search
REKLAMA
Seriale TV

THE FALCON AND THE WINTER SOLDIER. Recenzja całego (nieciekawego) sezonu

Filip Pęziński

23 kwietnia 2021

REKLAMA

Właśnie skończyła się emisja drugiego serialu Marvel Studios. Po bardzo udanym otwarciu uniwersum na mały ekran, jakim bez cienia wątpliwości nazwać mogę WandaVision, przyszedł czas na produkcję poświęconą Falconowi i Zimowemu Żołnierzowi. Niestety, tym razem się nie udało, a sześć koślawych odcinków dość skutecznie zabiło we mnie entuzjazm do planów na zapowiedziane kolejne, liczne produkcje telewizyjne tej marki.

Tytułowych bohaterów spotykamy tuż po wydarzeniach z Avengers: Końca gry. Sam odrzuca spuściznę Kapitana Ameryki, przekazując otrzymaną od Steve’a tarczę do muzeum, a Bucky stara się walczyć z demonami przeszłości, które zawładnęły jego głową, nie pozwalając mu odnaleźć się w codziennym życiu. Wkrótce jednak na horyzoncie pojawi się zagrożenie w postaci grupy terrorystów wykorzystującej formułę superżołnierza, a Sam i Bucky po raz kolejny będą musieli połączyć siły.

W teorii najnowsza produkcja Marvela nie prezentuje się źle. Do swoich ról powracają nie tylko Anthony Mackie i Sebastian Stan, ale możemy liczyć też na spory udział Daniela Brühla, który ponownie wciela się w Zemo znanego z Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów, oraz Emily VanCamp, agentki Carter z filmów braci Russo. Całość zresztą jest wyraźnie inspirowana klimatem tamtych produkcji, czyli de facto komiksami Eda Brubakera, najbardziej zasłużonego współczesnego twórcy Kapitana Ameryki.

Niestety, Mackie i Stan nie są w moim odczuciu duetem, który radzi sobie dobrze na pierwszym planie. Ich bohaterom brakuje charyzmy Steve’a Rogersa, a aktorom chemii. Pozorny kontrast charakterów, sprawdzony sposób na nadanie produkcji udanej dynamiki (patrz: Zabójcza broń i pokrewne), szybko się zaciera, a cały wynikający z niej humor jest szalenie wymuszony. Nie zgadzam się z tezą, że wszystkie filmy Marvela są takie same, ale rzeczywiście żartobliwe dialogi obecne w Falconie brzmią jak z generatora najgorszych sucharów tego uniwersum.

Nie lepiej jest na drugim planie. Z niewiadomych mi przyczyn (czy ktokolwiek na to narzekał?) znany z filmu Zemo został ekspresowo zmieniony w postać bliższą komiksowemu pierwowzorowi, gubiąc przy tym swój pierwotny wizerunek. Nie prowadzi to niestety do niczego ciekawego, a bohater znika z ekranu równie nagle, co się na nim pojawił. Podobnie agentka Carter. Charyzmatyczna postać filmowa zostaje wypaczona, chyba tylko dlatego, że twórcy mogli zszokować widza jakimkolwiek zwrotem akcji. Trudno powiedzieć coś więcej o antagonistach. W zamyśle twórców mieli być zapewne wielowymiarowi i nieoczywiści, okazali się jednak generyczni i przez to nieciekawi.

Po wszystkich prezentowanych wątkach scenarzyści ślizgają się tak niezgrabnie i bez chęci wgryzienia się w żaden z nich, że szybko straciłem jakiekolwiek zainteresowanie opowiadaną historią. Są tu motywy naprawdę ciekawe: trudy codzienności superbohaterów, mierzenie się z traumami wojennymi, systemowy rasizm, sytuacja weteranów, nieczyste zagrywki rządu, ale wszystko to zostaje potraktowane po macoszemu, bez pomysłu, dla odhaczenia. Może gdyby nie wrzucono tu do gara wszystkiego naraz, nie dodawano kolejnych postaci i nie kazano bohaterom przeprowadzać pięćdziesiątego dialogu o metalowej tarczy (można pomyśleć, że to ona, a nie Steve była istotą Kapitana; Bucky w pewnym momencie niemal literalnie nazywa tarczę swoją rodziną), to całość nie sprawiałaby wrażenia, że nikt tak naprawdę nie był zainteresowany stworzeniem tego serialu. Bo koniec końców całość aż krzyczy, że wszystkie te wydarzenia były po prostu BEZCELOWE, a bohaterowie są dokładnie w tym samym miejscu, w którym byli w parku w finale Avengers: Końca gry.

Sześć tygodni emisji serialu The Falcon and The Winter Soldier zostawiło mnie z niczym. To serial nieangażujący, wykalkulowany, bez grama ciekawego pomysłu, zupełnie nieistotny w ramach uniwersum i niemówiący nam nic nowego o jego bohaterach. Każący przy tym przypuszczać, że seriale z Disney+ mogą być co prawda udane (WandaVision!), ale nigdy nie będą opowiadały historii równie istotnych, co te, które poznamy w kinie.

Aha, zdjęcia były ładne. I sceny akcji też były ładne.

Filip Pęziński

Filip Pęziński

Wychowany na "Batmanie" Burtona, "RoboCopie" Verhoevena i "Komando" Lestera. Miłośnik filmów superbohaterskich, Gwiezdnych wojen i twórczości sióstr Wachowskich. Najlepszy film, jaki widział w życiu, to "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA