Recenzje
1920 BITWA WARSZAWSKA (2011)
W „1920 BITWA WARSZAWSKA” historia ożywa w pełnej chwale. Odkryj, jak ta monumentalna bitwa kształtowała naszą tożsamość narodową.
Pamiętam, że w pewnym momencie mojego żywota średnio rozgarniętego ucznia liceum, nie kojarzę kiedy dokładnie, dotarło do mnie dlaczego nauczane w nim humanistyczne przedmioty, zwłaszcza lektury, które musieliśmy czytać na zajęcia z polskiego, tak mało mnie obchodziły. W pewnej chwili dokonała się iluminacja, światło poznania zstąpiło na mą głowę i zdałem sobie sprawę, że to zwyczajnie nie jest mój świat. Że ja do niego nie należę, nie jestem jego częścią. Że powieści, które klasa za klasą i pokolenie za pokoleniem wbija się dzieciakom do głów, nie kręcą mnie.
Nie interesują. W najmniejszym nawet stopniu. Był przecież jakiś powód, dla którego uciekałem w świat rozrywki znajdujący się jak najdalej od wypocin polskich wieszczów, którymi karmiono mnie na korytarzach szkolnych, w świat znajdujący się tak daleko od mentalności polskiej jak to tylko możliwe, zarówno geograficznie, jak i ideowo.
To było oświecenie pierwsze. Oświecenie drugie nastąpiło, gdy zauważyłem, że w moim karygodnym braku poszanowania dla polskiej tradycji humanistycznej nie jestem sam, a trzecie, gdy okazało się, że nie tylko nie jestem sam, ale że wręcz należę do większości, a moich rówieśników, którzy z wypiekami na twarzy czytają Żeromskiego, Sienkiewicza, Mickiewicza czy Słowackiego, na palcach jednej ręki można policzyć, podczas gdy opowieści o takowych pozostały jedynie w umysłach i słowach naszych rodziców i nauczycieli. Jakież było moje zaskoczenie, gdy uświadomiłem sobie, że ja, rzecz jasna uważający się za jedynego w swoim rodzaju przedstawiciela gatunku składającego się z jednego tylko osobnika – mnie – wcale nie jestem taki alter specjalny jak myślałem, a co gorsza możliwe (na razie na szczęście tylko możliwe), że Ja nie jestem nikim więcej jak tylko niczym nie wyróżniającym się (o Boże), jednym z wielu (o zgrozo) przedstawicieli nastrojów mojego pokolenia, jacy co minutę przychodzą na świat.
„Nie no, przecież to jest jakaś masakra, tak nie może być” – pomyślałem. Uznawszy, że jeśli nawet tak odporny i niekonformistyczny osobnik jak ja, z opornością powietrza rozrywanego przez wygrywającego jedno za drugim Tour de France Lance’a Armstronga ulega masowym nastrojom, to coś musi być na rzeczy. Musiałem to zbadać.
Ach, ileż to się działo przez ostatnie parę miesięcy w polskim internecie. Unoszący się nad Polakami duch arcydzieła naszej rodzimej kinematografii wydawał się rosnąć z każdym dniem, wprost proporcjonalnie do pojawiania się kolejnych promujących ów wytwór brzydkich billboardów na ulicach, źle zmontowanych zwiastunów w mediach, zabawnych doniesień z planu na serwisach internetowych czy wywiadów z Jerzym Hoffmanem, które stanowią jakość samą w sobie i o których za chwilę. Niczym sokół wypatrujący ofiary z uwagą przyglądałem się ociekającym wręcz jadem nienawiści i pogardy wypowiedziom młodych, znających się na rzeczy filmożerców na rozmaitych forach internetowych.
