Connect with us

Publicystyka filmowa

FILMY WIELOKROTNEGO UŻYTKU. Tytuły, do których można wracać!

FILMY WIELOKROTNEGO UŻYTKU to zbiór tytułów, które nigdy się nie nudzą. Każdy z nich skrywa magię, do której warto wracać nieustannie.

Published

on

FILMY WIELOKROTNEGO UŻYTKU. Tytuły, do których można wracać!

Ile razy, zamiast obejrzeć coś nowego, sięgaliście po doskonale już znane tytuły? Każdy kinoman ma grupę filmów, które zna na pamięć, a i tak do nich wraca. Niektórych dzieł nie da się obejrzeć więcej niż raz, a inne – wręcz przeciwnie, bawią za każdym razem tak samo, a nawet bardziej. Przedstawiamy filmy, którym z pewnością warto dać dwie szanse – albo i więcej.

Advertisement

Mulholland Drive

W ŚRODKU MROCZNEJ ZIMY

To dość oczywiste, że w niniejszym zestawieniu pojawia się dzieło Davida Lyncha. Teoretycznie można tu umieścić całą jego filmografię i nie byłoby żadnego przekłamania w tytule. Jednak Mulholland to dzieło wyjątkowe nawet jak na twórczość jednego z najbardziej enigmatycznych reżyserów. Opowiedziana historia wydaje nie trzymać się żadnych reguł, ale budzi żywą fascynację i niepokój. Zamiast próbować ułożyć przedstawione wydarzenia w jedną, spójną całość i łączyć wszystkie „kropki” aż do uzyskania całego obrazka, lepiej skupić się na jej fragmentach, które łączą się z innymi w nieoczekiwany i nieoczywisty sposób.

Ten film można układać w różne ciągi, ale zawsze pozostanie kilka elementów, które nie pasują do całości. Dlatego, znając już scenariusz wydarzeń, warto obejrzeć film i obserwować pojedyncze motywy i detale, by prześledzić ich występowanie w fabule, a także skoncentrować się nie na relacjach scen występujących obok siebie, ale tych z obu końców historii. Okazuje się, że film Lyncha zyskuje, jeśli jest traktowany jako kilka mniejszych opowieści, z których każda budzi różne emocje i prowadzi do różnych wniosków. A całość jest tak fantastycznie ograna i zagrana, że aż żal nie podarować sobie przyjemności drugiego seansu.

Advertisement

Oldboy (2003)

Prosto z Korei Południowej – kino akcji, które wznosi ten gatunek na wyżyny artyzmu. Już sama historia może wydawać się na tyle skomplikowana i zakręcona, że warto poświęcić dodatkowe dwie godziny na prześledzenie jej scena po scenie. Ale Oldboy posiada o wiele więcej czynników, które sprzyjają wielokrotnym seansom. Jednym z nich jest absolutnie konsekwentna strategia wizualna filmu. Obraz w dziele Chan-wook Parka to coś więcej, niż ilustracja wydarzeń. Za pomocą odpowiedniego rozkładu elementów kadru, reżyser łączy ze sobą poszczególne fragmenty opowieści, odwraca role, tworzy tropy, łamie reguły.

To, w jaki sposób dana postać jest ukazana w konkretnej scenie, ma znaczenie dla opowieści i może wywoływać skojarzenia z innymi postaciami i scenami. Również scenografia i rekwizyty grają fundamentalną rolę w narracji Oldboya. Warstwa wizualna tego filmu jest nie tylko piękna, ale pomaga dopowiedzieć (a czasem wręcz – opowiedzieć) historię. Dlatego też drugi i kolejny seans daje możliwość odkrycia tej historii na nowo, w zupełnie inny sposób.

Advertisement

Czy leci z nami pilot?

Komedia, która pomogła w ukształtowaniu podgatunku: filmowej parodii. Czy leci z nami pilot? to film, który aż prosi się, by do niego wracać. Luźna konstrukcja fabuły pozwoliła na zrealizowanie serii skeczy, z których jeden jest zabawniejszy od poprzedniego. Może się zdarzyć, że salwy śmiechu za pierwszym razem po prostu przeszkodzą wam w wyłapaniu kolejnych żartów. Jeśli nie chcecie tego zrobić dla siebie – zróbcie to dla George’a Zipa.

Full Metal Jacket

Na dobrą sprawę każdy z filmów wyreżyserowanych przez Stanleya Kubricka jest materiałem wielokrotnego użytku. Studenci szkół filmowych i celuloidowi fetyszyści oglądają je wszystkie bez końca, drobiazgowo analizując technikę i warsztat reżysera. Zwracam jednak uwagę na Full Metal Jacket – jego przedostatni film, który wydaje się być nieco skromniejszy niż chociażby skrojona na epopeję 2001: Odyseja kosmiczna lub wystawny Barry Lyndon.

Advertisement

Opowieść o grupie młodych żołnierzy piechoty morskiej, którzy najpierw przechodzą morderczy trening, a potem trafiają w piekło wietnamskiej wojny, urzeka liczbą smaczków, detali i ukrytych znaczeń. Obejmuje je każdy aspekt narracji – od scenariusza, przez zdjęcia, po montaż. Najoczywistszy powód do powtórki filmu to kwestie R. Lee Ermeya, byłego wojskowego, który wcielił się w sierżanta Hartmanna. Przez czterdzieści pięć minut filmu prowadzi on niemal gargantuiczny monolog, który składa się z inwektyw pod adresem kadetów. To już spory kawał historii kina. Ale drugi raz z filmem Kubricka może polegać na przyglądaniu się, w jaki sposób reżyser pokazuje to, co wcześniej pojawiło się tylko jako myśl lub słowo.

„Zmarli wiedzą jedno. Lepiej być żywym” – stwierdza jeden z bohaterów filmu, kiedy widzi równo ułożone ciała, posypane dużą ilością białego wapna. Jednak takie ciała, ułożone w taki sam sposób, pojawiły się w filmie już wcześniej. „Jezus jest dumny z żołnierzy piechoty morskiej”, co widać dosłownie w jednym, krótkim fragmencie filmu. Wreszcie – wiecznie schowana ręka sierżanta pojawia się nad żołnierzami w momencie, kiedy najbardziej by jej potrzebowali. To dopiero początek wyliczanki. Prawie każda kwestia wypowiedziana w filmie ma swoje wizualne odniesienie w późniejszych scenach. Idźcie i oglądajcie go wszyscy.

Advertisement

12 małp

Terry Gilliam jest jednym z najciekawszych autorów współczesnego kina, a dramat science fiction 12 małp tylko potwierdza ten status. Historia wykorzystuje dość popularny i w sumie dość ograny motyw podróży w czasie, jednak nigdy nie popada w banał, oczywistość ani żonglerkę kliszami. Scenarzysta David Webb Peoples, wraz ze współautorka, żoną Janet, oparli tekst na kanwie eksperymentalnego obrazu Chrisa Markera pt. Filar. W filmie śledzimy losy Jamesa Cole’a – więźnia w futurystycznym, zrujnowanym świecie, który zostaje wysłany w przeszłość, aby zapobiec zagładzie świata. Jak można się domyślić, nie wszystko idzie zgodnie z planem, a Cole wpada w dziwną, czasoprzestrzenną pętle, która wydaje się przeczyć sama sobie.

Interpretacja wielu wydarzeń w filmie należeć musi do widza, a ostateczna ocena tego, co jest prawdą, a co kłamstwem, wydaje się być niemożliwa. Film wręcz przytłacza liczbą informacji, ciągłymi zwrotami akcji, powielaniem tych samych wątków w zupełnie innym kontekście, by ostatecznie i tak odwrócić wszystko do góry nogami, pozostawiając widza zdezorientowanym – i chętnym na powtórkę seansu.

