Connect with us

Publicystyka filmowa

Dlaczego MAM DOŚĆ kina SUPERBOHATERSKIEGO

Liczba produkcji superbohaterskich może przytłoczyć samego Supermana.

Published

on

Dlaczego MAM DOŚĆ kina SUPERBOHATERSKIEGO

Nie dolewaj, bo nie zjemy, czyli komuś tu chyba odjechały wrotki

Pozbawione jakichkolwiek hamulców tempo kręcenia obrazków o trykociarzach, oraz mnogość mocy takich, siakich i wszelakich, połączonych z boską kuloodpornością zaczyna mnie z lekka męczyć. Natłok niedających się już spamiętać czy odróżnić postaci i różnorodność ich kolorowych gaci, mieni mi się w oczach, przyprawiając o efekt vertigo. Jest takie powiedzenie, że co za dużo to i świnka nie chce; toć nie ma tygodnia, ba! dnia, ba! ba! godziny(!) niekiedy, żeby nie wyskoczył z lodówki nowy news masło maślane o jakimś kolejnym filmie czy serialu superbohaterskim, że nawet nie wspomnę o fazach nr 38, 39, 40. .. i planach na lata 2025-2063 z uniwersów, których nazw nie muszę tu chyba przytaczać.

Advertisement

A jednak toczę. Chodzi oczywiście o DiSiEu i EmSiJu, ręce same układają się do kawałka ŁaaajEmSiEj The Village People. Te zatem dwa molochy, te Goliaty wśród parków rozrywki, z którymi bezskutecznie walczy maleńki Dawid Scorsese wespół z klepiącymi go po plecach filmowymi rówieśnikami, dosłownie zalały nas superbohaterską falą, która mnie osobiście, choć mierzę metr dziewięćdziesiąt bez kapelusza, zakryła po nos i tylko patrzeć jak zacznie podtapiać. Nie chcę nawet myśleć jak bardzo niższy ode mnie, pod wodą jest biedny twórca Chłopców z ferajny.

Serialom już podziękuję

Widziałem wszystkie filmy z MCU i równie wszystkie z DCEU, nawet tę czarno białą wersję Ligi sprawiedliwości w aspekcie obrazu 4:3, dziesięć minut regulowałem odbiornik niech ich cholera weźmie. Aby nie gubić wątków i  ewentualnych powiązań przyczynowo skutkowych między kinem a telewizją, obejrzałem jak bozia przykazała, całkiem fajny pierwszy serial MCU pod tytułem WandaVision, a za jakiś dłuższy czas stosunkowo sympatycznego Hawkeye’a, w międzyczasie zarzucając na ząb takie sobie What If.

Advertisement

..? Ale już Falcona i Zimowego żołnierza odpuściłem (obu) jakoś w trakcie trzeciego odcinka, bo mało mnie wciągnęło w fabułę, a i postaci mi lekko powiewały. Poza tym było tam małe oszustwo, bo w serialu nie było Kapitana Ameryki jakiego poznałem i lubiłem w filmach kinowych, tylko ktoś inny o takiej nazwie, zgłaszam do prokuratury. Mecenas She-Hulk odpuściłem w połowie pierwszego(!) odcinka, tak mnie to porwało i zachwyciło wizualnie.

Za to Loki z niezawodnym Tomem Hiddlestonem okazał się wisienką na całym tym średnio smacznym serialowym torcie Marvela nie za słodkim takim, i jedynym tytułem który przekroczył barierę 8/10 w serwisie IMDb, co dla seriali ocenianych w tym serwisie i tak nie jest jakimś spektakularnym sukcesem. Żadna zresztą z propozycji MCU i DCEU nie trafiła do zestawienia TOP 250 najlepszych seriali wszech czasów. Za to dwa seriale ANTYsuperbohaterskie już tak; mowa o The Boys i Invincible, o których będzie większa mowa nieco niżej.

Advertisement

Teraz będzie spora dygresja i chwila oddechu od supków. Kiedyś oglądałem nawet słabe pozycje z tzw. kronikarskiego obowiązku samozwańczego krytyka filmowego, i kończyłem nawet najgorszy film, skoro już w niego wdepnąłem (seanse Trolla 2 czy Dziedzica maski bolą do dziś). Przełom nastąpił bodajże w trakcie seansu 3. odcinka Żywych trupów wlekących się jak flaki z olejem w tempie muchy w smole, kiedy to przerwałem po raz pierwszy coś, co zacząłem. Obecnie bardzo skrupulatnie dobieram tytuły za które się zabieram, szczególnie gdy dotyczy to czasożernych przecież seriali, i zaczynam tylko te, których emisja się zakończyła i obyła bez większego spadku jakości.

Współczuję widzom Gry o tron (którą zarzuciłem po drugim sezonie), gdy dostali zdechłą rybą w twarz oglądając ten owiany dobrą sławą inaczej ósmy sezon. I tak postanowiłem ostatnio, że w miejsce taśmowo trzaskanych tasiemców MCU wolę nadrobić wysoko notowane na IMDb tytuły, jak m.in. kapitalne Full Metal Alchemist, Cowboy Bebop i Avatar: Legenda Anga, czy wprost genialny Mr. Inbetween, i po prostu rewelacyjny a mało nagłośniony miniserial Długa noc.

Advertisement

Ale że tylko krowa nie zmienia zdania, gdy o jakimś serialu superbohaterskim jest szczególnie głośno, oczywiście chętnie i z ciekawością po niego – Ty nie, Mecenas She-Hulk – sięgam. A o jakimże serialu było dość głośno i równie dobrze? Jakiż to tytuł dał mi nadzieję na lepsze jutro i sprawił, że zacząłem dostrzegać zieleń trawy i światła na skrzyżowaniach? Ano wypuszczony przez konkurencyjną dla MCU stajnię, czarny koń wśród seriali superbohaterskich, kroczący rytmicznym krokiem w czołówce, brutalny i pełen czarnego humoru Peace-fuckin-maker!

…czyli serial, który ratuje kino superbohaterskie?

Już mało co, chyba tylko resztki entuzjazmu (wszystko do pierwszych Avengers i kilka filmów po, wciągnąłem niczym wyborne spaghetti) i tradycja, że do tej pory oglądałem wszystkie filmy MCU i DCEU, trzyma mnie jeszcze przy ruchomych obrazach o ubranych w wymyślne stroje herosach. Ci jednak z filmu na film i serialu na serial, zaczynają coraz mniej przypominać superbohaterów, których można jako tako brać na serio, a coraz bardziej grupę cosplayerowców po taniości, ubranych fikuśnie dla zwyczajnej beki. Pod koniec XX wieku na ratunek westernu o szlachetnych jeźdźcach znikąd, dobrych, prawych i sprawiedliwych do porzygu, pojawił się antywestern z takimi tytułami jak Tańczący z wilkami, Bez przebaczenia, zapomniany Ostatni żywy bandyta, czy powstały już w nowym millenium Open Range z tym aktorem podobnym do Saula z Better Call Saul.

Advertisement

I podobnie, jak w przypadku antywesternu, który odbudował zainteresowanie nomen omen westernem, szablonowe do znudzenia, samopowtarzalne kino superbohaterskie ratują – przynajmniej w moich oczach – już tylko tytuły… pozbawione stricte superbohaterskiego sznytu, ale przede wszystkim nieznośnego nadęcia, patosu i powagi (nie trawię Wojny bez granic, Końca gry i Eternals), posępne i mroczne, i te z jakimś pomysłem na siebie (nowy Batman). Uwielbiam tytuły dekonstruujące i wywracające do góry nogami mit superhero (The Boys, Invincible, Hancock, Watchmen – film i serial), albo te z kapitalnym humorem (Strażnicy galaktyki, Thor: Ragnarok, czy Legion samobójców ten reboot). Wspomniałem kilka nawiasów wcześniej, że nie weszły mi zbytnio dwie ostatnie odsłony Avengers, którymi zachłysnął się cały fandom. Jak na mój gust zdecydowanie zbyt wiele postaci wrzucono do jednego worka, przez co praktycznie żadna nie wybrzmiała tak, jak we własnych filmach. Nawet między ekipą Strażników galaktyki nie było tej chemii i humoru, co w dwóch odsłonach ich własnych filmów. Wojna bohaterów i Koniec gry to dla mnie misz-masz podobnego kalibru, co Player One Spielberga, do którego wpakowano 90% popkulturowych przedstawicieli filmów i gier komputerowych, przez co działo się tam tak wiele, że w efekcie nic.

Thanos powiecie, jak śmiem nie ukorzyć się przed największym złolem galaktyki… Przed kim tu się kłaniać, przed kolesiem, którego chytry plan przewidywał losowe wybicie istniejącego życia, z opcją, że i on ma 50% szans na główną wygraną? Czy może coś przegapiłem i on jakoś był wypisany z tej loterii, w której każdy szczęściu dopomoże, każdy popiół wygrać może?

Advertisement

Dobrze widzieć, że w interesującym nas gatunku wciąż powstają, choć są w zdecydowanej mniejszości, tytuły odważne, inne, niepoprawne politycznie, nicujące konwencję na lewą stronę, z mega brutalnością, przekleństwami i trupami ścielącymi się gęsto. Jako że kolejny Thor spod ręki Waititiego okazał się żenująco nieśmieszną klapą, w MCU i DCEU czekam już chyba tylko na trzecią część Strażników galaktyki, drugi sezon Peacemakera i sequel tego udanego Legionu samobójców. Wszystkie trzy spod ręki Jamesa Gunna, który po mocnym potknięciu Waititiego pozostaje dla mnie jedyną reżyserską nadzieją dla obydwu komiksowych rozdawaczy kart.

Ale najbardziej czekam na czwarty sezon The Boys, który pod każdym względem zjada na śniadanie wszystkie wyżej wymienione seriale,  popija wyżej wymienionymi filmami, i beka radośnie, nazywając całą konkurencję poza kozackim Peacemakerem oczywiście, słabowitymi pizdeczkami. A Homelanderowi to Thanos może co najwyżej kanapki nosić, czym właśnie naraziłem się połowie ludzkości.

Advertisement

Wszystko wszędzie naraz?

Wróćmy do meritum niniejszego artykułu, czyli przesycenia rynku filmowego i mojej skromnej osoby kinem superbohaterskim. Ja rozumiem, że MCU i DCEU mają obecnie swój trwający od roku 2008 prime time, i tylko głupiec zaniechałby kręcenia kolejnych filmów czy seriali. Dopóki hajs będzie się zgadzać, a krzywa box-office’owa będzie piąć się do góry lub chociażby utrzymywać równy poziom, dopóty kura znosząca złote jaja będzie dalej wyciskana niczym piłeczka antystresowa. Fani zresztą też. Mnie jednak kolejna faza MCU już w ogóle nie kręci, bo nie mogę się przekonać do braku fundamentalnych postaci, jak Iron Man i TEN Kapitan Ameryka, a jednocześnie do supków nowych, jak Eternalsi z fabułą przekombinowaną jak ubiór Jacykowa, czy Shang-Chi,  których losy średnio mnie zainteresowały. Może się nasyciłem jak te tłuszcze i kwasy, a może zwyczajnie po ludzku, jak Roger Martough z Zabójczej broni, jestem już zwyczajnie za stary na narzucone przez komiksowych gigantów tempo oraz ilość, przy jednoczesnym spadku jakości. Dla mnie jest już tego po prostu za dużo, za często, za szybko, i co najważniejsze, za nudno i mało dramatycznie, bo szablonowo i przewidywalnie (Czarna Wdowa wyłapuje te cztery zarzuty).

W dodatku odnoszę wrażenie, że obecnie niemal każdy superbohater, nieważne jaką ma moc, posiada też z automatu super siłę i super odporność na ciosy. Wszyscy mogą być obijani super mocnymi razami, rzucani po ścianach, spadać z dużych wysokości i mimo to nie nabywać choćby siniaka, a fabuła nie próbuje jakoś specjalnie tłumaczyć, dlaczego każdego z nich ciężko ubić.

Advertisement

Uwaga, ostro zaleci boomerem; kiedyś był na dzielni jeden Człowiek ze stali, obecnie każdy jest twardy przynajmniej jak dąb. Kiedyś superbohaterowie przebierali się potajemnie w windzie, albo musieli skrywać swoje stroje pod garniakiem; ostatnie filmy 3. fazy Marvela pokazały, że współcześnie stroje zakłada się naciskając guzik, a superbohaterskie odzienie uszyte z nanocząsteczek wyskakuje chyba z tyłka i samo się zakłada od stóp do głów. Bo dziś wszystko musi być szybko i perfekcyjnie, nawet kostiumy supków, którzy nie chcą już nosić przebrania pod ubraniem, bo się wygniecie. I jak się w sumie nad tym głębiej zastanowić, istotnie było to ciut niepraktyczne, taki Spider-Man przecież jako Peter Parker noszący pod spodniami swoje gatki supka, w praktyce nawet w lato chodził.

