Connect with us

Recenzje

WYSŁANNIK PIEKIEŁ – 30 lat od premiery

WYSŁANNIK PIEKIEŁ to krwawy, perwersyjny romans pełen bólu i cierpienia, który zaskakuje świeżością po 30 latach od premiery.

Published

on

 

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych potworów kinowego horroru, Pinhead, jest w nakręconym przez Clive’a Barkera Wysłanniku piekieł z 1987 roku postacią zaledwie epizodyczną. Sam film to produkcja na wskroś angielska, zrealizowana i zagrana w dużej mierze przez Brytyjczyków oraz nakręcona w Londynie, choć ten ostatecznie udaje amerykańskie miasto. W końcu fabuła przypominająca bardziej krwawy, perwersyjny romans niż typowy dla lat 80. fantastyczny slasher bądź ocierający się o komedię horror. Wysłannik piekieł obchodzi w tym roku swojego trzydziestolecie i dla tych, którzy o debiucie Barkera tylko słyszeli bądź znają jedynie słabsze, często koszmarne kontynuacje, pierwszy seans oryginału może być sporym zaskoczeniem.

Advertisement

Pierwsze słowa, jakie słyszymy w filmie, to pytanie. „What’s your pleasure, sir?” najzgrabniej przetłumaczyć jako „Czego pan sobie życzy?”, ale wtedy nie mamy tej „przyjemności” zawartej w angielskim zwrocie. A o przyjemność rzeczywiście w Wysłanniku piekieł chodzi, bardzo specyficzną, gdyż związaną z bólem, cierpieniem i destrukcją ciała.

Film rozpoczyna się od sceny zakupu pokrytej złotymi zdobieniami kostki-układanki. Egzotyka miejsca oraz sprzedawcy kontrastują z kaukaskim wyglądem kupującego – choć Frank (Sean Chapman), bo tak mężczyzna ma na imię, okazuje się Amerykaninem – mając w pamięci, że jest to produkcja angielska, można dostrzec w tym otwierającym fragmencie dalekie echa kolonialnej przeszłości. Do transakcji dochodzi, ale słowa sprzedawcy, który mówi białemu mężczyźnie, że kostka od zawsze do niego należała, sugerują iście diaboliczną sprawę. I rzeczywiście, gdy w następnej scenie półnagi Frank zmienia konfigurację kostki, piekło przychodzi po niego, z majestatycznym, ale melancholijnym osobnikiem z gwoździami w głowie oraz innymi makabrycznie wyglądającymi postaciami.

Advertisement

Po jakimś czasie do domu, w którym Frank Cotton skończył swój żywot, wprowadza się jego brat Larry (Andrew Robinson) z żoną, Julią (Clare Higgins). Szybko dowiadujemy, że tuż przed ich ślubem kobieta miała gorący romans z przyszłym szwagrem, a znalezione w domu rzeczy po nim uruchamiają w Julii wspomnienia. Co innego uruchamia krew Larry’ego, który podczas przeprowadzki dosyć mocno rani swoją rękę – dzięki krwi brata, Frankowi, udaje się uciec z piekła. Obdarty ze skóry i słaby (w tej formie gra go Oliver Smith) ujawnia się kobiecie, aby ta pomogła mu wrócić do poprzedniej formy.

DUMA I UPRZEDZENIE (1995). Idealna ekranizacja, idealny Darcy

Wysłannik piekieł jest ekranizacją napisanej przez Barkera rok wcześniej powieści The Hellbound Heart, wydanej u nas jako Powrót z piekła. Kultowy już horror nie był jednak pierwszą reżyserską próbą Anglika – w latach 70. nakręcił wraz z grupką znajomych ze studiów dwa krótkie metraże, Salome oraz The Forbidden. Mimo to właśnie Wysłannika piekieł należy uznać za prawowity debiut, zwłaszcza że jest to ewidentnie dzieło początkującego filmowca. Znaleźć tu można niedopracowane ujęcia, niektóre sceny wydają się zbyteczne, niepełniące praktycznie żadnej roli w fabule, a wspomniana wcześniej decyzja, aby Londyn udawał nienazwane miasto w Stanach Zjednoczonych, kompletnie chybiona.

Advertisement

Co więcej, są tu również efekty specjalne wątpliwej jakości, z których reżyser powinien był zrezygnować, widząc efekt końcowy. Barker, naówczas autor przede wszystkim Ksiąg krwi, sześciotomowego cyklu opowiadań grozy, potrafi jednak znaleźć filmowe ekwiwalenty swojego literackiego stylu. Z niezwykłym wyczuciem łączy gotyckie elementy opowieści z bardzo przyziemnym, współczesnym dramatem rodzinnym, w którym znudzona żona wchodzi na drogę zbrodni, aby cokolwiek jeszcze poczuć. Jest przy tym niezwykle krwawy i stosownie innowacyjny – postaci nie są tu tylko zabijane, lecz dźgane, rozrywane, traktowane młotkiem i zjadane. Najohydniejszą zaś sceną nie jest moment mordu, lecz niejako narodzin, kiedy krew brata staje się zaczątkiem cielesnej odbudowy Franka.

