search
REKLAMA
Felietony

Dlaczego WARTO czekać na LAST NIGHT IN SOHO

Opublikowany ostatnio trailer wypadł lepiej niż dobrze, więc pora przyjrzeć się powodom, dla których Last Night in Soho może być najważniejszą premierą nadchodzącej jesieni.

Krzysztof Nowak

28 maja 2021

REKLAMA

Na żaden film nie czekam obecnie bardziej niż na Last Night in Soho (Ostatniej nocy w Soho) Edgara Wrighta i ta sytuacja nie zmieniła się od zeszłego roku, kiedy początkowo miał mieć premierę. Mimo że pandemia zmusiła twórców do przesunięcia pierwotnej daty, to plan wydawniczy prawdopodobnie pozostanie zachowany – celuje się bowiem w gorący sezon nagród, przełom października i listopada. Czy związana z tym wiara studia w sukces artystyczny i komercyjny projektu jest jedynym powodem, dla którego warto go wyczekiwać? Nie, zdecydowanie nie.

To jakie są inne powody?

Powód 1. Obsada

Zacznijmy od tego, co było widać już na liście castingowej, a jeszcze mocniej rzuciło się w oczy w trailerze: w Last Night in Soho zobaczymy dwa bodaj najgorętsze kobiece nazwiska młodego pokolenia – Anyę Taylor-Joy i Thomasin McKenzie. Ta pierwsza zachwyciła ostatnio publiczność przy okazji ról w Emmie i Gambicie królowej (sam zaś ubóstwiam ją także za Czarownicę…), podczas gdy drugą można kojarzyć z Jojo Rabbit i nieco mniej (choć kreacja równie znakomita) z Zatrzyj ślady. Obie bardzo utalentowane, charyzmatyczne i przyciągające wzrok, a przy tym próbujące sił w najróżniejszych projektach. Na nich obsada się jednak nie kończy. Na drugim planie zobaczymy Matta Smitha i Dianę Rigg. Pierwszy dotychczas grywał głównie w serialach – fani Doktora Who z pewnością rozpoznają w nim tytułową postać z sezonów 5–7 – ale chyba wreszcie zagrzeje miejsce w Hollywood za sprawą omawianego Last Night in Soho oraz Morbiusa. Tymczasem druga w ostatnim czasie zapisała się w naszej pamięci dzięki kreacji lady Olenny w Grze o tron. Niestety aktorka zmarła w zeszłym roku, więc będzie to jej ostatnia rola.

Powód 2. Twórcy

Edgar Wright to jeden z moich ulubionych twórców komedii XXI wieku. Tak, twórca Wysypu żywych trupów czy ukochanych przeze mnie Baby Driver oraz Scott Pilgrim kontra świat tym razem bierze się za horror psychologiczny. I jakkolwiek mogłoby się wydawać, że trudno o bardziej sprzeczne kompetencje, to żeby nie sięgać daleko – Jordan Peele udowodnił w Uciekaj! i To my, że komediowy rodowód w żaden sposób nie przekreśla ewentualnej smykałki do kina grozy. Oba nurty opierają się przede wszystkim na sprawnej reżyserii i timingu, dlatego ufam wyczuciu Wrighta i wierzę, że ściśnie mnie za gardło w scenach pełnych napięcia równie mocno, jak doprowadzał mnie do napadów śmiechu w trylogii Cornetto.

Nie należy zapominać także o współautorce scenariusza, Krysty Wilson-Cairns. Kobieta sprawdziła się ostatnio w 1917, gdzie dopasowała tekst do założeń produkcyjnych i wyszła z postawionego przed nią zadania obronną ręką, zgarniając przy okazji nominację do Oscara. Nie jest to przy tym jedyny projekt na jej koncie – pracowała także nad historią w serialu Dom grozy, którego sam co prawda nie widziałem, ale patrząc na oceny krytyków i widzów, został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Wydaje się więc, że scenariusz filmu jest w dobrych rękach, a że autorka wciąż pracuje na swoje nazwisko, to niewykluczone, iż ujrzymy nawet przebłysk scenopisarskiego geniuszu.