Advertisement

Fargo

Teoretycznie, wszystko jest jasne i proste (śmiertelnie proste – chciałoby się rzec). Sfingowane porwanie, walizka pełna pieniędzy, dwóch przestępców i policjantka na tropie zbrodni. Jednak bracia Ethan i Joel Coenowie to mistrzowie filmowej wieloznaczności. Każdy ich scenariusz jest wielowarstwowy, a kolejne seanse nie tyle są potrzebne do zrozumienia fabuły, co do odkrycia niuansów związanych z zachowaniem bohaterów i ich decyzjami. W pierwszym akcie Fargo dochodzi do kilku nieplanowanych morderstw. Kiedy na miejsce przybywa para policjantów, funkcjonariuszka Marge Gunderson niemal natychmiastowo stwierdza, co się stało, zupełnie jakby była świadkiem tych potwornych wydarzeń.

Okazuje się, że zbrodnia jest całkiem banalnym wydarzeniem, co Coenowie zdają się powtarzać przy każdym śmiertelnym zejściu jednego z bohaterów filmu. Jednak motywacje bohaterów wydają się być nie do końca zrozumiałe, podobnie jak niektóre wydarzenia. Warto poświęcić drugi seans nie na śledzenie historii, lecz na obserwację szczegółów, które przynoszą całkiem solidną dawkę ironii i odsłaniają drugie dno opowieści. Na przykład warto zwrócić uwagę, w jaki sposób Jerry Lundegaard postrzega umowy, które zawiera z ludźmi – te z klientami i te z przestępcami. Albo zastanowić się, dlaczego musiał skrobać lód z samochodu zaparkowanego przed firmą teścia.

Advertisement

Przyjrzyjcie się także detalom, na które Coenowie robią zbliżenia. Czy to naprawdę jest film o śledztwie, czy może historia żony, która chce jak najszybciej wrócić do domu po pracy? Fargo wymaga kilku seansów, by w pełni ukazać bogactwo swojego świata i postaci go zamieszkujących.

Psy

Podobno kiedy Andrzej Wajda dowiedział się o sukcesie Psów w reżyserii Władysława Pasikowskiego, stwierdził, że młody reżyser wie o publiczności coś, czego Wajda nie wie – i nie chce wiedzieć. I jest to prawda. O ile to pierwszy uchodzi powszechnie za mistrza kina polskiego, to jednak ten drugi dał nam dzieła, które oglądać możemy bez końca i bez obawy, że się znudzą.

Advertisement

Jednym z nich jest bez wątpienia jego najgłośniejszy obraz. Tytułowe psy to byli pracownicy Służby Bezpieczeństwa, których zastajemy w trudnym czasie reform ustrojowych. Funkcjonariusze wzywani są na komisje weryfikacyjne, gdzie poddawani są ocenie komisji, w których zasiadają wcale od nich nie lepsi, ale wyżsi rangą dygnitarze państwowi. Pod płaszczykiem sensacyjnej intrygi, pełnej strzelanin, seksu i wulgarności, Pasikowski przemyca ogromny kawał polskiej historii i naprawdę celnie punktuje transformację. Dialogi kipią od historycznych odniesień, o bohaterach możemy dowiedzieć się wiele z anegdot, które opowiadają.

Kwestie Bogusława Lindy czy Marka Kondrata na stałe przeszły do języka potocznego Polaków, a każdy seans może przynieść jakiś mały detal, który ominęło się za ostatnim razem. Zdecydowanie film wielokrotnego użytku!

Advertisement

Trylogia Cornetto

Wysyp żywych trupów, Hot Fuzz – Ostre psy i To już jest koniec  składają się na nieformalną trylogię, nazwaną Cornetto – na cześć ulubionych lodów reżysera Edgara Wrighta (rożek Cornetto pojawia się w każdym z filmów). Wraz ze współscenarzystą i aktorem Simonem Peggiem stworzyli unikalne, oryginalne i szalenie zabawne filmy, które zyskują po każdym seansie. Wright i Pegg nie dość, że żonglują cytatami i odniesieniami do klasyki kina, to jeszcze często parodiują sami siebie i tworzą własne motywy i chwyty, które umieszczają konsekwentnie w każdym scenariuszu.

