Publicystyka filmowa
COWBOY BEBOP. Niepowtarzalny styl i klimat
COWBOY BEBOP to niezwykła animacja, która łączy różne gatunki, oferując niezapomniany klimat i genialny soundtrack. Odkryj jej oryginalność!
„Everything is clearer now
Life is just a dream you know
That’s never ending
I’m ascending”
Chyba każdy, kto choć trochę interesuje się japońską animacją, słyszał o słynnym Cowboy Bebop. A jeśli nie, to powinien się wstydzić, gdyż nawet wśród osób niezainteresowanych anime produkcja ta jest popularna choćby ze względu na genialny soundtrack. Niezależnie jednak od tego, czy ktoś o nim słyszał czy nie, jest Cowboy Bebop animacją bardzo oryginalną nawet jak na standardy anime, które to potrafią zaserwować widzom najróżniejszy gatunkowy miszmasz. W czym się to objawia i co dokładnie japońscy twórcy nam przyrządzili? Po odpowiedzi i wiele więcej zapraszam do recenzji.
Poetyka anime przyzwyczaiła nas do tego, że łączy w sobie różnorodne gatunkowe schematy, pozornie niepasujące do siebie style czy konwencje. Jednak nawet w sytuacji, kiedy Japończycy całkowicie popuszczają wodze fantazji, wyodrębniły się swoiste podgatunki anime, do których dany tytuł zawsze można zakwalifikować. Mechy w starożytnej rzeczywistości? Romans z elementami horroru? Wykręcone mariaże science-fiction z fantasy? Na pewno na swój sposób są to dzieła oryginalne, jednak nawet one nie są w olbrzymim uniwersum japońskiej animacji same. Inaczej ma się sprawa z recenzowanym przez mnie tytułem, ponieważ jest to pozycja jedyna w swoim rodzaju. Niepodrabialna i wyjątkowa. Mówi się nawet, że omawiany tytuł sam stworzył kolejny gatunek, a nazywa się on… „Cowboy Bebop”.
I taki właśnie gatunek Cowboy Bebop sobą reprezentuje: space opera lat 70. w konwencji kina noir, w szatach komedii sensacyjnej.
Realia, w jakich dzieje się akcja Bebopa, wyglądają następująco. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia ze space operą, gdyż akcja dzieje się w roku 2071, kiedy ludzkość zdołała skolonizować m.in. Marsa i księżyce Jowisza. Ludzie mogą podróżować między nimi, korzystając z powszechnych wrót kosmicznych, które pełnią rolę autostrad. Jednym ze statków, który odbywa takie podróże, jest mocno wyeksploatowany już Bebop 268170, na pokładzie którego żyją kosmiczni łowcy nagród: właściciel statku Jet Black i główny bohater serialu – Spike Spiegel.
Z czasem dołączają do nich kolejne postacie: nałogowa hazardzistka Faye Valentine, mała dziewczynka… Edward, będąca hakerką komputerową, a także wybitnie inteligentny pies Einstein. Poza lepiej rozwiniętą medycyną, protetyką czy kolorowymi hologramami, elementy s-f właściwie się kończą. Design, fryzury, odzież, a także broń palna, wyraźnie nawiązują do… lat 70. ubiegłego stulecia i popkultury amerykańskiej. Plakaty nawiązujące do tamtego okresu czy wszechobecne papierosy, których dym niemal czujemy w nozdrzach, bardzo sugestywnie oddają klimat świata przedstawionego. Sami bohaterowie oraz konwencja większości epizodów to jawne odwołania do kina noir, których jest tutaj prawdziwe zatrzęsienie.
Do tego otrzymujemy polewę z kina wuxia oraz kilka pastiszowych i parodiowych elementów. I taki właśnie gatunek Cowboy Bebop sobą reprezentuje: space opera lat 70. w konwencji kina noir, w szatach komedii sensacyjnej. Oryginalne, nieprawdaż?
Fabułę serialu, na którą składa się dwadzieścia sześć odcinków, trudno jednoznacznie opisać i ocenić z powodu jej konstrukcji. Mówiąc w dużym uproszczeniu, wygląda to tak, że główny wątek zajmuje zaledwie pięć epizodów, które rozsiane są od początku do końca serialu. Między nimi występują zaś niezależne od siebie i autonomiczne historie. W praktyce wygląda to nieco inaczej, gdyż każda z tych pozornie oderwanych od wątku głównego historii ma za zadanie powodować coraz wyraźniejsze interakcje między bohaterami, zainicjować i kontynuować ich ewolucję, a także opowiedzieć o każdej z postaci z osobna.
Epizody te są same w sobie często ciekawsze, niż główna oś fabuły. Bo czegoż tutaj nie uświadczymy? Pełne akcji, szalone historyjki („Kowbojski Funk”, „Szalony Piotruś”), osobiste rozterki bohaterów i ich próba zmierzenia się z przeszłością („Moja Funny Valentine”, „Mówić jak dziecko”, „Serenada Czarnego Psa”, „Smutna kobieta”), komediowe pastisze słynnych filmów (m.in. Obcego w odcinku „Zabawki na strychu”) oraz wiele, wiele innych pełnych akcji, humoru i nutki dramatyzmu epizodów.
Główny zły jest do bólu klasyczny, przewidywalny, karykaturalny wręcz. Jego motywacja jest tak banalna, że nie chce mi się nawet o niej pisać, co w największym stopniu przygasza iskrę na linii on – Spike.
Na tle tak barwnych historyjek wątek główny wypada dobrze, ale nie zachwyca. Zaczyna się on w odcinku piątym pt. „Ballada o Upadłych Aniołach”, po drodze pojawiają się jeszcze dwa kolejne epizody, a kończą go, podobnie jak i cały serial, dwa finałowe odcinki. Chodzi tu o wewnętrzne przetasowania w organizacji przestępczej Czerwone Smoki, byłą miłość Spike’a – Julię, oraz o głównego antagonistę w serii, czyli Viciousa. Spoilerować nie będę, ale powiem o tym, co mi się tutaj nie spodobało, a jest to przede wszystkim czarny charakter. Mówiąc szczerze, to nie mogę wyjść z podziwu, jak twórcy mogli tak pokpić sprawę, tym bardziej, że wszystkie postacie, jakie się w serialu pojawiają, są bardzo ciekawe.
No właśnie, wszystkie oprócz Viciousa. Wprawdzie dubbingujący go seiyuu Norio Wakamoto to jak zwykle wielka klasa, ale nie ma on szans uratować tego, co spieprzyli scenarzyści. Główny zły jest do bólu klasyczny, przewidywalny, karykaturalny wręcz. Jego motywacja jest tak banalna, że nie chce mi się nawet o niej pisać, co w największym stopniu przygasza iskrę na linii on – Spike. Żeby mnie źle nie zrozumieć – wątek przeszłości i przyszłości Czerwonych Smoków jest całkiem ciekawy, a towarzyszące mu sceny akcji – doskonałe. Rozmywa go jednak dość krótki czas na ekranie oraz bardzo słabo zarysowany antagonista, choć pojedynki między nim a Spikiem, to kawał dobrej akcji, okraszonej wspaniałą animacją i muzyką.
Najmocniejszym punktem Bebopa i tak są bohaterowie. Spike to wyjątkowo sympatyczny gość. Jego zasady moralne często nie pozwalają mu przyjąć nagrody za wykonane zadanie, przez co załoga Bebopa ledwo wiąże koniec z końcem. Jest przy tym pełen sarkazmu i ironii, ktoś mógłby wziąć go także za cynika. W gruncie rzeczy facet zdolny jest do największych poświęceń, mimo tego, że mówi na odwrót. Niestety dla niego, Czerwone Smoki to jego przeszłość i przyszłość zarazem… Jet, gospodarz statku, to były glina po przejściach. Teraz, współpracując ze Spikiem, może się spodziewać, że po wykonaniu zadania i po odliczeniu kosztów podróży, może mu nie wystarczyć na naprawę sprzętu.
Na pozór niedostępny i zamknięty w sobie, w rzeczywistości jest bardzo wrażliwym mężczyzną, a dla znajomych gotów jest zrobić naprawdę wiele. Faye Valentine to żyleta, co się zowie. Śliczna z buzi, kusząca samców swymi eksponowanymi wdziękami, potrafi obić pyski największym twardzielom. Nałogowa hazardzistka, ponad wszystko kochająca pieniądze i wydawać się może, że tylko je, tak naprawdę wiele by oddała za objęcia w ramionach porządnego i czułego faceta. Genialny haker komputerowy, dziewczynka imieniem Edward, to świetny motyw komediowy, postać, która potrafi rozładować nawet najbardziej nerwową atmosferę.
Wraz z psem Einem nie raz i nie dwa rozbawiają widza do łez. Na drugim i trzecim planie występuje szereg postaci epizodycznych, często tylko w jednym odcinku, ale każda z nich ma wyraźnie zarysowaną osobowość, a losy większości z nich autentycznie nas przejmują.
Projekty postaci, ich design i styl, to doskonałe połączenie mody lat 70. z odrobiną futurystycznych klimatów. Efekt jest trudny do podrobienia.
Technicznie, mimo ponad dwunastu lat na karku, anime prezentuje się wspaniale. Grafika jest niezwykle dokładna i szczegółowa, a poziom jej wykonania, zwłaszcza jak na warunki serii telewizyjnej, jest wzorcowym przykładem, jak graficy powinni wykonywać swoje rzemiosło. Tła są niezwykle różnorodne i wykonane z bardzo dużym pietyzmem, całości towarzyszy swoiste wrażenie „brudu”, objawiające się w bardzo szczegółowym dalszym planie.
W anime wykorzystano miejscami grafikę komputerową, jednak bardzo subtelnie i oszczędnie, przez co, po tak długim czasie od premiery, w ogóle nie wydaje się sztuczna. CGI użyto przede wszystkim w scenach, w których osiągnięcie pożądanego efektu za pomocą tradycyjnej animacji nie byłoby możliwe. Projekty postaci, ich design i styl, to doskonałe połączenie mody lat 70. z odrobiną futurystycznych klimatów. Efekt jest trudny do podrobienia. Podsumowując wątek grafiki i animacji – jest to jeden z najlepiej wykonanych w tej materii seriali anime.
Partytura do Bebopa to arcydzieło muzyki ilustracyjnej i basta!
Muzyka. Tę skomponowała pani Yoko Kanno, a wykonał w większości jej zespół jazzowy Seatbelts, i miana kultowej nie otrzymała za darmo. Ilustracja ta zachwyca bowiem pod wieloma względami. Score cechuje ogromna różnorodność. Usłyszymy mnóstwo utworów jazzowych (np. Tank!” z Openingu, „Rush”, „Too Good, Too Bad”, „Space Lion”, „Road to the West”), kawałki o tematyce sakralnej, z żeńskimi i męskimi chórami („Hanashi”, „Ave Maria”), wszystko to, co kojarzy nam się z muzyką z westernów, rock, blues, czy mieszanki wszystkich razem (np. przepiękny Ending pt. „The Real Folk Blues”).
Swoje trzy grosze wrzucili tutaj także nadworni współpracownicy pani Kanno, jak Mai Yamane (potężny głos) czy świetny wokalista Steve Conte. Oprawa muzyczna do tego anime zamyka się w około stu dwudziestu utworach, dając nam olbrzymie pokłady kapitalnej muzyki do odsłuchania. I jak zmyślnie wpleciono je do fabuły serialu (np. utwór o wymownym tytule „No Money”)! Partytura do Bebopa to arcydzieło muzyki ilustracyjnej i basta! Niektórzy z japońskich seiyuu stworzyli przy okazji Kowboja swoje najlepsze kreacje w karierze. Koichi Yamadera jako Spike oraz Megumi Hayashibara w roli Faye to przykłady dla potomnych w tym fachu, jak należy przywołać postać do życia samym tylko głosem. Reszta seiyuu, ze wspomnianym Norio Wakamoto na czele, także spisała się świetnie.
Gęsty klimat, zabawa konwencjami, wciągająca, pełna akcji i humoru fabuła, wyraziści i sympatyczni bohaterowie, świetna kreska i genialna muzyka – tyle w telegraficznym skrócie oferuje Cowboy Bebop. Serial posiada swoje drobne wady, jak słabiutko zarysowany antagonista, a wątek główny jest nieco słabszy niż „luźne” epizody, ale ostatecznie wypada bardzo pozytywnie, stając się za sprawą niepowtarzalnego stylu i klimatu legendą już z chwilą premiery. The Legend will never die!
Moja ocena 9,5/10
Tekst z archiwum film.org.pl (11.04.2011).