Powód 3. Temat przewodni

Sięganie do przeszłości i syntetyczne wyciąganie z niej pocztówkowych wręcz obrazów to jednocześnie szansa i zmora współczesnego kina. Na każde Pewnego razu… w Hollywood czy Coś za mną chodzi, gdzie stylizacja służy tematyce i historii, przypada jedno Stranger Things lub Wonder Woman 1984, w których korzystanie z nostalgicznych chwytów staje się sztuką dla sztuki. W Last Night in Soho zobaczymy Londyn lat 60., ale nie upatruje się w tym narracyjnym zabiegu próby ugrania kapitału na naszej popkulturowej tęsknocie za tym, co było. Jak powiedział w jednym z wywiadów sam Wright: „Tym, co łączy mnie z główną bohaterką, jest poczucie nostalgii do dekady, w której nie żyłem. Myślisz o Londynie lat 60. – jak by to było? […] A rzeczywistość tamtej dekady może być inna, niż [postać – przyp. red.] sobie wyobraża. Zawiera się w niej przestroga, żeby uważać na to, co sobie życzy”. I dokładnie tego oczekuję od projektów osadzających akcję w settingu historycznym – chęci spojrzenia na dawne czasy krytycznym okiem. Uwypuklenia ich atrakcyjności także, lecz nieodłącznie związanego z wytknięciem toczących je problemów. Dodajmy do tego inspiracje Wstrętem Polańskiego oraz Nie oglądaj się teraz Roega, do których otwarcie przyznaje się Wright, a otrzymujemy obraz horroru nieustannie balansującego na granicy realizmu i snu, do czego osobiście mam słabość.

Powód 4. Realizacja

Że Wright jest mistrzem kreatywnego montażu, to wiadomo nie od dziś – pytanie brzmi jednak, jak sprawdzi się przy okazji kina grozy. Część z montażowych sztuczek mogliśmy zobaczyć już w materiale promocyjnym – mam tu na myśli płynnie sklejoną sekwencję tańca. Co ciekawe, po raz pierwszy w karierze pracuje z genialnym koreańskim operatorem Chungiem Chung-hoonem i nie wierzę, żeby ten nie wniósł swoich pomysłów do projektu. Możliwości artysty mogliśmy podziwiać przy okazji filmów jego dotychczasowego współpracownika, Parka Chan-wooka. A jeżeli nadal nie jesteście pewni, o kim mowa, to wystarczy wspomnieć niesamowitą scenę walki z Oldboya czy przemyślane, rewelacyjne ujęcia ze Służącej, rozbijające konwencję dramatu kostiumowego do takiego stopnia, że pewnie do dzisiaj niektórzy reżyserzy drapią się po głowie i pytają, czy tak w ogóle można. Jak gdyby tego było mało – w Last Night in Soho znajdziemy także elementy kina giallo! Szykuje się prawdziwa uczta dla fanów kreatywnej zabawy formalnej.

Powód 5. To po prostu świetnie wygląda!

Prawda jest taka, że podobnie argumentować można niemal każdą premierę uznanego twórcy. No bo czy to raz byliśmy zwodzeni hucznymi zapowiedziami i obietnicami zredefiniowania kina? Czy nie spotykało nas rozczarowanie, gdy po długich miesiącach oczekiwania otrzymywaliśmy jedynie część składanych deklaracji? Chłodny stosunek do maszyny marketingowej nakazuje brak nadmiernego entuzjazmu, jednak trudno mi nie oglądać z zachwytem opublikowanego ostatnio trailera, gdy okazuje się, że wszystkie przywołane dzisiaj powody układają się w nim w piękną całość. Neonowa otoczka potęgująca wrażenie odrealnienia oglądanej rzeczywistości, efektowny montaż sugerujący nachodzenie się tożsamości obu bohaterek, kiczowate horrorowe zagrywki będące najpewniej efektem nadwyrężonego stanu psychicznego protagonistki, a do tego proste, lecz współgrające z emploi aktorów podłoża do gry. Last Night in Soho zapowiada się na coś, co znamy doskonale, ale czego jeszcze nie widzieliśmy w takim wydaniu. I cholera, choć teraz strzelam w ciemno i mogę przez to przestrzelić – to chyba jednak będzie arcydzieło.

Krzysztof Nowak

Krzysztof Nowak

Kocha kino azjatyckie, szczególnie koreańskie, ale filmami zainteresował się dzięki amerykańskim blockbusterom i ma dla nich specjalne miejsce w swoim sercu. Wierzy, że kicz to najtrudniejsze reżyserskie narzędzie, więc ceni sobie pracę każdego, kto potrafi się nim posługiwać.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA