search
REKLAMA
Plebiscyt

NAJLEPSZE KOMEDIE WSZECH CZASÓW. Wielki ranking czytelników

REDAKCJA

16 czerwca 2019

REKLAMA

Komedia towarzyszy X muzie praktycznie od jej początków. Celem kina od zawsze było przecież rozśmieszać widzów. Wybór tych najlepszych, najśmieszniejszych komedii nie był więc wcale taki prosty. Są w końcu przezabawne, absurdalne slapsticki, parodie i farsy dla widzów, którzy lubią oglądać film z nadzieją na pękniętą przeponę. Są jednak i filmy, które przeplatają śmiech z płaczem, komedię z dramatem; tragikomedie, czarne komedie czy komediodramaty, które prócz zabawy dostarczają nam nieco powagi, zachęty do przemyśleń. Niektóre mimo grubej warstwy śmiechu potrafią pozostawić po sobie gorzki, ponury posmak. Mimo tak szerokiego spektrum gatunkowego naszym Czytelnikom udało się w pocie czoła wybrać 50 najlepszych komedii wszech czasów.

Poniżej znajdziecie listę 50 zwycięskich tytułów. Zobaczcie sami, czy wyniki was zaskoczą. Nie zapomnijcie podzielić się wrażeniami w komentarzach.

50. Goście, goście

Les Visiteurs,  1993, reż.  Jean-Marie Poiré

W mającej dziś już status kultowej komedii (5. najbardziej kasowy francuski film wszech czasów) Jean Reno wcielił się w Godefroya Amaury’ego de Malfête, średniowiecznego hrabiego kilku francuskich prowincji, który w wyniku splotu niezbyt fortunnych zdarzeń wraz ze swym giermkiem trafia do XX wieku. Klasyczna komedia omyłek to znakomita odtrutka na szarą rzeczywistość, a przy okazji niezbity dowód na to, że Reno posiada ogromny talent komediowy. W duecie z Christianem Clavierem bawią do łez i choć nie jest to humor szczególnie wyszukany, Goście, goście to tytuł, do którego można bez zażenowania wracać wielokrotnie, dając się rozśmieszać przez Jeana-Godefroya i jego gapowatego giermka. [Dawid Myśliwiec, fragment zestawienia]

49. Straszny film

Scary Movie, 2000, reż.  Keenen Ivory Wayans

Całkiem niezła parodia młodzieżowych horrorów bardzo popularnych pod koniec lat 90-tych. Dostało się KrzykomKoszmarowi minionego LataSzóstemu ZmysłowiBlair Witch Project a nawet Matrixowi. Bardzo specyficzne poczucie humoru, trochę absurdalne, trochę kloaczne – bawi, ale raczej jednorazowo. O aktorstwie nie wspomnę, przemilczę. Pojawia się sporo smaczków nawiązujących do popkultury, głównie amerykańskiej. [Tomasz Urbański]

48. Książę w Nowym Jorku

Coming to America, 1988, reż.  John Landis

Wiecznie młody Eddie Murphy. Jeden z niewielu filmów nie tylko komediowych, które nie mogą się znudzić. Świetne sceny u fryzjera, akcja w Madison Square Garden, scena przyjazdu do USA, podryw w nocnym klubie (genialny Arsenio Hall). [Piotr Plewa]

47. Poszukiwany, poszukiwana

1972, reż. Stanisław Bareja

Bohaterem filmu jest Stanisław Maria Rochowicz, pracownik muzealny, który pewnego dnia ma pecha być oskarżonym o kradzież obrazu. Płótno to, przedstawiające dłoń, pędzla wyszczekanego i upierdliwego artysty Bogdana Adamca, jest właściwie bezwartościowym knotem, lecz jako „dzieło sztuki” przedstawia sporą wartość finansową, a za jego brak w magazynie muzeum Bogu ducha winnemu Rochowiczowi grozi 5 lat więzienia. Nie mając innego wyjścia, przebiera się za kobietę i ucieka, by w spokoju namalować replikę obrazu i podrzucić do magazynu. Pomimo przypisywanych filmowi przedwojennych koneksji (w Czy Lucyna to dziewczyna (1934)) również miały miejsce przebieranki i wynikająca z tego komedia pomyłek), Poszukiwany poszukiwana to dzieło świeże, na wskroś współczesne, z ostrzem satyry celnie wymierzonym w ówczesną peerelowską absurdalną rzeczywistość. […] Podczas kolaudacji zarzucano reżyserowi niespójność fabuły, rozbitej na szereg epizodów i konfrontacji Stanisława/Marysi z nieznośną rzeczywistością. Nie wiedzieli oni, że właśnie są świadkami narodzin – nie, nie nowej świeckiej tradycji – lecz specyficznego stylu reżysera, który, rozwinięty, doprowadzi Stanisława Bareję na szczyty popularności. [Adrian Szczypiński, fragment artykułu]

46. Maska

The Mask, 1994, reż.  Chuck Russell

 To, co sprawia, że zaadaptowana z komiksu Maska stała się światowym przebojem, to fenomenalna rola będącego wtedy na komediowym topie Jima Carreya, który stworzył bohatera dającego się z miejsca polubić, równocześnie dając fenomenalny popis sztuki komediowej. Aktor podtrzymuje swoją charyzmą film i nadaje mu komediowe tempo, do którego dostosowuje się cała reszta. I to samo w sobie jest już wystarczającym powodem, aby zapoznać się z tą filmową beczką śmiechu, która w wielu kręgach stała się już kultowa. Oprócz komediowego szaleństwa, Maska niesie ze sobą również efektowny popis specjalistów od efektów komputerowych, którzy radośnie korzystają z komiksowej stylistyki oraz… lekki morał. Morał cieszący oko i nienużący, bo po seansie w pamięci pozostają i tak wygłupy Carreya oraz szeroki banan na twarzy. Świetna komediowa pozycja! [Darek Kuźma, fragment artykułu]

45. Brunet wieczorową porą

1976, reż.  Stanisław Bareja

Stanisław Bareja w początkowej fazie twórczości zrealizował dwie produkcje kryminalne: film Dotknięcie nocy (1961) i serial Kapitan Sowa na tropie (1965). Potem filmem Brunet wieczorową porą przypomniał o sobie jako o miłośniku zagadek kryminalnych. Intrygę z morderstwem wzbogacił jednak sporą dawką humoru i czegoś, co określa się mianem bareizmów, czyli specyficznego absurdu i kiczu. Krzysztof Kowalewski, typowy polski everyman, został postawiony w sytuacji dziwnej, w której zwykła polska codzienność nagle zostaje wywrócona do góry nogami. Doskonale, lepiej niż w innych filmach tego twórcy, wybrzmiewa satyra na PRL-owską rzeczywistość. Pijaństwo, cwaniactwo, arogancja otaczają ten świat i atakują na każdym kroku próbujących żyć uczciwie zjadaczy chleba. Przy tworzeniu komicznych sytuacji i dialogów brał udział Stanisław Tym, który nie był zadowolony z efektu końcowego, dlatego podpisał się pseudonimem. Z filmem kojarzona jest również piękna piosenka Cygańska jesień w wykonaniu Anny Jantar. Brunet wieczorową porą to w pełni udane i wbrew pozorom inteligentne kino rozrywkowe, a dla osoby piszącej te słowa – ulubiony film Barei. [Mariusz Czernic, fragment plebiscytu]

44. Poranek kojota

2001, reż.  Olaf Lubaszenko

Poranek kojota nie prezentuje już tak wysokiego poziomu jak rok starszy Chłopaki nie płaczą, ale nie znaczy to, że Olaf Lubaszenko zaliczył wpadkę. Przeciwnie, jego kolejna gangsterska komedia to wciąż kawał solidnego kina rozrywkowego z ciekawymi, wyrazistymi bohaterami i wieloma świetnie wyreżyserowanymi scenami. Tym razem jednak reżyser postawił bardziej na fabułę niż zestaw śmiesznych gagów i komicznych sytuacji, bo i dialogi nie są już tak nastawione na komizm. Niemniej Poranek… nadal ma w sobie mnóstwo przezabawnych momentów i niezapomnianych one-linerów, a łącząc to z bardziej osobistą opowieścią o młodocianej miłości z gangsterami w tle, Lubaszenko i Korzyński stworzyli fabułę trochę bardziej spójną od Chłopaki nie płaczą, mocniej osadzoną w rzeczywistości, lecz wciąż odznaczającą się swojską lekkością, dowcipem, a nawet nutką groteski. [Dawid Konieczka, fragment plebiscytu]

