Publicystyka filmowa
TOM TEN. Najlepsze role Toma Cruise’a
TOM TEN. Najlepsze role Toma Cruise’a to fascynująca podróż przez jego ikoniczne występy, które zdefiniowały kino akcji i dramat.
Urodzony w 1962 roku „chłopiec o złotym uśmiechu” to jedna z niekwestionowanych gwiazd Hollywood, pomimo upływu czasu wcale nie blaknąca. Nominowany do trzech Oscarów Tom Cruise, któremu w lipcu stuknęło 55 lat, ma na swoim koncie ponad 40 ról – wliczając w to wchodzące właśnie na nasze ekrany Barry Seal: Król przemytu. Z okazji premiery filmu przyglądamy się jego dziesięciu najlepszym występom – kolejność chronologiczna.
David Shawn
Szkoła kadetów (Taps, 1981)
To był dopiero drugi występ młodego Cruise’a na dużym ekranie – i od razu jaka petarda! Jako kapitan akademii wojskowej w Bunker Hill imponował nie tylko fizjonomią i ogromną dyscypliną, ale także niesamowitą charyzmą, wewnętrzną siłą oraz doskonałym wyczuciem. Łatwo było przeszarżować, popaść w śmieszność. Zamiast tego Tom momentalnie przyciąga uwagę widza, choć gra przecież drugie, a nawet trzecie skrzypce. Obsada tli się od gigantów amerykańskiego kina – George C. Scott, Timothy Hutton, Ronny Cox, Sean Penn – ale to właśnie Cruise wykorzystuje dane mu przez scenariusz pięć minut chwały w finale. To on zapada w pamięć najmocniej, nie tylko za sprawą tragizmu swej postaci. Kto wie, być może to najbardziej niedoceniony występ Toma w karierze. Zdecydowanie niesłusznie.
Charlie Babbitt
Rain Man (1988)
Wbrew blockbusterowym dowodom Tomek od samego początku kariery nie stronił od ambitniejszych występów i niełatwych ról. I jego Charlie Babbitt jest niejako zwieńczeniem tych różnorodnych wyborów. Zwieńczeniem z jednej strony delikatnym, gwiazdor bowiem niespecjalnie ucieka tutaj od swojego uśmiechniętego wizerunku, wcielając się w kolejnego przebojowego chłopca żyjącego – do czasu – american dream. Z drugiej strony to jego pierwszy tak duży sukces na polu dramatycznym (wpływy z kas były nieznacznie tylko mniejsze od wcześniejszego superprzeboju Top Gun), mimo iż nieowocujący żadnym wyróżnieniem dla aktora. Lawina nagród spadła tutaj głównie na Dustina Hoffmana, który zagrał starszego, autystycznego brata Babbitta. Ale Cruise stanowi doskonały kontrapunkt dla swojego legendarnego kolegi, tworząc, mimo wszystko, rolę niezwykle wyciszoną, dojrzałą.
Ron Kovic
Urodzony 4 lipca (Born on the Fourth of July, 1989)
Cruise perfekcyjnie zakończył lata 80. Grając u Olivera Stone’a autentycznego weterana wojny w Wietnamie, doczekał się swojej pierwszej nominacji do Oscara. Ostatecznie nie wygrał, bo konkurencja wtedy była naprawdę mocna (Złoty Rycerz powędrował do Daniela Day-Lewisa za Moją lewą stopę, choć sam film Stone’a także zgarnął dwie statuetki w innych kategoriach). Ale nie zmienia to faktu, że zaskoczył wszystkich swoją transformacją w kalekiego, zapuszczonego (te wąsy!) i niestroniącego od kieliszka Kovica. Byli co prawda tacy, którzy uważali, że Cruise przedramatyzował.
Zdecydowana większość widzów była jednak poruszona jego występem, w którym czuć prawdziwy ból i złość nie tylko Kovica, ale też wszystkich żołnierzy, którzy zdołali wrócić do domu z azjatyckiego piekła, jakie zgotował im rząd. Mający wtedy zaledwie 27 lat (!) Cruise doskonale wywiązał się ze swojego zadania, tworząc rolę kompletną.
Lestat de Lioncourt
Wywiad z wampirem (Interview with the Vampire, 1994)
Nieśmiertelny, emanujący erotyzmem nocny drapieżnik w fikuśnych ciuszkach z epoki? Już w samej teorii była to rola wręcz skrojona pod Cruise’a. I choć to właśnie on bryluje na plakatach i wszelkich materiałach promocyjnych, to nie tylko jego twarzą film reklamowano. Główną rolę zagrał tutaj inny, śmiało pnący się w górę piękniś z Hollywood – Brad Pitt. Są też Christian Slater i Antonio Banderas, zatem panie na widoki nie mogły narzekać. Cruise jednak znowu zdołał przyćmić pozostałych swym występem, nadając mu odpowiedniej głębi, skrywającego się w cieniu tragizmu, wysokiej niejednoznaczności.
Jego Lestat to showman, i owszem. Ale taki, którego trudno – nomen omen – rozgryźć w pełni. I chociaż ciężar historii znowu spoczywa na barkach kogoś innego, to właśnie Cruise otrzymuje jedne z najbardziej pamiętnych momentów filmu. I wykorzystuje je w pełni.
Jerry Maguire
Jerry Maguire (1996)
Tutaj bez zaskoczeń. Tytułowa, wyróżniona kolejną oscarową nominacją rola – tym razem statuetka powędrowała do Geoffreya Rusha za Blask – to prawdziwe tour de force Cruise’a, nawet jeśli jedynie w czysto rozrywkowym wydaniu. Specyficzne love story łączące się z zakulisowym światem amerykańskiego futbolu jest pod wieloma względami typowym feel good movie z obowiązkowym happy endem. Cruise pokazuje tu zatem swoje muskuły i pachnący Colgate uśmiech, w przerwach krzycząc, płacząc i robiąc maślane oczka do (wtedy jeszcze zupełnie nowej w branży) Renée Zellweger. Ale czy to źle? Aktor daje z siebie 200% normy w temacie, ani razu nie popadając w fałsz, a do historii kina przeszło jego kopanie w ścianę i kwestia „Show me the money!”. To wystarczyło.
Doktor William Harford
Oczy szeroko zamknięte (Eyes Wide Shut, 1999)
U Stanleya Kubricka Cruise zagrał dwudziestą i chyba najtrudniejszą rolę w karierze. Przedwczesna śmierć reżysera jeszcze przed premierą jego od dawna wyczekiwanego filmu; koszmarny, wybitnie rygorystyczny okres zdjęć, z których prasa co chwila wyłuskiwała kolejne niezwykłe historie oraz rozpad związku aktora z jego piękną żoną Nicole Kidman. To wszystko zdecydowanie zaszkodziło odbiorowi gotowego dzieła, wliczając w to oczywiście występ Cruise’a.
Jemu samemu trudno tu jednak cokolwiek zarzucić. Choć Kubrick wydatnie skorzystał na nieskalanym wizerunku złotego chłopca Hollywood, rola Toma wychodzi zdecydowanie ponad to. Jego bohatera co prawda trudno polubić, lecz nie ulega wątpliwości, że gwiazdor dał tu z siebie wszystko. Co więcej, jak rzadko kiedy Cruise nie szaleje tutaj na siłę. Jedynie w kilku scenach do głosu dochodzi jego chłopięcy urok i salonowe brylowanie wiecznej duszy towarzystwa. Potem obserwujemy już pełnoprawnego mężczyznę – zagubionego, zmęczonego, w końcu także złamanego. Nie jest to być może kreacja wybitna, ale bardzo dobra – na pewno.
Frank T.J. Mackey
Magnolia (1999)
Trzecia i jak dotąd ostatnia nominacja do statuetki Amerykańskiej Akademii Filmowej – która tym razem nagrodziła weterana Michaela Caine’a – to odważne mierzenie się Cruise’a z własnym wizerunkiem. Gra tu bowiem guru wszystkich facetów, idealnego fizycznie, „większego niż życie” mówcę motywacyjnego, za uśmiechem którego kryje się jednak duży ból i dramat rodzinny. Tom idealnie poradził sobie z tą rolą, wcielając się we Franka niejako z marszu po wyczerpującym psychicznie doświadczeniu z Kubrickiem.
W trakcie trzech godzin seansu pojawia się na ekranie zaledwie parę razy, będąc jedynie elementem większej układanki Paula Thomasa Andersona. Jest to jednak występ bezbłędny, o potężnym ładunku emocjonalnym. Tom dokumentnie obnaża przed widzem swojego bohatera, który przecież tak naprawdę bohaterem nie jest. Gwiazdor wspina się tu na wyżyny, często radząc sobie bez słów, operując drobnymi gestami. Efektem tego rola naprawdę wybitna, być może najlepsza w bogatej karierze Cruise’a.
Vincent
Zakładnik (Collateral, 2004)
Kolejny odważny występ, w niczym nieprzypominający dotychczasowych osiągnięć Cruise’a, który tutaj całkowicie odcina się od swojego słodkiego emploi. Już sam fakt, że gra postać jednoznacznie negatywną – perfekcyjnie wyszkolonego zabójcę na usługach mafii – jest dość zaskakujący. Do tego dochodzi także niecodzienny wygląd: siwe, postawione na sztorc włosy, kilkudniowy zarost i szara marynarka idealnie oddają szorstki charakter Vincenta, upodobniając go do widzianych w jednej ze scen kojotów. Ten samotny wilk nie jest w pełni pozbawiony uczuć i empatii, w czym duża zasługa samego Cruise’a, który ani razu nie przerysowuje swojego (anty)bohatera, nadając mu prawdziwą głębię i wraz z rozwojem akcji sprawiając, iż u widza pojawia się nawet nić sympatii do Vincenta. Nie jest to może ten sam kaliber, co występ Edwarda Foxa w Dniu szakala, ale blisko, bardzo blisko.
Ray Ferrier
Wojna światów (War of the Worlds, 2005)
Mocno niedoceniona rola, którą Cruise pokazał swoje kolejne oblicze, na swój sposób również odbiegające od jego codziennego wizerunku człowieka sukcesu. Jako wyrodny ojciec Dakoty Fanning i Justina Chatwina jest raczej facetem nieporadnym, życiowym przegranym, choć w krytycznej sytuacji gotowym zrobić wszystko dla swojej rodziny. Tom nie miał łatwego zadania. Z jednej strony kosmici i tony efektów specjalnych, z drugiej małoletni aktorzy, którzy zawsze mocniej chwytają widza za serce. Poprowadzony wprawną ręką Stevena Spielberga – u którego zagrał już po raz drugi – Cruise nie dał się jednak przytłoczyć żadnemu z tych elementów.
To rola niezwykle szczera, przejmująca i przyciągająca do ekranu, z niezwykle naturalną i subtelną przemianą. No i jedna z niewielu, w których Cruise mógł także zaprezentować swoje możliwości wokalne.
Les Grossman
Jaja w tropikach (Tropic Thunder, 2008)
Na koniec występ zdecydowanie skromniejszy i o wiele lżejszy od poprzedników, ale nie mniej udany, mocno zaskakujący, ciekawy. Skryty pod wymowną charakteryzacją i grubym kostiumem Cruise to tym razem bezlitosny producent filmowy – gość, który nie negocjuje z terrorystami, a własnych pracowników traktuje jak wyszkolone małpy. To drobny, ale znakomity epizod, który zapada w pamięć i bawi bardziej nawet od głównej atrakcji widowiska, czyli wymalowanego „pastą do butów” Roberta Downeya Juniora. Tom po raz kolejny udowodnił tym występem, że żadna rola mu niestraszna (oraz że ma do siebie sporo dystansu). A swoim popisowym tańcem podczas napisów końcowych wygrał internety.
Bonus:
Ethan Hunt
seria Mission: Impossible (1996–20??)
Pisząc o Cruisie jako artyście, zwyczajnie nie można choćby napomknąć o liczącym sobie już sześć odsłon (ta ostatnia właśnie powstaje) niesamowitym cyklu szpiegowskim, który znacząco przyczynił się do sławy (i bogactwa) Toma Cruise’a. Nie są to może najambitniejsze filmy świata z wybitnymi kreacjami aktorskimi, ale i tak imponują. Za każdym razem widać ogromne zaangażowanie gwiazdora w produkcje, nie tylko fizyczne. Poza przekraczaniem kolejnych barier Cruise potrafi także doskonale bawić się swoją rolą (za wyjątkiem części pierwszej, w której zagrał wręcz śmiertelnie poważnie; i mocno emocjonalnej, skupionej na wątkach osobistych trzeciej), bez problemu porywając widownię olbrzymią energią i charyzmą, które mimo upływu lat wcale nie słabną. Pod wieloma względami Cruise jest nie tylko idealnym Ethanem Huntem – on JEST Ethanem Huntem.
korekta: Kornelia Farynowska