Przypisany do kategorii body horror film Barkera różni się dosyć mocno od cielesnych koszmarów Davida Cronenberga, chyba najbardziej znanego reprezentanta tej odmiany kina grozy. Kanadyjczyk w swoich dziełach ukazywał prymat ciała nad umysłem i świadomością, nagłe uczynienie z naszych seksualnych popędów tego, co nas konstytuuje i łączy, popychając jednocześnie ku zagładzie. W Wysłanniku piekieł jest już tylko ciało – główni bohaterowie mogą myśleć wyłącznie o cielesnych uciechach, a i innych traktują w kategorii mięsa.

Advertisement

Nie ma tu miejsca na rozważania natury egzystencjalnej bądź socjologicznej. Nie ma tu miejsca na wiarę w cokolwiek innego niż fizyczna ekstaza (nieprzypadkowo wszystkie artefakty religijne zostają w jednej ze scen wyrzucone z domu).

Po tym, jak Frankowi udaje się ułożyć kostkę, w jego skórę wbijają się wyskakujące zewsząd łańcuchy z haczykami, rozrywając go na strzępy. Po swojej ucieczce z piekielnych otchłani, koniecznie potrzebuje pożywienia. To gwarantuje mu Julia, sprowadzając do domu obcych mężczyzn, obiecując im seks, w rzeczywistości zaś mordując ich młotkiem, a trupy oddając kochankowi. Dla każdego z nich drugi człowiek jest zaledwie (a może aż) kawałkiem mięsa – Julia stawia się w tej pozycji dla przyszłych ofiar, będąc niczym innym tylko ciałem, następnie ubija ich jak zwierzęta, które chwilę później Frank konsumuje. Doskonały cykl.

Advertisement

Jednak to nie Franka i Julię pamięta się, gdy mowa o Wysłanniku piekieł. Ikoniczny jest tu wyróżniający się Pinhead (Doug Bradley, wcielający się w tę postać w ośmiu filmach) oraz pozostali cenobici. Ubrani w skórzane stroje, bladzi jak sama śmierć, z wyraźnie wprowadzonymi modyfikacjami ciała przerażają i fascynują jednocześnie. Pada wiele określeń na temat tego, kim koszmarnie wyglądające postaci są w rzeczywistości – „badacze wyższych sfer doznań”, słyszymy w jednej ze scen. W pierwszym Wysłanniku piekieł ich obecność sprowadza się do regulowania porządku, koniecznej interwencji, gdy ktoś nowy ułoży kostkę.

Nie są tu negatywnymi postaciami, ale sam fakt, że istnieją, każe nam przyjąć istnienie również piekła. Polski tytuł filmu, choć przecież niezbyt pokrywający się z oryginalnym, trafnie podsumowuje rolę nie tylko Pinheada, ale i reszty jego makabrycznie wyglądającej grupy. Są wysłannikami, którzy dają śmiałkom rozkosz cierpienia, tak przecież pożądaną przez Franka, nie przejmując się wyjącymi z bólu ofiarami, wręcz sycąc się ich męką.

Advertisement

Nieprzypadkowo jednak nie atakują Kirsty (Ashley Laurence), młodziutkiej córki Larry’ego, gdy ta przyzywa ich za pomocą kostki. Być może wyczuwają w dziewczynie niewinność oraz przypadkowość spotkania. Jest to postać jakby napisana specjalnie, aby widz miał za kogo trzymać kciuki. Młode dziewczę wpisuje się w slasherową modę, która nakazuje jej walczyć w finale nie tylko ze złą macochą, okrutnym i potwornym wujem (który niczym wilk z baśni o Czerwonym Kapturku przebrał się za kogoś innego), ale i cenobitami, nieco nierozważnie sprowadzonymi w ostatnich minutach filmu do roli zagrożenia.

O ile jeszcze bezpośrednia kontynuacja czyni z nich bardziej złożone postaci, w żaden sposób złe, lecz złem niejako zarażone, o tyle już następne filmy wolą widzieć w Pinheadzie i jego pobratymcach czarne charaktery, które lubią sadystyczne zabawy i odzywki w stylu Freddy’ego Kruegera. Jedynie część piąta, o podtytule Wrota piekieł (co ciekawe, wyreżyserowana przez Scotta Derricksona, przyszłego twórcę Egzorcyzmów Emily Rose, Sinistera oraz… Doktora Strange’a), pozytywnie wyróżnia się na tle innych sequelów, być może dlatego, że zamiast cielesnych tortur woli gnębić głównego bohatera w jego umyśle. Ale z drugiej strony, czy nie stoi to w opozycji do oryginału Barkera?

Advertisement

Horror Wysłannika piekieł od początku do końca związany jest z ludzkim ciałem oraz seksualnością, i nawet cenobici, gdy przychodzą po tych, którzy ułożyli kostkę, nie są zainteresowani ich myślami, bądź duszą. Ta istnieje, lecz prędzej rozerwą ją na strzępy, jak straszy Pinhead w jednej ze scen, niż uznają za coś wartościowego. Czy debiut Clive’a Barkera ma duszę? Bez dwóch zdań. Mimo całej makabry, jaka wylewa się z ekranu, jest to klasyczna opowieść o walce dobra ze złem, gdzie prawdziwymi potworami są ludzie, a wysłannicy piekieł pełnią zaledwie rolę arbitrów. „Dla jednych demony, dla innych anioły”, jak tłumaczy w jednej ze scen nasz przyjaciel z gwoździami w głowie.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *