search
REKLAMA
Szybka piątka

Filmy, które nam OBRZYDZONO

REDAKCJA

18 grudnia 2020

REKLAMA

Szybka piątka #161

Tym razem w naszym cyklu skupiamy się na tytułach, które zostały nam obrzydzone – albo przed premierą, albo na skutek licznych powtórek, albo z jeszcze innych powodów. Zapraszamy do zapoznania się z naszymi typami i przedstawiania swoich!

Tomasz Raczkowski

  1. Avengers – zanim obejrzałem ten film, przetoczył się przez moją świadomość przeolbrzymi hype z nim związany. A że niespecjalnie przypadły mi do gustu wcześniejsze części MCU (wiem, herezja), to Avengers oglądałem już z pokaźną negatywną nakładką, trochę na zasadzie przekory. Trochę wepchnięto mi ten film do gardła, a szkoda, bo to przyzwoity blockbuster.
  2. Król Lew (2019) – sama koncepcja aktorskich remake’ów Disneyowskich klasyków z lat 90. jest dla mnie dość wątpliwa i średnio mnie grzeje, ale w tym wypadku szum narosły wokół cyfrowej wersji Króla Lwa aktywnie zniechęcał do zapoznania się z filmem. Na myśl cisnęło mi się słowo „przerost” i to nie tylko szumu, ale i formy. Bo ileż można wałkować temat technologicznie współczesnego remake’u?
  3. Kształt wody – znów zadziałał mechanizm przekory i intuicyjnego oporu wokół niebywałego hype’u, jaki otoczył film del Toro. Doszedł też sceptycyzm wobec bardzo wyraźnego wbicia się Hollywood, wraz z całą przesadą retoryczną i marketingowym walcem w przestrzeń festiwalu w Wenecji (co od tamtej pory już trochę mi się opatrzyło, ale rok po weneckim triumfie slow cinema Lava Diaza raziło), generujący we mnie niemal organiczną niechęć do Kształtu wody. Zresztą przez seans zaleczoną w niewielkim stopniu.
  4. Kevin sam w domu – przedświąteczna herezja, ale nie przepadam za filmem Columbusa (ani zresztą jego sequelem, choć palmę wątpliwego pierwszeństwa dzierży wigilijny klasyk). Nieustanne powtórki, towarzyszący narodzinom „ery memów” pseudoironiczny hype na ten film i jego generyczna dramaturgia sprawiają, że nawet uwielbiany przeze mnie Joe Pesci nie skłania mnie do świątecznych seansów. Nie moja para butów.
  5. Ziemia obiecana – a na koniec „redemption story”. Był moment, że filmu Wajdy nie znosiłem ze względu na nieustanne peany na jego cześć i poczucie, że wymusza się na młodszych kinomanach koncepcję „Wajda wielkim reżyserem jest, a Ziemia obiecana jego arcydziełem też”. Jednak po jakimś czasie i drugim seansie adaptacji powieści Reymonta zachwyciłem się nią i dziś żałuję niektórych wygłoszonych na jej temat kąśliwych uwag. Wniosek – po pierwsze, nie obrzydzać.

Odys Korczyński

  1. Znachor – żyję z tym filmem od dziecka. Leciał w TV z tą samą regularnością, kiedy miałem dwa programy, i leci teraz, kiedy mam ich ponad sto. Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z lepszych polskich filmów, ale ileż można go oglądać przy wszelkich, świątecznych okazjach. Dość.
  2. Szklana pułapka – kolejny świetny tytuł akcji obrzydzony przez częstotliwość powtarzania w TV. Co ciekawe, okazuje się, że jest to film świąteczny, tyle że prócz świąt nadawany jest regularnie bez okazji.
  3. Requiem dla snu – w tym przypadku obrzydzenie nie nastąpiło z winy TV, gdyż Requiem dla snu właściwie nie pojawia się w TV. Obrzydzenie wywołali sami twórcy. Pierwszy seans zaliczyć trzeba było ze względu na ciekawość, poszerzenie wiedzy itp. Nie był przyjemny. Kolejne już wyłącznie ze względów czysto zawodowych. Masochistą nie jestem.
  4. Cast Away – do niedawna sądziłem, że jest to produkcja z tych, które nigdy się nie znudzą. Niestety pomyliłem się. Najwyraźniej nuda kroczy wraz ze znajomością każdej ze scen, a z tym nie jest trudno, ponieważ tytuł regularnie jest wyświetlany raz na tym kanale, a raz na tamtym, i tak bez końca.
  5. Polskie komedie romantyczne produkowane przez TVN – może nawet niektóre nie byłyby takie złe, gdyby nie nachalna ich promocja w TVN. Sposób jej prowadzenia jest dosłownie odstręczający – napompowany, buńczuczny, patetyczny, jakby nigdy nie nakręcono lepszego filmu. A potem napakowana takimi bzdurami świadomość człowieka doznaje bolesnego zawodu podczas seansu.
REKLAMA