Avatar

Szymon Skowroński

REKLAMA