Publicystyka filmowa
PEACEMAKER – 20 lat od premiery
W 2024 roku minie 20 lat od premiery PEACEMAKER, a my przyglądamy się jego dziedzictwu i wpływowi na współczesne kino.
Autorem tekstu jest Tadeusz Skarbek.
W 1994 roku Steven Spielberg, Jeffrey Katzenberg i David Geffen powołali do życia firmę DreamWorks. Słynny reżyser w nowo założonej wytwórni miał się zająć produkcją filmów fabularnych z aktorami, szefujący do tej pory studiem Walta Disneya drugi z założycieli objął oczywiście pieczę nad animacjami, a trzeci z nich – nad oddziałem muzycznym. Branżowa prasa szybko ochrzciła ich mianem trzech tenorów, a panowie ochoczo zabrali się do rozkręcania wspólnego przedsięwzięcia pod kątem biznesowym i rozwijania przyszłych, potencjalnie zyskownych projektów.
Na pierwsze rezultaty DreamWorks SKG (inicjały pochodzą od nazwisk współzałożycieli) na polu kinowej produkcji przyszło wszystkim poczekać aż do 1997 roku. I nie był to, jak początkowo przypuszczano, film twórcy Parku Jurajskiego i Listy Schindlera. Taki obraz zawitał na srebrne ekrany dopiero pod koniec roku (Amistad), wcześniej natomiast miała premierę kontynuacja przeboju sprzed czterech lat o dinozaurach, zrealizowana przez Amblin dla Universal (Zaginiony świat: Jurassic Park), także wtedy trwały już intensywne prace nad Szeregowcem Ryanem, koprodukowanym właśnie przez to nowe studio wśród wielkich graczy Hollywood oraz Paramount.
Zaś pierwszym oficjalnym pełnometrażowym filmem DreamWorks był Peacemaker, któremu właśnie stuknęło 20 lat (uroczysta premiera w USA odbyła się 23 września, do szerokiej dystrybucji trafił trzy dni później, a polscy widzowie musieli na niego poczekać niewiele dłużej, bo do 7 listopada). Na pierwszy rzut oka ów debiut – jak na początek działalności świeżo utworzonej platformy rozrywkowej, mającej ambicje konkurowania z największymi – może się wydać wyborem dość nieoczywistym i dalekim od wcześniejszego dorobku reżyserskiego i producenckiego Stevena Spielberga, do tego ryzykownym pod względem ewentualnych zysków (filmowi przyznano kategorię wiekową R: for strong violence and some language).
Jednak po bliższym zapoznaniu się z osobami zaangażowanymi w powstanie Peacemakera, większość wątpliwości zostaje szybko rozwiana, na szczęście z pożytkiem dla samego widza, przynajmniej tego, który tęskni za wysokooktanowym kinem akcji z lat 90. ubiegłego wieku.
Ale po kolei. Początek filmu zrealizowany jest według prawideł mistrza Hitchcocka. W Rosji dochodzi do brzemiennej w skutkach katastrofy kolejowej z udziałem dwóch pociągów: pasażerskiego i wojskowego, przewożącego głowice nuklearne. Z tego ostatniego zostaje wykradziona broń masowej zagłady, a wybuch jednej z atomowych bomb na bezkresnych połaciach dawnego ZSRR ma zatuszować ten niecny proceder i obarczyć winą niekompetentnych dowódców będącej w stanie rozkładu armii rosyjskiej. Przenosimy się do Stanów Zjednoczonych. Tam, w specjalnej komórce przy Białym Domu, sztab antykryzysowy z niepokojem obserwuje wydarzenia w dawnym supermocarstwie.
Szefowa działu, analityk doktor Julia Kelly (Nicole Kidman), wysuwa teorię, wedle której był to akt terrorystyczny, a jego sprawców nie da się raczej szybko zidentyfikować. Do pomocy w ustaleniu przebiegu całego zajścia i przeprowadzenia śledztwa zostaje jej przydzielony podpułkownik Thomas Devoe (George Clooney), podzielający akurat zdanie Kelly. Po błyskawicznej weryfikacji najważniejszych faktów stwierdza, że było to celowe działanie, za którym prawdopodobnie stoi generał Aleksandr Kodoroff (rosyjski aktor Aleksandr Baluev). Oboje udają się do Wiednia na spotkanie z oficerem wywiadu rosyjskiego i bliskim przyjacielem Toma, pułkownikiem Dimitrim Vertikoffem (jak zwykle solidny Armin Mueller-Stahl), będącym w stanie naprowadzić ich na właściwy trop.
Tak mniej więcej rysuje się pierwszy akt Peacemakera, a dalej czeka nas jeszcze kilka fabularnych niespodzianek (kto tak naprawdę jest mózgiem całej operacji terrorystycznej i jakie są motywy jego działania) oraz widowiskowych sekwencji pościgów i strzelanin, umiejętnie wkomponowanych w szkielet tegoż szpiegowskiego thrillera akcji.
Producentami z ramienia DreamWorks zostali Walter Parkes i Branko Lustig (pojawia się też w epizodzie jako mężczyzna z pudlem w windzie w finale filmu). Ten pierwszy przez wiele lat, wspólnie z żoną Laurie MacDonald, szefował Amblin, gdzie pod jego nadzorem powstały Twister (1996), Faceci w czerni (1997), Dzień zagłady (1998) i Maska Zorro (1998) (ich producentem wykonawczym był Steven Spielberg), a później także walnie przyczynił się do powstania Gladiatora (2000) i wielu obrazów, które wyszły spod ręki autora Szczęk. Lustig, urodzony w 1932 roku w Chorwacji, razem ze Spielbergiem zdobył Oscara za najlepszy film 1993 roku (Lista Schindlera), kolejną statuetkę przyznano mu za epicki fresk o starożytnym Rzymie Ridleya Scotta, z którym udanie kontynuował współpracę w kolejnych latach. Zatem były to osoby na właściwym miejscu, zdolne do właściwego pokierowania całym przedsięwzięciem od strony finansowej i logistycznej.
Zdjęcia powstawały m. in. w Nowym Jorku, Macedonii (tam nakręcono choćby katastrofę kolejową) i Słowacji (Bratysława udawała Wiedeń, a wnętrza stadionu hokejowego, po uprzednich zabiegach scenograficznych, Biały Dom), między 29 maja a 16 września 1996 roku. Warto nadmienić, że doświadczenie Branko Lustiga w kręceniu we środkowo-wschodniej i południowej Europie i jego korzenie bałkańskie (ten geograficzny trop ważny jest dla samej opowieści, o czym więcej w dalszej części tekstu), okazały się niemałym atutem, a koloryt tamtejszych miejsc przydał filmowi tylko większego autentyzmu.
Za podstawę scenariusza posłużył artykuł One Point Safe autorstwa małżeńskiego duetu dziennikarskiego, Leslie i Andrew Cockburnów, opisujący proces szmuglowania głowic atomowych z terenów byłego Związku Radzieckiego, podparty zresztą odtajnionymi raportami sił wywiadowczych. Oczywiście to tylko punkt wyjścia dla historii, którą należało jeszcze ubrać w stosowne ramy fabularne. Zadanie to powierzono Michaelowi Schifferowi, mającemu na koncie scenariusz do Karmazynowego przypływu (1995) Tony’ego Scotta, w którym również niemałą rolę odgrywała groźba nuklearnego zagrożenia dla światowego pokoju, i, co ważne, solidnie umotywowana znajomością ówczesnej geopolityki (w obu filmach są wyraźne sygnały przestrzegające przed widmem nuklearnego holokaustu, jak to trafnie ujął bohater Denzela Washingtona).
W Peacemakerze ponadto dużo miejsca poświęcono konfliktowi w byłej Jugosławii, targanej wieloletnią wojną domową, według niektórych tamtejszych elit intelektualnych – opuszczonej i zdradzonej przez Zachód.
Nośnikiem takiej postawy jest tutaj Dusan Gavrich (rumuński aktor Marcel Iures, znany z Mission: Impossible), uciekinier z Bośni, który w czasie bratobójczych walk stracił żonę i córkę, a winą za to obciąża głównie Amerykę i jej sojuszników. Jest to zarazem najbardziej tragiczna postać filmu, widz rozumie jego cierpienie, ale nie podziela metod działania, które Dusan próbuje uskutecznić. Rzadko spotyka się w kinie akcji podobne zabiegi (teraz prawie w ogóle), próbujące uwiarygodnić ów gatunek i powiedzieć co nieco o współczesnym świecie w widowiskowej formie.
Dla nas miłym akcentem jest możliwość zobaczenia na ekranie żołnierzy Polskiego Kontyngentu Wojskowego, stacjonującego w 1996 roku w ramach operacji IFOR na terenie Bośni i Hercegowiny – jego udziałem jest ważny wątek zdobycia kasety video, naprowadzającej śledczych na właściwy trop. Tutaj ciekawostka: podobny motyw z taśmą VHS pojawił się u Władysława Pasikowskiego w Demonach wojny wg Goi (1998), którego akcja również toczy się w Bośni, nękanej skutkami wojny domowej.
Stanowisko reżysera Steven Spielberg powierzył Mimi Leder. I był to celny wybór, dodatkowo umotywowany przesłankami płynącymi z jej wcześniejszych osiągnięć. Leder z sukcesem zrealizowała dla Amblin wiele odcinków Ostrego dyżuru (1994-2009) – serialu na podstawie pomysłu Michaela Crichtona, który na początku lat 90. planował przenieść na ekran Spielberg właśnie, zanim nie zainteresował się powieścią Park Jurajski zmarłego w 2008 roku pisarza. Telewizyjna produkcja przyniosła reżyserce rozgłos w branży, w tym nagrodę Emmy i cztery nominacje do niej, zapoczątkowała też wielką karierę George’a Clooneya.
Nietrudno zgadnąć, co przesądziło o angażu Mimi Leder. Chyba przede wszystkim szybkie tempo pracy, które nie było jej obce podczas długoletniego stażu w telewizji, bardzo dobre relacje z aktorami, a przede wszystkim dbałość o uwiarygodnione psychologicznie postaci, ich motywacje. Serial oczywiście może sobie pozwolić na długotrwałe budowanie sylwetek i pogłębioną charakterystykę. W dwugodzinnym filmie należało to jakoś skondensować tak, aby to ludzie byli właśnie inicjatorami wszelkich zdarzeń, ich poczynania miały katalizować i napędzać akcję i to oni pozostawali w centrum zainteresowania widza.
I to się udało dzięki reżyserce. Motywacje głównych osób dramatu są klarowne, one same – przynajmniej większość – rozwijają się w miarę upływu czasu, każda z nich pełni jakąś funkcję, ale nie są to bynajmniej bezmyślne figury. Jak na kino akcji to wystarczająco dużo.
Skoro była już mowa o przynależności gatunkowej Peacemakera, należy wspomnieć o sekwencjach, które mu to zapewniają. Są tutaj cztery rozbudowane segmenty, umiejętnie wkomponowane w fabułę i idealnie zazębiające się z resztą filmu:
1) otwarcie przedstawiające kradzież bomb i kolizję pociągów
2) pościg ciasnymi uliczkami Wiednia, udawanego przez Bratysławę, z udziałem srebrnego mercedesa (nim poruszają się Devoe i Kelly) i trzech czarnych BMW, kierowanych przez nasłanych zabójców (to zdecydowanie najbardziej widowiskowy fragment)
3) pościg trzech amerykańskich helikopterów wojskowych za ciężarówką z głowicami i następnie udana próba ich przejęcia
4) finał w Nowym Jorku, gdzie służby wywiadowcze próbują udaremnić zamach.
Ta ostatnia wypada nieco gorzej od pozostałych – nie w sensie realizacji, bo nie można się tutaj szczególnie dopatrzyć jakichkolwiek uchybień – ale pod względem dramaturgicznym trzeci akt odrobinę kuleje, gdy dochodzi do uprzedniego rozwiązania prawdziwych intencji zamachowca, a całość kończy się obowiązkowym rozbrojeniem ładunku wybuchowego. Niestety, tak czasami bywa, kiedy akcja w podobnych jak Peacemaker produkcjach, przenosi się na koniec z Europy do dużej metropolii w USA (zazwyczaj jest to Nowy Jork właśnie). Za przykłady niech posłużą dwa obrazy o zbliżonej tematyce: jeden, gdzie napięcie siada kompletnie (Bad Company, 2002), drugi z imponującym pościgiem samochodowym (Ultimatum Bourne’a, 2007). W filmie z Clooneyem i Kidman jest zdecydowanie lepiej niż u Joela Schumachera, lecz ciut słabiej niż u Paula Greengrassa.
Mimi Leder, wespół z niemieckim operatorem Dietrichem Lohmannem (Peacemaker był jego przedostatnią pracą; zmarł w listopadzie 1997 roku) i licznym pionem technicznym, w realizacji gonitw, strzelanin i bójek stawiają na staroszkolne metody, prawdziwą kaskaderkę, efekty praktyczne, bez podpierania się CGI, czym zdobywają sobie szacunek widza. Sceny akcji charakteryzują się ogromną dynamiką, mają wyraziste zawiązanie, odpowiednio budowane napięcie, zwieńczone są szarpiącą nerwy kulminacją. Wielka szkoda, że po nakręceniu dla DreamWorks katastroficznego Dnia zagłady (1998; przegrał batalię o wpływy z Armageddonem Michaela Baya) i udanego dramatu Podaj dalej (2000), Mimi Leder porzuciła kino i powróciła do telewizji. Ciekawe, jak by się odnalazła we współczesnym mainstreamie, nastawionym głównie na adaptacje komiksowe o superbohaterach?
Osobny akapit należy się parze głównych aktorów i ich kreacjom. Nicole Kidman, wtedy jeszcze żona Toma Cruise’a, zapragnęła zmienić swoje emploi i dłużej poflirtować z kinem rozrywkowym, udowadniając, iż także w skonwencjonalizowanym gatunku może zaprezentować oblicze odmienne od wyniosłych i zimnych piękności, które stały się jej specjalnością. I tak jak jej mąż, chciała zapewne wystąpić w obrazie wymagającym dużej sprawności fizycznej i być w centrum uwagi, a nie tylko pięknym dodatkiem do męskiej części obsady (przykład: Batman Forever, 1995).
Doktor Julia Kelly zajmuje się analizą i śledzeniem podejrzanych aktywności związanych z bronią nuklearną. Na swoim fachu zna się jak mało kto, bowiem dawniej brała udział w konstrukcji bomb atomowych. Przypomina żeński odpowiednik Jacka Ryana: pracuje w komfortowych warunkach, dostarczając zwierzchnikom informacji o ewentualnych niebezpieczeństwach, mogących zagrozić bezpieczeństwu Ameryki. Dopiero nieszczęśliwy splot okoliczności sprawia, że musi wyjść zza biurka i zmierzyć się z tym, co do tej pory było jedynie mglistą hipotezą. To oczami Kelly obserwujemy wydarzenia, a ściślej rzecz ujmując, to fakty przepuszczone przez jej wrażliwość. Preferuje ona rozwiązania dyplomatyczne od siłowych, a w pewnym momencie musi zweryfikować swój światopogląd w zderzeniu z ekstremalnymi warunkami działania w terenie.
Katalizatorem owej przemiany jest jej podwładny w tej misji, Tom Devoe. To człowiek czynu, żołnierz, dla którego nadrzędnym celem jest błyskawiczna eliminacja wroga. Odgrywający go George Clooney ma wystarczająco dużo wdzięku i charyzmy, by przekonać widza do swoich racji, a przy tym dobrze sprawdza się w scenach akcji. Kiedy trzeba, jest poważny i zachowuje zimną krew, nie rzuca zbędnymi one linerami niestosownie do sytuacji, a na odrobinę luzu pozwala sobie podczas przesłuchania przez komisję, przepytującą go z wydatków poniesionych w poprzednim zadaniu. Jednak najciekawszym elementem, wyróżniającym dwójkę protagonistów, jest ich wrażliwość i zdolność do autorefleksji nad śmiercią drugiego człowieka.
Oboje pozwalają sobie na chwile płaczu, co sprawia, że nie są pozbawionymi empatii zawodowcami, a ludźmi z krwi i kości. Dusan Gavrich także rozpacza, lecz czyni to z czysto egoistycznych pobudek. Duża w tym zasługa Mimi Leder, stawiającej na uwiarygodnienie relacji międzyludzkich – wówczas popisy warsztatowej biegłości w inscenizowaniu akcji stają się dopełnieniem dla postaci, nigdy odwrotnie. Należy też pochwalić twórców za zrezygnowanie ze zbędnego wątku romansowego, który tylko osłabiłby historię (czasu na niego też nie ma za wiele), bowiem między Kidman i Clooneyem jest dość chemii, aby uwierzyć w ich zażyłość na polu zawodowym i wzajemny szacunek.
Jest jeszcze jeden bohater filmu Mimi Leder, bynajmniej nie cichy. To potężna partytura Hansa Zimmera. Niemiecki kompozytor pod koniec lat 80. i przez prawie całą następną dekadę został specjalistą w ilustrowaniu wszelkiej maści sensacyjnych widowisk. W 1997 roku objął nawet posadę szefa muzycznego wytwórni DreamWorks. Wybór producentów był zatem oczywisty. Do Peacemakera Zimmer dostarczył muzykę o masywnym brzmieniu, rozpisaną na ponad stuosobową orkiestrę, wspartą przez umiejętnie tu dawkowaną elektronikę.
Wyraźne tematy, łatwo wpadające w ucho melodie, przewijają się niemal przez całą ścieżkę dźwiękową. Towarzyszą im fragmenty uzupełnione o wpływy bałkańskie o bardzo elegijnej wymowie oraz stylizowany na rosyjską modłę chór, kojarzący się z tym, który słyszeliśmy w Karmazynowym przypływie. A całość wypełnia podbijająca tempo zdarzeń muzyka akcji (tzw. action score) – czyli to, w czym Niemiec czuje się jak ryba w wodzie.
Oficjalny soundtrack z czasów premiery filmu, wydany przez DreamWorks Records, zawierający 55 minut materiału, podzielonego na pięć długich utworów, szybko zdobył uznanie wśród fanów muzyki filmowej, a obecnie można go dostać jedynie na portalach aukcyjnych. Rynek jednak nie znosi próżni – w 2014 roku La-La Land Records, amerykańska wytwórnia specjalizująca się w wydawaniu płyt z muzyką filmową o charakterze kolekcjonerskim, wypuściła w nakładzie 3 000 sztuk dwudyskowy zestaw, zawierający zarówno pełny zapis kompozycji do Peacemakera, jak i pierwotny album z 1997 roku (na krążkach zamieszczono aż 152 minuty muzyki!). Warto nadmienić, że w obrazie Mimi Leder możemy usłyszeć dwa nokturny Fryderyka Szopena, a jeden z nich (Nokturn c-moll op. 55) pełni w fabule ważną funkcję.
W latach 90. dużym uznaniem publiczności i większości krytyków cieszyły się wysokobudżetowe filmy sensacyjne z wyraźnym szpiegowskim elementem, których część zaliczyć można do podgatunku political fiction. W kinach triumfowały ekranizacje powieści Toma Clancy’ego o Jacku Ryanie (Polowanie na Czerwony Październik, 1990; Czas patriotów, 1992; Stan zagrożenia, 1994), nieobecność Jamesa Bonda zgrabnie wykorzystał James Cameron, dostarczając ekstrawaganckie Prawdziwe kłamstwa (1994), zaś agent 007 powrócił w glorii chwały po sześcioletniej przerwie w GoldenEye (1995), a zaraz po nim inny szpieg, Ethan Hunt w Mission: Impossible (1996).
Mała dygresja: scenariusz Peacemakera po kliku przeróbkach mógłby posłużyć za podstawę filmu o Bondzie, przynajmniej tego z Danielem Craigiem z Casino Royale i Quantum of Solace, gdzie realistyczna konwencja pozwoliła na bliższe przyjrzenie się źródłom finansowania współczesnego terroryzmu i jego globalnemu zasięgowi. Szkoda więc, że twórcy porzucili ów wątek na rzecz eskapistycznej formuły z czasów Rogera Moore’a. Zatem szkielet historii byłby następujący: agent i pomagająca mu kobieta muszą wykryć głównego kreatora kradzieży broni atomowej oraz korzystając z pomocy sojusznika, unieszkodliwić wrogów pośrednich, a na koniec tego właściwego złoczyńcę, ratując świat od zagłady. Brzmi znajomo?
Wszystkie wymienione tytuły odniosły niemały sukces kasowy, więc w Hollywood temat drążono dalej. W ten trend wpisuje się i Peacemaker (stylistycznie najbliżej mu do filmowych przygód Jacka Ryana), choć wielkich pieniędzy jak poprzednicy nie zarobił i nie uzyskał tak entuzjastycznych recenzji, wcale im jakościowo nie ustępuje. Gdyby zaś wyszedł spod ręki John McTiernana, Phillip Noyce’a czy Martina Campbella, panowie nie mieliby się czego wstydzić, ba, powinni być z niego dumni, bo to widowisko o wiele lepsze od słabszych pozycji w ich dorobku.
Przy budżecie wynoszącym 50 milionów dolarów, wpływy z kin całego świata wyniosły 110 milionów (w USA skromne 41 milionów). Przyczyn może być kilka. Po pierwsze, w Ameryce wrześniowy termin premiery dla blockbusterów, nigdy nie był zbyt łaskawy (choć to ostatnimi czasy powoli się zmienia). Po drugie, latem 1997 roku można było obejrzeć co najmniej trzy filmy akcji: Con Air, Bez twarzy i Air Force One (także z terrorystami i Rosją w tle) – wszystkie przyniosły krocie.
(Był jeszcze Speed 2: Wyścig z czasem, ale poniósł sromotną klęskę). Niewykluczone, iż publika poczuła się wtedy zmęczona takim rodzajem rozrywki i na film Leder najzwyczajniej zabrakło już miejsca, bo rynek został nasycony. Po trzecie, w tamtym sezonie letnim na ekrany zawitał Batman & Robin z George’em Clooneyem w roli obrońcy Gotham City. Komercyjna i artystyczna porażka przerysowanej wizji Joela Schumachera pewnie odstraszyła potencjalną grupę docelową Peacemakera, która obawiając się, że aktor również i tu wystąpił w jakiejś błazenadzie, całkowicie go zignorowała. A może tematyka okazała się zbyt poważna, bowiem pamięć o wojnie na Bałkanach była wciąż żywa, przynajmniej w światowej opinii? Taki scenariusz również powinno się brać pod uwagę.
Takim obrotem spraw zawiedzeni byli zapewne twórcy, którzy liczyli, iż pierwsza superprodukcja ze studia DreamWorks zrobi furorę wśród kinomanów. Producenci przez blisko dwie dekady i tak zdążyli sobie zrównoważyć rozczarowujący box office na rynku VHS, LaserDisc (tylko w USA i Japonii), potem DVD i Blu-ray oraz sprzedając prawa do emisji telewizyjnych. Nie pierwszy to taki przypadek i nie ostatni. Najważniejsze, że film Mimi Leder broni się nadal wysoką jakością realizacji i problematyką, którą porusza. A że czyni to w formule widowiskowego spektaklu, tym bardziej należą się słowa uznania dla reżyserki, aktorów i całej ekipy, którzy dostarczyli nam bardzo inteligentny film akcji, mający do przekazania kilka ciekawych rzeczy o współcześnie otaczającym nas świecie.
Nie jest to więc pusta rozrywka, nastawiona na mechaniczne powielanie atrakcji, a produkcja przewyższająca klasą współczesne blockbustery. Warto zatem zarezerwować sobie co najmniej 120 minut na seans Peacemakera, a potem sięgnąć po równie wyśmienity soundtrack. Trzy godziny (cztery i pół, jeśli zdecydujecie się na wydanie rozszerzone score’u) nie będą czasem straconym. Potężny przypływ adrenaliny gwarantowany.