.. w kalesonach – więc w sumie punkt dla nowoczesności! Kiedyś siłą napędową filmów superbohaterskich była geneza tytułowej postaci, a potem ukrywanie swojego alter ego przed światem za pomocą okularów i zmianą fryzury (tak, wiem, że nie można tego wałkować wiecznie), co budowało dramaturgię i było przyczynkiem do wielu humorystycznych scen; dziś chyba już tylko Batman i Spider-Man dbają o swoją prywatność, boomerzy, większość supków paraduje po ulicy z gołą twarzą, nie wstydząc się tego, kim są w drugim wcieleniu.

Advertisement

W czasach mojej młodości przypadającej na przełom lat 80. i 90. XX wieku, filmy nie powstawały jeszcze z prędkością serii z karabinu maszynowego Gatlinga zamontowanego na dziobie A-10 Thunderbolta, co ma miejsce obecnie. Kiedyś też funkcjonowały, ale dziś na masową skalę tłucze się crossovery i rebooty; taką Fantastyczną czwórkę restartują przynajmniej raz na tydzień – powodzenia, do czterech razy sztuka. Żeby zamieszania zrobić jeszcze większego, dokonano wielu recastingów (m.in. dwukrotna wymiana aktora w roli Hulka), a studia co i rusz ogłaszają, że ten lub tamten film zalicza się lub nie zalicza oficjalnie do kanonu.

I taki na przykład Venom, czyli film o postaci z komiksowego Spider-Mana, który należy do MCU, nie należy do MCU (ten Venom), bo prawa do niego posiada Sony. Powstają rozległe uniwersa (próbowano tego również z monster movies, ale Cruise nie podołał), gdzie przygody wszystkich bohaterów dzieją się w obrębie jednej rzeczywistości, a każdy supek może pojawić się w filmie supka innego. DCEU, które przespało swój moment, jak Nokia podczas rewolucji smartphone’owej, w pośpiechu i potykając się co chwilę, do dziś próbuje dogonić w tym zakresie MCU.

Advertisement

No i wreszcie multiversa, gdzie przeplatają się ze sobą alternatywne uniwersa i odmienne wersje wydarzeń, gdzie czasem i miejscem akcji można żonglować dowolnie. Dobry w tym był Doktor Strange, dzięki któremu spotkanie aktorów, którzy odgrywali tę samą postać w obrębie zupełnie innych cykli filmowych, nie stanowiło już problemu. Brakuje chyba tylko wszystkich postaci z obu stajni… w jednym filmie, jakimś hipermultiwersum, ale takiego tłumu indywidualności nie pomieściłby nawet ekran IMAX, kolorów dla ich trykotów zabrakłoby w palecie RAL, a głowy fanów eksplodowałyby z nadmiaru szczęścia, jak temu gościowi ze Skanerów Cronenberga.

I owszem, było to całe łączenie światów, przeplatanie wydarzeń i spotkania supków całkiem fajne, zaskakujące i nowatorskie, ale w pierwszych fazach Marvela, czyli dobrą dekadę temu. Obecnie jako nadużywany standard, staje się – zieeew – ograne i przewidywalne. Spotkanie na planie jednego filmu/uniwersum trzech odtwórców roli Spider-Mana z trzech zupełnie odrębnych cykli, stanowi chyba w tym zakresie kropkę nad crème de la crème tego typu zabiegów szczerzących zęby do fanów. Nie tęsknię za kolejnymi spotkaniami tego typu (choć w drodze ponoć meeting Batmanów) aczkolwiek bardzo chętnie zobaczyłbym podobne multiwersum poświęcone Hulkowi, gdzie moglibyśmy podziwiać dzielących ekran Erica Banę, Edwarda Nortona i Marka Ruffalo,  rozwalających jakieś miasto jako trzy wcielenia zielonego furiata.