Jednak „wielorazowość” ich produkcji nie polega tylko na zabawie. Trzeba przyznać, że filmowcy w inteligentny sposób konstruują scenariusze – otóż wszystkie trzy filmy już dość wcześnie zapowiadają to, co się stanie w dalszej części historii. Żadna scena nie jest tu przypadkowa, a odkrywanie tego za drugim razem daje bardzo dużo satysfakcji.

Advertisement

Watchmen – Strażnicy

URWANY FILM - podsumowanie 2013

Jeden z najambitniejszych filmów o tematyce superbohaterskiej, powstały na kanwie komiksu uznawanego powszechnie za arcydzieło w swoim gatunku. Dzieło Zacka Snydera trwa niemal trzy godziny i posiada kilkadziesiąt wątków, sześć głównych postaci i dwie linie czasowe. Bez znajomości komiksowego oryginału, pierwszy seans może przynieść więcej pytań niż odpowiedzi.

Ale tak naprawdę działa to tylko na korzyść filmu. Choć nie jest to dzieło bez wad, to jednak Watchmen – Strażnicy stanowi idealny przykład wielopoziomowego, inteligentnego dzieła. Nawiązuje do wielu wydarzeń z historii Stanów Zjednoczonych, próbując obalić narodowe amerykańskie mity i przewartościować zjawisko superbohatera. Warto jednak przyjrzeć się samej czołówce filmu. Pięciominutowy klip przemyca w sobie wiele ciekawostek i wielokrotnie puszcza oko do widza zorientowanego w temacie. Obrazy z czołówki nawiązują do słynnych historycznych fotografii i wydarzeń, jeszcze bardziej umieszczając opowieść w odpowiednim kontekście.

Advertisement

Piosenka Boba Dylana jest użyta idealnie – nie dość, że jej słowa nawiązują do tego, co widzimy na ekranie, to jeszcze sam tytuł – The Times They Are A Changin’, stanowi właściwie przesłanie tej opowieści. Propozycja? Sięgnijcie do komiksu – to zamknięta opowieść (12 zeszytów), bez charakterystycznych dla gatunku tysięcy kontynuacji i spin-offow; a następnie obejrzyjcie film. Szukajcie różnic i podobieństw. Satysfakcja gwarantowana!

Ghost in the Shell (1995)

Nurt cyberpunku nie został pobłażliwie potraktowany przez historię, która negatywnie zweryfikowała wiele jego pomysłów i założeń, ale Ghost in the Shell, adaptacja mangi pod tym samym tytułem, stanowi przykład tego, że genialna historia istnieje poza wszelkimi klasyfikacjami.

Advertisement

Film, który próbuje odpowiedzieć na pytanie o granicę między człowiekiem a maszyną, podejmuje też wiele innych wątków, źródeł i inspiracji doszukując się w literaturze, sztuce, filozofii i religiach zarówno wschodniej, jak i zachodniej kultury. Charakterystyczne dla japońskiego kina mieszanie rozważań etycznych i moralnych ze wspaniałymi scenami akcji, które działają nie tylko jako zapychacz czasu, ale jako narzędzie narracji, widoczne jest także tutaj (a może: szczególnie tutaj).

Jeden seans to za mało, by zrozumieć motywacje i wątpliwości wszystkich postaci i za mało, by doszukać się wszystkich ukrytych przesłań i znaczeń. Gdzieś w połowie filmu następuje chwilowe zatrzymanie akcji i przez około trzy minuty oglądamy jedynie obrazy wielkiego, pulsującego, niemal żywego miasta. Scena ta jest na tyle długa i oderwana od historii, że zwraca na siebie uwagę natychmiastowo. Ale właśnie ona pozwala nam zrozumieć, że nie jedynie historia ma tu znaczenie, a świat, czyli futurystyczne miasto, jest bohaterem równorzędnym postaciom. Film Mamoru Oshiiego odkrywa kolejne znaczenia za każdym razem, a strona graficzna i muzyczna opowieści sprawiają, że kolejne seansy są niemal obowiązkiem.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *