Recenzje
SZCZĘŚLIWY CZŁOWIEK (2000)
W filmie SZCZĘŚLIWY CZŁOWIEK obserwujemy dramatyczną grę między matką a synem, gdzie choroba staje się zwierciadłem ich emocji i relacji.
Film Szczęśliwy człowiek zaskakuje najbardziej, gdy porówna się go do kolejnych fabuł Małgorzaty Szumowskiej. Jest to historia trzydziestoletniego Jana Sosnowskiego (Piotr Jankowski), absolwenta wydziału kulturoznawstwa. Mieszka z matką (Jadwiga Jankowska-Cieślak), oboje utrzymują się z dorywczych prac. Czasami Janek pisze teksty do czasopism kulturalnych, ale głównie spędza czas „na niczym.” Rzadko rozmawia z mamą, najczęściej odpowiada zdawkowo bądź milczy.
Rozmowy między nimi wskazują na nadopiekuńczość matki, która o braku usamodzielnienia się Jana mówi z dużą czułością i troską. Nie wypomina braku pieniędzy. Sprawia wrażenie, że bardziej martwi ją brak dziewczyny obok syna, brak własnego życia w tradycyjnym rozumieniu. Okazuje się, że życie postawi go wobec dużej próby, tak jak czeka to Ewę i Julię – bohaterki kolejnych filmów. Matka, wykonując badania lekarskie do nowej pracy, dowiaduje się o poważnej chorobie płuc. Lekarz podejrzewa raka. Charakterystyczne, że oboje pragną zataić ten fakt wobec siebie. Rozmawiając z lekarzem proszą o nie przekazywanie informacji o chorobie. Nie są w stanie, mimo głębokiej więzi, porozmawiać ze sobą i otwarcie spojrzeć na problem. W ten sposób zaczyna się między nimi gra w udawanie, w którą zaangażowany zostaje nawet ksiądz.
Gra toczy się także na nieco wyższym poziomie. Janek stwierdza, że nigdy nie spełnił marzeń i oczekiwań matki. Mimo że nie oczekiwała zbyt wiele: ona ma takie małe wymagania, zawsze chciała mieć nową wersalkę i mogłem zarobić i kupić jej tę wersalkę. Nie zdobywa się jednak na wyznanie tego smutnego spostrzeżenia matce, ale postanawia „nadrobić” zaległości, przedstawiając jej inną wizję siebie. Janek jest przekonany, że matka umrze w ciągu najpóźniej pół roku i chce jej dać szczęście widzenia go takim, jak oczekiwała. Poznaje Martę (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, która w filmie 33 sceny z życia zagra umierającą matkę Julii), samotnie wychowującą małą córeczkę.
Janka nie można określić jako zakochanego, raczej zamierza wykorzystać Martę do przedstawienia dla matki. Gdy spędzają wspólnie noc, pyta: potrafisz kłamać? i w ten sposób „angażuje” ją jako narzeczoną do czasu śmierci matki. Znamienne, że w filmie nie ma sceny, która sugerowałaby, że Janek wierzy w uleczenie matki. Po rozmowie z lekarzem szybko zaczyna planować, co zrobi przed jej śmiercią.
Pierwszy film reżyserki wyróżnia się najbardziej pesymistyczną wizją świata współczesnego człowieka. Jeśli 33 sceny życia miały być zrealizowane realistycznie i przy pomocy „brudnych zdjęć”, to taki efekt udało się uzyskać właśnie przy debiucie fabularnym. Kamienica, w której żyje Janek z matką, jest ciemna i brudna. Stwarza to wrażenie zamknięcia i duszności. Kamera nie oświetla małych wnętrz, gdzie rozgrywają się wydarzenia, a te ograniczone są do mieszkań ich i Marty oraz szpitala. Ilustracyjna muzyka towarzysząca wydarzeniom jest zdecydowanie bardziej dynamiczna niż to, co rozgrywa się na ekranie.
Film zrealizowano jako bardzo kameralny dramat, bez spektakularnych wydarzeń i wybuchów emocji. Śledząc strategie aktorskie każdego z filmów, można dostrzec ogromne różnice. W Szczęśliwym człowieku gra jest minimalistyczna, w recenzjach oskarżano autorkę nawet o brak emocji przedstawianych bohaterów. Postaci niewiele rozmawiają, nie wyrażają uczuć. Uważam, że był to dobry sposób na podkreślenie niemożności realnego kontaktu między nimi, załamania naturalnej człowiekowi bliskości. Jest to też podważenie filmu jako formy, która przekazać potrafi prawdę o bohaterze. Nie znajdujemy w nim odpowiedzi, które tłumaczyłyby zachowania Janka i matki.
Nie wiemy też, jak potoczy się przyszłość matki i Marty. Otwarte zakończenia to, moim zdaniem, trafny wybór Szumowskiej. Jednak film nie był pochlebnie oceniany w Polsce. Krytycznie pisała o nim na przykład Bożena Janicka:
Tymczasem autorka „Szczęśliwego człowieka” nie liczy się zupełnie z psychologią odbioru. Film nie dostarcza widzowi żadnej z satysfakcji, których szuka się w kinie. Nie mam na myśli komercyjnych atrakcji, lecz te właściwości przekazu, które pozwalają emocjonalnie uczestniczyć w akcji. Powściągliwość postaci w okazywaniu uczuć niekoniecznie podsuwa myśl, że te uczucia istnieją, są tylko głęboko skrywane.
Trudno nie przyznać racji, że żaden z głównych bohaterów filmów Szumowskiej nie cieszy się bezwzględną sympatią widza. Zachowania i podejmowane przez nich decyzje często nie są zgodne z przyjętymi normami. Niekiedy trudno zrozumieć i zaakceptować wybory, jakich dokonują. O ile nie zgadzam się z opinią, że film nie niesie ze sobą żadnych emocji, uwaga o szczególnym lekceważeniu przez Szumowską praw odbioru ma w sobie sporo słuszności. Reżyserka ignoruje podstawową zasadę, że film ma zaciekawić widza, że odbiorca powinien mieć możliwość zaangażowania się w przedstawiane wydarzenia, utożsamiać z wyeksponowanym głównym bohaterem.
Tymczasem Szumowska korzysta z technik dystansujących wobec widza. Szczególnie w pierwszym filmie akcja częściej drażni niż fascynuje, jeśli można tak to ująć. Ten zarzut był stawiany nie tylko wobec Szczęśliwego człowieka, ale także kolejnych filmów autorki.
Postawa Jana i jego pomysł na „przedstawienie” dla mamy nie znajduje uzasadnienia w filmie. Nie poznajemy Jana na tyle, żeby móc go scharakteryzować. Na pewno cechuje go szczególny rodzaj wycofania. Mimo że jest osobą młodą i dopiero zaczyna samodzielne życie. Przedstawiana historia nie odpowiada, dlaczego Jan właśnie tak się zachowuje, co działo się w przeszłości. Kolega Janka ze szkoły wspomina, że Janek był najbardziej obiecującym i zdolnym uczniem. Szukam w Ono i 33 scenach z życia drugoplanowych postaci, które mogłyby być tak źle i jednoznacznie ocenione, jak postać Rudego, dawnego kolegi z klasy Janka.
Można mieć zastrzeżenia do zachowań przedstawianych tam postaci, ale żadna nie dorównuje cynizmem Rudemu. Pojawia się w życiu Janka niczym postać z zupełnie innego świata. Dobrze ubrany, roześmiany, zadowolony z życia. Widać, że ma pieniądze, a tych Janek teraz bardzo potrzebuje. Wchodzi z Rudym w układ, pomaga mu wykupić kamienicę, w której mieszkają. Rudy jest właściwie jego przeciwieństwem: pewny siebie i przekonany o wartości życia, szczególnie ze względu na dobra materialne. Może ma to określać symboliczne przeciwstawienie „być i mieć”, życia materialnego i duchowego. Ale nie jestem pewna, czy Jankowi kolega nie imponuje, a nawet czy mu nie zazdrości tej pewności siebie.
To też ironiczna ocena naszych marzeń i aspiracji zderzonych z realnym życiem, w końcu to Janek był kiedyś „lepszy”. Janek jest postacią niejednoznaczną, bo jako widzowie nie potrafimy określić negatywnie bądź pozytywnie jego wyborów. Jeśli założymy, że brak zaangażowania w życie i „karierę” wynika z cichego buntu wobec brutalnych praw rzeczywistości, jak mógłby się zdecydować na sprzedaż mieszkania, która dla jego rodziny i zaprzyjaźnionych sąsiadów oznacza utratę domu? Jeśli Janek to osoba nadwrażliwa i dlatego zamknięta na świat, jak mógłby tak cynicznie i z wyrachowaniem traktować Martę (posuwając się nawet do uderzenia jej)? Warto zwrócić uwagę, że inaczej niż w kolejnych filmach, ojciec w życiu Janka jest całkowicie nieobecny i nieważny.
Pyta matkę o to, jaki był, ale nie otrzymuje w odpowiedzi żadnych szczegółów. Stąd relacja z matką pełna nadopiekuńczości i przekonanie Janka, że nie spełnia się jako opiekun rodziny.
Kolejne filmy to odejście od ascetycznej formy debiutu. 33 sceny z życia, mimo że traktują o śmierci, prezentują pełną gamę barw i czarny humor. Wnętrza wypełnia światło, bohaterowie są ekspresyjni i charakterystyczni. Pod względem formy te dwa filmy mogłyby być przypisane różnym autorom. Nawet ujęcie miasta jest wyraźnie odmienne. Kraków z debiutu Szumowskiej jest odzwierciedleniem życia przedstawianych bohaterów: jest smutny i ponury. Jest marginesem „wielkiego świata”, który jeśli sobie o życiu „na dole” przypomina, to tylko po to, aby za chwilę je zniszczyć.
Tutaj w formie wyeliminowania mieszkańców atrakcyjnie usytuowanej kamienicy. Gdyby próbować umieścić trójkę naszych bohaterów na hierarchicznej drabinie społecznej zgadzałoby się to z chronologią filmów: Janek najniżej, biedny i zdaje się bez perspektyw; Ewa prezentuje klasę średnią, przeciętną rodzinę zapatrzoną w ekran telewizora i w końcu Julia, utalentowana z „dobrej” rodziny. Może to nadużycie interpretacyjne, ale taką ewolucję postaci można dostrzec.
Koniec wydarzeń okazuje się odmienny niż przewidywania Janka. Choroba mamy to nie rak, kobiecie nie grozi szybka śmierć. Matka zdążyła już zaprzyjaźnić się z Martą, zaakceptować i pokochać jej córkę. Być może uwierzyła w szczerość uczuć Jana do tej skrzywdzonej przez los dziewczyny. On jeszcze nie wie o diagnozie postawionej matce, spędza czas na melinie u sąsiada, z której nagle wychodzi i bardzo szybko w nocy jedzie do szpitala. Tłumaczy pielęgniarce, że musi coś powiedzieć chorej matce. Gdy widzi puste szpitalne łóżko, nie czeka na pielęgniarkę i sam dopowiada sobie zakończenie.
Przypadek sprawia, że odjeżdżając stamtąd, trafia na tory pociągu. Zakończenie jest ledwie zasygnalizowane, nie można wykluczyć, że było to samobójstwo Janka lub po prostu nieszczęśliwy wypadek. Wraca do tej sceny Monika Bator w artykule „Śmierć nieprzedstawiona we współczesnym polskim filmie fabularnym”, akcentując przedstawienie śmierci jako formę najwyższej kary dla bohatera. Janek nie potrafi dojrzale zaangażować się w uczucie do Marty, boi się opieki nad jej córką. Sprawia wrażenie, jakby otaczający go ludzie stanowili dla niego jedynie problem:
Jan odrzuca miłość, chyba przede wszystkim ze strachu przed odpowiedzialnością, przed koniecznością odkrycia własnej twarzy, emocjonalnego zaangażowania się. Nie podejmuje wyzwania i… ginie w zakończeniu filmu; staje się to przypadkiem, nieefektownie i bezsensownie.
Scenę śmierci Janka kończy komentarz mamy, która razem z Martą czeka na niego w domu. Mówi, że on zawsze się spóźnia. Tym razem los spóźnił się z być może najważniejszą dla niego informacją. Zakończenie filmu i śmierć głównego bohatera również nie ułatwia interpretacji tej historii. Śmierci nie da się przewidzieć, nie można jej zaplanować. Zamiast mamy ginie Janek i jego plan dla niej. Kolejny raz w filmie Małgorzaty Szumowskiej metaforą życia okazuje się związek rodzenia i umierania.
Gdy Janek udaje się do księdza po wiadomości o chorobie matki, zachowuje się tak, jakby szukał ratunku w religii. Pyta, czy jeżeli ktoś jest śmiertelnie chory, to trzeba mu o tym powiedzieć. Ksiądz odpowiada przekornie: Powiedz, czy chciałbyś być przy narodzinach swojego dziecka? Umieranie jest przecież takie podobne do narodzin. Obecność Boga sygnalizowana jest przez księży w szpitalu oraz powracający motyw zakonników na boisku przed kościołem. Ale nie ma go w życiu Jana i jego mamy, nie znajdują w nim pomocy wobec fundamentalnego problemu śmierci. Nie są też razem, wzajemne okłamywanie symbolizuje brak realnego kontaktu między nimi.
Gdy Janek za pieniądze od Rudego kupuje mamie płaszcz, kobieta jest zła, że marnuje na nią pieniądze. To był płaszcz zimowy, a ona przecież nie liczy na przeżycie kolejnego roku. Pierwszy raz słychać w jej głosie autentyczny żal do syna i zrezygnowanie: Od kogo pożyczyłeś? Teraz nie starczy nam na życie. Kiedy ty wydoroślejesz? Jej słowa dobrze określają sytuację Janka. Moment choroby mamy jest dla niego szansą na późne, ale ostateczne „odcięcie pępowiny”. Ale on nie jest w stanie zachować się dojrzale i odpowiedzialnie, jak dziecko próbuje coś udawać i angażuje się w zabawę uszczęśliwiania mamy. Ogarnia go strach na myśl, że matki może za chwilę nie być w jego życiu. Gdy mama nie odpowiada na jego wołanie, gdy jest w łazience, wydaje się przerażony. Nie potrafi zaangażować się w życie.
Co stałoby się, gdyby Janek przeżył? Może resztę życia poświeciłby na zdobywanie zadowolenia w oczach mamy, nigdy od niej się nie usamodzielniając? Być może uspokojony wiadomością, że nie jest śmiertelnie chora, wróciłby do wcześniejszego stylu życia i zostawiłby niepotrzebną w tym przypadku Martę. Prędzej czy później wyszłaby na jaw sprawa sprzedanej kamienicy, jak zakończyłaby się ona dla bohatera? Wobec chaotycznych zachowań Janka tytuł Szczęśliwy człowiek nabiera bardzo pesymistycznego wydźwięku. Bohater szuka recepty na szczęście, ale nie jest w stanie go osiągnąć. Miota się, nie znajdując żadnego fundamentu dla siebie. Szumowska nie zawarła w filmie recepty na bycie szczęśliwym. Nie uczyniła tego również w kolejnych swoich filmach.
Tekst z archiwum film.org.pl.