Advertisement

Niestety postać tę nie dość, że z filmu na film ugrzeczniono, w dodatku zrobiono z niej Hulka-intelektualistę (HULK THINK!), a finalnie wylądowała w miernej jakości produkcji telewizyjnej. Nie o takiego Hulka nic nie robiłem! Wracając do pajączków; wiadomo było jeszcze przed premierą Spider-Mana: Bez drogi do domu, że w filmie zobaczymy Toma Hollanda, Tobeya Maguire’a i Andrew Garfielda, dziwić więc może fakt, że Charlie Cox grający Daredevila, gdy mignął na chwilę w jednej scenie z Peterem Parkerem, a widzowie na sali kinowej, których aktor obserwował zza kotary nie obsrali się z powodu tego faktu na miętowo, był ponoć bardzo smutny, rozczarowany, zdruzgotany / niepotrzebne skreślić, potrzebne dopisać.

No ciekawe czemu widownia nie przeżyła szoku i nie zawyła z niedowierzania, przecież wszyscy powinni krzyczeć i machać rękoma niczym Muppety Hensona, i panikować jak czarno-biała widownia podczas pierwszego pokazu Wjazdu pociągu na stację La Ciotat braci Lumiere w 1896 roku, ah jak ten czas leci.

Advertisement

Nawet zapowiedź wspólnego występu Wolverine’a i Deadpoola jakoś mnie szczególnie nie zelektryzowała, bo co to dziś za sensacja (no dobra, Wolverine niby nie żyje), skoro takie filmowe spotkania są od dawna na porządku dziennym, i nie są wynalazkiem ani MCU, ani DCEU, a Universalu z jego złotej ery, który już w roku 1943 kazał skrzyżować rękawice Frankensteinowi i Człowiekowi Wilkowi. Co więcej, w takim Bohaterze ostatniej akcji już 30 lat temu upchnięto Humphreya Bogarta, T-1000 i śmierć z Siódmej pieczęci Bergmana, więc niech te dzisiejsze uni i multiwersa tak nie chojrakują.

Dziś za to twórcy poszli o krok dalej od samego Supermana, który już w 1978 roku ocalił Lois Lane cofając Ziemię, czas i logikę, bo w nowym millenium mamy na całego grzebanie w czasie i przestrzeni przez Lekarza Strange’a; teraz można już dowolnie wszystko zmienić, cofać, naprawiać, a skoro można wszystko odkręcić (odpstryknąć?), to gdzie miejsce na dramaturgię? I po co Hugh Jackman pożegnał się z klasą z widzami ostatnim występem jako Wolverine w Loganie, skoro znów wraca, jak kiedyś Sean Connery, który mawiał, że nigdy nie mów nigdy więcej?

Advertisement

Superbohaterowie jako wzór do… nienaśladowania  

W kinie lat 80. i początku 90. ubiegłego stulecia dużo było filmów i bohaterów bez przedrostka super, choć na takowy zasługujących, bo motywujących nas, młodych ludzi, do ruszenia tyłka sprzed telewizora i magnetowidu lub odtwarzacza z możliwością nagrywania, i zrobienia choćby kilku pompek. Owszem, filmy superbohaterskie też już wtedy istniały, całe dwa: Superman Donnera i Batman Burtona, ale stanowiły bardziej błyszczącą ciekawostkę na filmowej mapie, niżeli globalne zjawisko-szaleństwo, jakie rozpętało się wraz z premierą Iron Mana w 2008 roku.

W nowym millenium o filmy motywacyjne trudniej niż o słowo prawdy z ust premiera pewnego kraju, ale w XX wieku a szczególnie pod jego koniec, nie można było zrobić kroku aby się o takowe nie potknąć. Wszyscy chcieli być jak Bruce Lee, Jackie Chan, Michael Dudikoff, J.C.V. Damme, Steven Seagal (ten dziś Rosjanin), Chuck Norris z półobrotu, i mieć krzepę Arnolda, Dolpha czy Sylwestra z Jedynką. Jaraliśmy się Karate Kidami, Karate Tygrysami, No retreat No surrender, Krwawym sportem, Kickboxerem, Najlepszymi z najlepszych i oczywiście serią Rocky. Każdy z tych filmów niósł ważny przekaz, naukę, morał i przesłanie, że należy ciężko pracować żeby dojść do czegoś, przełamać własne słabości (i przeciwnika kości), stać się (super)bohaterem i pokonać finałowego bossa oraz zwalczyć własne demony. Każdy z tych filmów skrupulatnie pokazywał motyw treningu, wylewanie łez i potu, w finale osładzany zasłużoną wygraną i buziakiem ukochanej / ukochanego.