43. Rejs

1970, reż. Marek Piwowski

Trudno opisać ten film w taki sposób, by zachęcić do oglądania. Bo każdy opis fabuły czy konkretnej sceny z filmu brzmiałby bez sensu. Ale w dzisiejszej polskiej rzeczywistości niewiele jest osób, które nie słyszałyby o tym filmie. Stał się on właściwie legendą, dziełem kultowym, z którego teksty są często cytowane, być może nawet przez osoby, które filmu nie widziały. Trudno uwierzyć, że był tu jakiś scenariusz i jakiś reżyser, bo całość wygląda jak zbiór losowo zmontowanych scen ukazujących nijakich, bezbarwnych obywateli gadających bez sensu (chciałoby się dodać „nuda – jak w polskim filmie”). Ta zwyczajność wybrzmiewa w dużym stopniu dzięki zatrudnieniu wielu naturszczyków. Ale pod tym całym improwizowanym, satyrycznym spektaklem misternie ukryta jest krytyka totalitaryzmu i wszelkiego zniewolenia. Wszechobecny absurd i głupota wynikają z nieudolnego zarządzania. W tym chaosie jest metoda – reżyser Marek Piwowski i scenarzysta Janusz Głowacki mają konkretny cel i realizują go w formie eksperymentalnej. Upływ czasu pokazał, że to był udany eksperyment – historia polskiego kina byłaby uboższa bez tego tytułu. [Mariusz Czernic, fragment plebiscytu]

42. Żandarm z St. Tropez

Le Gendarme de Saint-Tropez, 1964, reż.  Jean Girault

Pomysł na pierwszą część Żandarma narodził się w głowie Richarda Balducciego podczas wakacji w Saint-Tropez. Scenarzyście tajemniczo zniknęła wtedy kamera, a miejscowi przedstawiciele prawa nie bardzo kwapili się do szukania złodzieja. Pomysł na film okazał się na tyle trafiony, że po pierwszej części powstało ich jeszcze pięć. […] De Funès stworzył bohatera, u którego emocje zmieniają się na twarzy jak w kalejdoskopie, co rusz wykrzywiając ją w grymasie niezadowolenia, zdziwienia, przerażenia czy usłużnego uśmiechu. Przerysowanie – to chyba najlepsze określenie jego gry aktorskiej. Wszystkiego jest tutaj dużo – gestów, grymasów, krzyków. Cruchot wymachuje rękami, skacze i biega, jakby zwyczajnie cały czas był na jakichś prochach. Stanie się to dla de Funèsa znakiem rozpoznawczym, marką jego gry aktorskiej. Kolejne postaci również będą typami cholerycznymi, krzyczącymi, gestykulującymi. A twarz – twarz to prawdziwe aktorskie dzieło sztuki. De Funès potrafi odmalować na niej każdą emocję i zrobić z nią niemal wszystko (jak w Oskarze, w przekomicznej scenie ciągnięcia się za nos). [Anna Niziurska, fragment artykułu]

41. Pogromcy duchów

Ghostbusters, 1984, reż.  Ivan Reitman

Bardzo ważną rolę odgrywały w filmie efekty specjalne. Ówcześnie prezentowały się one rewelacyjnie, dziś mogą budzić ironiczny uśmieszek, aczkolwiek mają swój urok. Jednak główną siłą Pogromców duchów nie była strona techniczna (choć perfekcyjna), ale dialogi. Kwestie wygłaszane przez wiecznie zblazowanego i krytycznego Petera Venkmana, pseudo-naukowe teorie Raymonda Stantza, chłodne, analityczne, a zarazem absurdalne kalkulacje Egona Sprenglera czy dziwaczne monologi Luisa Tully’ego nie zestarzały się ani trochę i bawią nawet dziś, gwarantując rozrywkę najwyższej klasy. Szczególnie wyróżnia się Bill Murray z klasą potrafiący wybić z rytmu każdego rozmówcę (nawet spirytualnego!) powodując salwy śmiechu u widza. […] Ta specyficzna mieszanka komedii, horroru i science-fiction należy już do klasyki, a w pewnych kręgach dzierży status obrazu kultowego. Nie sposób nie zgodzić się z tym twierdzeniem. Pogromcy duchów mają w sobie magię, która odżywa podczas każdego seansu – cały czas towarzyszy widzowi nastrój doskonałej zabawy. Pomimo ponad dwudziestu lat na karku obraz trzyma się świetnie i bawi kolejne pokolenia widzów. Zresztą wiecie, bo zapewne widzieliście Pogromców duchów. Nie zaszkodzi jednak zaserwować go sobie po raz kolejny. Dobre filmy można oglądać w nieskończoność. [Piotr Żymełka, fragment artykułu]

REKLAMA