Było to dość specyficzne doświadczenie, bo wydawało się, że każde, dosłownie każde doniesienie z planu czy jakikolwiek dotyczący filmu materiał nie ujrzałby światła opinii publicznej, od razu, z miejsca, niemal arbitralnie był zalewany lodowatym prysznicem wyśmiania i wyzwisk rzucanych pod adresem twórców. Nieważne, czego dotyczył – wszystko było źle. A to zwiastun źle zrobiony, a to zdjęcia brzydkie, a to rzucony przez Urbańską w owym zwiastunie kapelusz wydaje świst niczym wymachiwane przez ninję nunchaku (w filmie, o dziwo, efekt nie zniknął, tylko został zastąpiony… innym, podobnym efektem dźwiękowym), a to operator kręci kamerą młynka.
„Oho” – pomyślałem, wiedząc, że większość niedoszłych recenzentów jest mniej więcej w moim wieku. – „Badanie w toku. Chyba zbliżam się do sedna problemu. „I tylko z rzadka przez głowę przechodziła mi myśl, że chyba łatwiej byłoby mi go zgłębić, gdyby nie to, że zgadzałem się z każdym z pojawiających się w internecie zarzutów.
Żeby już nie trzymać nikogo w niepewności (haha) i żeby nie było wątpliwości jaki jest cel tego przydługiego wstępu: „Bitwa Warszawska 1920 3D” (bo chyba taki jest pełny oficjalny tytuł, choć ja się już pogubiłem) jest filmem złym. Bardzo złym. Bardzo, bardzo złym. Ale pod otoczką ułomnej reżyserii, scenariusza napisanego przez jedzącego gile z nosa dzieciaka z podstawówki, czy kreacji aktorskich na poziomie szkolnych teatrzyków, kryje się, moim zdaniem, głębszy problem, za który pewnego dnia zapłacimy wszyscy i który sprawi, że ostatecznie i tak słaniająca się teraz na nogach polska kinematografia stanie się już nawet nie pociesznym, ale smutnym synonimem obciachu.
„Bitwa Warszawska” stanowi dla mnie ewenement. Po jej obejrzeniu uświadomiłem sobie, że właśnie zostałem wystawiony na długotrwałe działanie nowego, dotychczas całkowicie mi obcego poziomu kału. Pod tym względem ten film faktycznie tworzy nową jakość, z którą wcześniej nie miałem do czynienia. Jednak w tym prostym fakcie kryje się przypuszczalnie najciekawszy i najbardziej pomijany przez recenzentów aspekt tego filmu, a mianowicie: „Bitwa Warszawska” reprezentuje niespotykany dotąd poziom całkowitego zespolenia polskiej mentalności na temat kina i techniki wykonania. Wszystko tu jest takie, dlatego, że polskie, a tego co niepolskie – nie ma.
Może i jest to banał, jednak po bliższym przyjrzeniu się – co zaraz nastąpi – okaże się, że wypłynięcie owego stanu rzeczy na światło dzienne jest przypuszczalnie największą korzyścią, jaka wynikła z powstania tego filmu.
Okej, to kiedy w końcu będzie ta recenzja? Powiedzmy, że spróbuję sklecić coś na kształt. O fabule nie ma za bardzo co pisać, bo wszyscy wiedzą o co chodzi i jaka jest stawka: jest rok 1920. Przekonani, że oto odnaleźli lek na toczącego ludzkość raka, bolszewicy postanawiają, że nie będą czekać aż światowy fundusz zdrowia wprowadzi ich specyfik do sklepów, miast tego uznają za lepszy pomysł włamać się do każdej budy w mieście i siłą wlać czerwony syrop do gardeł burżuazyjnych leni. Wszyscy to znamy, wszyscy już to słyszeliśmy, wszyscy się tego uczyliśmy, pora więc przejść do sedna, czyli jak pan Jerzy Hoffman postanowił sprzedać nam tę historię.
Napisałbym coś o wątku przewodnim, gdyby takowy był, niestety go nie stwierdziłem. Ktoś w sieci słusznie zauważył, że tak naprawdę bohaterem tego filmu są żołnierze. Owszem, jest scalająca wszystko historia miłosna Oli i Jasia (postarali się z tymi imionami, nie ma co), którzy na początku filmu biorą ślub, po czym zostają rozdzieleni przez wojnę, ale Hoffman zupełnie się tym nie przejmuje, każąc granemu przez Borysa Szyca biednemu Jasiowi przez dwie godziny jeździć na koniu w tę i we w tę, zdejmując go z ekranu na jakieś dwadzieścia minut, jeśli nie więcej.
W „Bitwie Warszawskiej” nic nie ma sensu. Od czasu „Transformerów 2: Zemsty Upadłych” nie miałem jeszcze do czynienia z tak bezczelnym, kompletnym olaniem reguł opowieści filmowej, logiki przyczynowo-skutkowej, celowości poszczególnych scen czy wiarygodności postaci – a i tak dzieło Hoffmana pozostawia poczciwego Michaela Baya daleko w tyle. W „Bitwie…” nie istnieje coś takiego jak dramaturgia. Tego filmu nie obowiązują klasyczne zasady budowania scen, bo nie ma tu właściwie ani jednej, która czemuś służy i której skutki są w jakikolwiek sposób dostrzegalne w późniejszej części.
Hoffman buduje je na zasadzie schodów, które nie mają końca, windy, która wiecznie jedzie na górę i nie ma gdzie się zatrzymać. U niego nie istnieje coś takiego jak puenta, chyba nigdy nie słyszał, że scena filmowa to tak naprawdę miniaturowy film i tak, jak film, musi mieć początek, środek i zakończenie. Wszystkie sceny w „Bitwie…” wydają się bezcelowe, bo ich treść niespuentowana zawisa w powietrzu i zostaje tam aż do końca filmu.
Najgorsze jest jakieś pierwsze czterdzieści pięć minut – wygląda to tak, jakby dzieci i wnuki ekipy filmowej włamały się do pomieszczenia montażowego, złapały taśmę oraz nożyczki i krzyknęły do siebie: „Ok, to wycinamy!” i radośnie przystąpiły do działania sprawiając, że pierwsza połowa „Bitwy…” to absolutnie nieoglądalny kolaż obrazków Warszawy, żołnierzy jadących po lesie i powracającego z uporem maniaka klubu Oasis, w którym Ola (Natasza Urbańska) śpiewa piosenki i tańczy na scenie. Ani ich umiejscowienie względem siebie, ani żadna z tych scen nie mają sensu czy celu.
Całą „Bitwę Warszawską” można opisać trzema słowami: absolutny, totalny chaos.
Apropos Urbańskiej – mimo niesamowitej urody (której nie neguję, która jest jedną z paru zalet tego filmu i w ogóle to zazdroszczę panu Józefowiczowi dziewczyny) aktorką to ona nie jest i najprawdopodobniej nie będzie, serwując widzom niewiele więcej niż pokaz min charakteryzujących cztery podstawowe emocje psychologiczne. Swoją drogą, musiała najwyraźniej podpisać z producentami kontrakt, w którym zobowiązali się, że dadzą jej co najmniej cztery piosenki do zaśpiewania, inaczej nici z jej uczestnictwa w filmie. Na szczęście nie musi się martwić, gdyż jej rola wcale nie wypada gorzej od reszty aktorstwa w „Bitwie.
..”, sytuującego się gdzieś pomiędzy dziecięcymi występami podczas dorocznych Jasełek, a spotami wyborczymi dwóch największych partii politycznych. Niemal żadna z postaci w „Bitwie Warszawskiej” nie ma osobowości. W ogóle. Jest czarna pustka. Przed pójsciem na film czytałem opis, że są to „kartonowe kukły”, który to epitet dotychczas kojarzył mi się z gorszymi niż średnie stereotypowymi rolami w kiepskich hollywoodzkich produkcjach. Nic jednak nie przygotowało mnie na to, co zobaczyłem. Nazwać postacie tego filmu dwuwymiarowymi to komplement, gdyż one mają nawet problem z osiągnięciem jednego wymiaru.
Niejednokrotnie miałem wrażenie, że aktorzy zwyczajnie walczyli z wypowiadaniem swoich linijek, ledwo je pamiętając tudzież nie mogąc uwierzyć, że dano im do zagrania taki syf. Rzecz nawet w pewnym sensie zrozumiała, gdyż Hoffman jest – jak sam siebie opisał – „batalistą”, który raczej nie przywiązuje wagi do pracy z aktorami, wyobrażam więc sobie jak na planie musiał kierować biednym Danielem Olbrychskim mówiąc: „No… jesteś Józefem Piłsudskim. Naczelnikiem Państwa. Polska stoi na skraju zagłady atakowana przez czerwoną zarazę ze wschodu i tylko ty możesz ją powstrzymać. Graj.” Od tej zasady chlubnym wyjątkiem wydają się być Adam Ferency w ciekawej, choć podręcznikowej roli bolszewickiego oficera – jedyny, który w jakikolwiek sposób przykuwa uwagę do ekranu – oraz Borys Szyc, którego rola co prawda wcale nie jest lepsza od innych, ale widać, że się na wszystkie sposoby stara wznieść ponad żenadę, którą kazano mu zagrać.
Scenariusz tego filmu to w ogóle oddzielna kwestia, gdyż – jak już wspomniałem – jego jakość przypomina wypociny niedorozwiniętego ucznia podstawówki napisane na zlecenie Ministerstwa Kultury i PISFu. Nic tu się kupy nie trzyma. Wątki latają w tę i we w tę, kończą się stare, zaczynają nowe, bohaterowie jeżdżą od jednego lasu do drugiego, robią co chcą, a w niczym co chcą robić nie ma ani sensu ani celu. Czasem ktoś gdzieś walczy, ale nie wiadomo kto, ani o co, więc wynik starć nic nas nie obchodzi. Moje oszołomienie dawką żenady, która właśnie była mi przedstawiana było tak duże, że chwilami z niedowierzaniem wytrzeszczałem oczy patrząc, jak zapłakana Natasza Urbańska śpiewa łzawą piosenkę po swym utraconym Jasiu.
Całość jest do tego poprawna politycznie aż do wyrzygania, wprowadzając postać dobrej Rosjanki (ale złego Polaka to już nie, oj nie, najwyżej zapijaczonego), zasadę parytetu do armii polskiej tak, żeby nie było wątpliwości iż cały naród poszedł na wojnę, oraz postacie dwóch telegrafistów, którzy niedwuznacznie zostają przedstawieni jako geje (choć zawdzięczam im jedyną dla mnie zabawną scenę). Do tego dostajemy typową dla tego kina dawkę chrześcijańskiego patriotyzmu osiągającą absolutne apogeum w scenie bitwy, w której uczestniczy ksiądz Ignacy Skorupka bohatersko modlący się do Matki Świętej w godzinie próby i w zwolnionym tempie padający od bolszewickiej kuli, podczas, gdy jego krzyżyk (również w zwolnionym tempie) wiruje w powietrzu osiągając na ekranie rozmiary Mount Everestu.
„Gdzie jest krzyż?” – usłyszałem z drugiego końca sali podczas seansu w warszawskich Złotych Tarasach (przysięgam, że tak było). Na pewno nie z twórcami tego filmu.
W recenzjach „Bitwy Warszawskiej” wiele miejsca poświęcono stronie wizualnej, chwaląc zdjęcia Sławomira Idziaka (jako rzecz ratującą film), który osiągnął status bohatera narodowego jako operator „Helikoptera w ogniu” Ridleya Scotta i „Harry’ego Pottera i Zakonu Feniksa” (moim zdaniem najsłabszej części ze wszystkich, ale to nieważne). Jestem jednak zmuszony ów konsensus podważyć. Owszem, na tle kiepskiego żartu jakim jest ten film, praca pana Idziaka odznacza się zaskakująco wysoką jakością. Jednak podczas seansu cały czas nie opuszczało mnie irracjonalne wrażenie wylewającej się z ekranu sztuczności – z niewiadomych powodów wciąż mi się wydawało, że płaskie tło filmu istnieje na innym poziomie realności niż postacie i przedmioty znajdujące się z przodu.
Tak jakby któreś z dwóch było doklejone do reszty. To wszystko wyglądało jak wyjęte z Teatru Telewizji. Do tego cały film jest utrzymany w brzydkich brązowo-zgniłych barwach, nie wspominając już o przyciemnieniu obrazu wynikającym z obecności okularów 3D. Hoffman popełnia poza tym jeden z najgorszych grzechów, jaki istnieje w tym gatunku, choć tutaj akurat usprawiedliwia go relatywnie niski budżet – nie potrafi odpowiednio wyraziście przedstawić fizycznego świata, w którym rozgrywa się akcja. Warszawa roku 1920 wygląda jak wiocha na Śląsku, a dociekliwy widz będzie się cały czas zastanawiać skąd bolszewicy wzięli bajki o znajdujących się w stolicy bogactwach i skarbach kultury, skoro nic w niej nie ma.
Wszystkie bitwy toczą się wśród iglastych lasów na polach i nie trzeba być geniuszem, żeby dojść do wniosku, iż wszystkie zostały nakręcone w tym samym miejscu. Scenografie sprawiają wrażenie skleconych naprędce dekoracji pokazujących na maksymalnych zbliżeniach ułamek rzeczywistości tak, jakby pan Idziak dobrze wiedział, że jeśli spróbuje pokazać choć trochę więcej, to iluzja pryśnie.
Pozostaje jeszcze kwestia trójwymiaru, tego wspaniałego efektu 3D, któremu tyle miejsca poświęcono w hucznych zapowiedziach filmu. Owszem, efekt jest, istnieje obiektywnie, nie ma kompromitacji, 3D pełną gębą i owszem, nawet robi to jakieś tam wrażenie. Tyle, że panowie Idziak i Hoffman postanowili pójść drogą martwą, drogą, która była popularna jakąś dekadę temu i która ostatecznie osiągnęła ślepy zaułek wraz z premierą „Avatara” Jamesa Camerona w 2009 r. Polscy twórcy zapomnieli bowiem, albo też nigdy się nie dowiedzieli, że swym filmem Cameron nie tylko zrewolucjonizował efekty specjalne, ale właśnie wprowadził efekt 3D na zupełnie inny.
.. wymiar. Rezygnując ze stosowanego wcześniej stylu, który polegał na rzucaniu z ekranu w stronę widza wszystkim, czym tylko popadnie, amerykański reżyser zamienił dotychczas płaski kinowy ekran w swoiste „okno na świat”, dzięki czemu mieliśmy wrażenie jakbyśmy faktycznie znajdowali się w centrum akcji, jakby Pandora objęła nas ze wszystkich stron. Rewolucja i techniczna maestria Camerona zostały godnie docenione, przez co wszystkie produkcje (no, z pewnymi wyjątkami – „Starcie Tytanów” jednym z nich) w 3D zaczęły być tworzone w podobny sposób, a „Avatar” stał się pod tym względem wzorcem, któremu tylko bardzo nielicznym udało się dorównać.
Niczego takiego nie uświadczymy w „Bitwie…”. Gdy bolszewicki agitator zagrzewa żołnierzy do ataku na Warszawę mamy wrażenie, że jego pięść za chwilę wyląduje na naszym oku, a trafiony kulą żołnierz spada nam ze stanowiska strzeleckiego prosto na łeb. W dodatku w filmie znajduje się irytująco dużo ujęć „z oczu” bohaterów, pomyślanych tylko i wyłącznie po to, żeby pochwalić się trójwymiarem i pokazać widzom czego to my nie potrafimy zrobić za te nieszczęsne dwadzieścia siedem milionów złotych. Najbardziej żenujący przykład tej filozofii następuje podczas walki na szable między Jasiem i jego dowódcą – oni walczą sobie w najlepsze, a dziewczyna obok mnie na sali mówi: „Nic nie widzę”.
’Nuff said. Jest to trójwymiar anachroniczny, wręcz prostacki, najbardziej prostacki z możliwych. A czy robi wrażenie? – owszem, robi, tylko nie do końca takie, jakie powinien.
Można by pomyśleć, że na tle ogromnej porażki, jaką jest ten film, przynajmniej końcowa „rozpierducha”, czyli właściwy Cud nad Wisłą zrobi wrażenie – jednak i tutaj Hoffman ponosi klęskę. I to klęskę chyba największą, bo w filmie, który za swój główny atut stawia widowiskowość, w samym finale i kulminacji tej widowiskowości zabrakło, przez co nawet niedzielni widzowie, którzy pójdą do kina tylko w celu zobaczenia rozmachu realizacyjnego, będą zawiedzeni. Końcowa szarża wojsk Piłsudskiego następuje prawie niezauważona i doprawdy, jeśli się nie śledzi uważnie kłębowiska żołnierzy, koni, karabinów i czołgów przewalających się przez ekran, to łatwo ją przegapić.
Oczekiwany Cud nad Wisłą zamiast prawdziwym cudem staje się zwykłym stwierdzeniem faktu, odwaleniem pracy domowej przez szkolnego uczniaka, obowiązkiem do spełnienia i zapomnienia. Dużo można o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest widowiskowy. I jeśli jakiś element „Bitwy warszawskiej” naprawdę się broni, to jest nim urzekająca muzyka Krzesimira Dębskiego, na którą jakoś nikt w recenzjach nie zwrócił uwagi.
„Bitwa warszawska” to nie film, tylko wytwór filmopodobny, a podczas obcowania z nim dotarł do mnie pewien fakt, o którym wspomniałem wcześniej i który stanowi dużą część odpowiedzi na pytanie, które zadałem na początku tej recenzji. Truizmem będzie, gdy powiem, że gdy mamy jakiś film to istnieje naturalny rozdźwięk, separacja pomiędzy tym, czym jest, a mentalnością czy intencjami jego twórców, prawda? No, generalnie tak jest – chyba, że reżyserowi podaruje się worek pełen pieniędzy i pozwoli się na wszystko na co będzie miał ochotę. Takim właśnie przypadkiem jest „Bitwa…” – stoi w całkowitej, organicznej wręcz zgodzie z zamierzeniami i intencją swych twórców, stanowi prezentację zarówno ich warsztatu technicznego, zdolności, jak i światopoglądów.
Jest żywym dowodem na coś czego młodzi ludzie, moje pokolenie, mają dość, czego się brzydzą i od czego chcą się trzymać najdalej jak tylko można – że w polskim kinie liczy się temat, a nie historia. Temat jest kluczowy, temat jest powodem i motywacją do nakręcenia filmu, to nie na historię i opowieść Mariusz Gazda wykłada pieniądze tylko na temat, ideologiczne przesłanie. Jest to najbardziej kluczowa, najbardziej fundamentalna różnica między tym najgorszym i najbardziej przaśnym podwórkiem polskiego przemysłu filmowego, a mentalnością zachodnią. Spytajcie pierwszego lepszego rzemieślnika z Hollywood, jakie jest przesłanie jego nowego filmu – na 100% odpowie wam, że on nie jest od tego, że on nie przekazuje konkretnych treści, jest jedynie opowiadaczem historii na podobieństwo bardów, którzy snuli historie przy ognisku.
Niczego takiego nie uświadczymy przy polskich twórcach. I ja tego nie wziąłem z kosmosu, o nie – wystarczy posłuchać wspomnianych przeze mnie na początku wywiadów z Jerzym Hoffmanem (zresztą polecam zapoznać się chociażby z tym, bo jest istną skarbnicą wiedzy na temat tego, jak się w Polsce robi filmy i jak podchodzi do kina w ogóle). Dla Hoffmana tak naprawdę nie jest ważne o czym jest sam film, ważne jest jakiej tematyki dotyka. Nieważne czy fabuła ma jakikolwiek sens, czy bohaterowie są bezmózgimi debilami, których działania nie mają krztyny sensu, ważne, że jest o Cudzie nad Wisłą.
Ważne, że są żołnierze na koniach, „czołgi z kartonu” jak to ktoś kiedyś dobrze określił, że jest 3D, ale już nie ma znaczenia jak pokazać tych żołnierzy albo jak właściwie to 3D ma wzbogacić film.
Właśnie ta najbardziej kluczowa z możliwych różnica między polskim, a światowym kinem, jest powodem, dla którego tak nas od niego odrzuca.
To dlatego tak bardzo mamy dość rodzimej kultury i rodzimego sposobu myślenia. Moje stwierdzenie i utwierdzenie się w tym fakcie jest największą korzyścią, jaką wyciągnąłem z obejrzenia „Bitwy warszawskiej”. I dopóki ten stan rzeczy się nie zmieni, dopóki ta mentalność nie zginie, dopóki na premierowe pokazy podobnego rodzaju szmir będzie przychodzić z wizytą para prezydencka wraz z najwyżej postawionymi politykami, dopóki kino będzie tubą, która ma przekazywać określony światopogląd, mówić o określonym temacie, przekazywać określoną treść, sygnować sobą przesłanie, a nie ma być zwyczajną historią, z której opowiadania twórcy czują najzwyczajniejszą radość (a każdy kto opowiada historie zna to uczucie) dopóty nasz polski przemysł filmowy będzie się taplać w kupie, którą pod sobą zrobił lata temu.
Fakt powstania „Bitwy warszawskiej” i wydania na ten koszmar astronomicznej sumy dwudziestu siedmiu milionów złotych, za którą można by nakręcić dziesięć tańszych i lepszych filmów, jest ponurym potwierdzeniem, że ten stan rzeczy będzie się pogłębiać, a nie spłycać.
Na razie jest to zabawne. Ale pewnego dnia przestanie być. Pewnego dnia te wszystkie dzieciaki z mojego pokolenia zaludniający polskie fora internetowe, które teraz wyśmiewają i wylewają jad na nowe polskie kuriozum, ci uzależnieni od kina maniacy oglądający po parę filmów dziennie, przestaną się z tego śmiać, a zaczną płakać. Bo zapragną coś ze sobą zrobić, nakręcić własny film, przekuć swoją pasję w pieniądze. I boleśnie przekonają się, że w polskim przemyśle filmowym jeśli nie jesteś z innymi, to jesteś przeciwko nim. O tym się nie mówi. Żaden z recenzentów „Filmu”, „Przekroju”, „Wprost” czy innych czasopism głównego nurtu w polskiej prasie o tym nie wspomina, z jakiegoś powodu nikt na tym przaśnym polskim podwórku nie jest w stanie uderzyć się w pierś i przyznać przed samym sobą do czego taka polityka z czasem doprowadzi.
Wszyscy za to zapłacimy, bo to moje i młodsze pokolenie jest przyszłością polskiego kina. I w momencie, w którym z całą mocą dotrze do nas, że wszystkie nasze marzenia zostawiliśmy w żartach i wyzwiskach pod adresem polskich filmowców na forach internetowych, to przestaniemy się śmiać, a za to bardzo, bardzo się zasmucimy.
Na koniec obrazek, będący zarówno prezentacją stanu polskiej kinematografii jak i najcelniejszą puentą, którą można podsumować tę recenzję.
Tekst z archiwum film.org.pl