Advertisement

To dzięki tym filmom chcieliśmy mieć lepszą kondycję, więcej siły, poprawić sylwetkę, stać się lepszą wersją siebie, doszlifować szlachetność, bronić słabszych, pomścić połamanego brata, lub po prostu nabyć umiejętności w sztukach walk czy boksie, żeby dać w ryj szkolnemu oprawcy. Dziś tego kina motywacyjnego po prostu nie ma, może poza remake’em Karate Kida czy Creedem, który i tak jest kuponem odcinanym od poczciwego Rocky’ego z korzeniem tkwiącym w XX wieku.

To nikt inny, jak kultowy Neo w zamykającym XX wiek Matrixie z 1999 roku, pokazał, że wątły i blady, spędzający całe dnie przed komputerem haker może stać się niezniszczalnym, latającym superherosem, bez ruszenia przysłowiowego dupska sprzed kompa. Nie poprzez dyscyplinę, samozaparcie (nie mylić z zaparciem), czy ciężki zapierdziel na siłowni, tylko przez szybkie i łatwe połknięcie niebieskiej piguły od szemranego typka. Również kolejne umiejętności nabywane przez Neo nie wymagały ani lat szkolenia, ani ciężkich treningów, tylko kilku sekund zaciskania zębów podczas wczytywania po kablu wprost do mózgu oprogramowania szkoleniowego kung-fu czy pilotażu śmigłowca.

Advertisement

Był to pierwszy tak znaczący znak nowych czasów, XXI wieku! I tacy są w znakomitej większości współcześni superbohaterowie, którymi jara się cały Świat poza Martinem Scorsese. Mało który z supków tak promowanych na idoli współczesnej młodzieży zasłużył na swoje supermoce, bo albo się z nimi urodził (Thor i niemal wszyscy X-Meni), albo znalazł pierścionek (Zielona latarnia), albo dostał hajs po rodzicach (Batman, Iron Man), albo coś go dziabnęło (Spider-Man), napromieniowało (Hulk), lub mu coś niedobrzy naukowcy wszczepili (Wolverine). Jakimi oni są wzorami do naśladowania? Niech za odpowiedź posłuży przypadek dzieciaka, który dał się ukąsić pająkowi myśląc, że nabędzie supermoce, a skończyło się na bólu, opuchliźnie i halucynacjach z niedożywienia.

Praktycznie żaden z tak uwielbianych dziś globalnie herosów, nie zepchnął przysłowiowego gówna z progu, aby herosem się stać. Nie zrobili dokładnie niczego, po prostu im się TO przydarzyło (żeby nie powiedzieć należało), bez trudu, wyrzeczeń i wysiłku, ot wstajesz rano, masz umięśnione ciało, dobry wzrok, napierdalasz pajęczyną na lewo i prawo i kleisz się do ścian. To już Joker Joaquina Phoenixa zrobił więcej, choć może mu się tylko zdawało, by stać się Jokerem, niż cała banda bohaterów z mocą nabytą by stać się superbohaterami (motyw tej obłudy wytyka zresztą palcem wspomniany serial The Boys). Nie od dziś wiadomo, że przeważnie to czarne charaktery są znacznie ciekawsze od tych pozytywnych, ale to temat na zupełnie inny artykuł, którego nie mam w planach napisać.

Advertisement

Ojezusmaria... Thorgal na ekranie!

Jedynymi w tym całym parku rozrywki, którzy jako tako napocili się by zyskać status superbohatera, pozostają pozbawieni nadludzkich mocy m.in. Czarna Wdowa czy Hawkeye, który dobrze strzela z łuku i ma jaja żeby ryzykować życie w boju ramię w ramię z supkami, którym mało co grozi. Tudzież wspomniani Batman i Iron-Man, bo mimo że kasiaści, to jednak ludzie z krwi i kości bez żadnej superodporności czy zdolności regenerowania ran, za to z ludzkimi słabościami, którzy musieli zdrowo ruszyć głową żeby odpicować sobie te wszystkie gadżety i nabyć umiejętności bojowe. Ale pierwsze miejsce przyznałbym.

.. niepozornemu Kick-Assowi, nastolatkowi, który bez żadnego zaplecza finansowego, bez żadnych supermocy ani zaplecza finansowego, ryzykując śmiercią i obrażeniami, faktycznie superbohaterem się stał, bo miał odwagę i samozaparcie aby bronić słabszych. I takich superbohaterów nam dziś potrzeba najbardziej, nie tylko na srebrnym ekranie.

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *