Publicystyka filmowa
ZNIENAWIDZONA ÓSEMKA. Reżyserzy, którzy nigdy nie nakręcili dobrego filmu
ZNIENAWIDZONA ÓSEMKA to przewrotna analiza reżyserów, którzy nigdy nie stworzyli dobrego filmu, odtwarzając chałturę na ekranie.
Kręcić filmy każdy może – trochę lepiej lub trochę gorzej. Są jednak ludzie, którzy powinni mieć dożywotni zakaz wstępu na plan filmowy. Tym osobom w całej swojej karierze nie udało się stworzyć ani jednego udanego dzieła, choć nieraz miały okazję pracować z utalentowanymi aktorami przy porządnym budżecie. Bardzo nieliczni z nich to zapaleńcy pozbawieni zmysłu artystycznego – większość po prostu ma gdzieś widza i świadomie odwala nędzną chałturę, która może nie zawojuje kin, ale zarobi na siebie i kolejne pomylone projekty. Kino od zawsze jest biznesem, ale nawet po produkowanych taśmowo rozrywkowych tytułach mamy prawo oczekiwać chociażby właśnie niezłej rozrywki! Postanowiłem więc znaleźć kilku panów (a jakże), którzy powinni natychmiast rzucić reżyserię i zająć się dosłownie czymkolwiek innym.
Możecie to potraktować jako szczere ostrzeżenie – wybierając się na film któregokolwiek z nich, macie zagwarantowane, że właśnie zmarnowaliście dwie godziny życia i około 20 złotych, które mogliście wydać lepiej na tysiąc innych sposobów.
Dennis Dugan
Na czternaście filmów w dorobku reżyserskim Dennisa Dugana przypada aż osiem z Adamem Sandlerem w roli głównej. Czy naprawdę trzeba coś tu dodawać? Tandetny slapstick, szczeniackie żarty z seksu i ludzkiej fizjonomii, prymitywne żerowanie na stereotypach – wszystko to składa się na kolejne kretyńskie komedie Dugana. Krytycy naturalnie jadą równo po każdym z tych gniotów, ale co z tego? Adam Sandler z kompletnie niezrozumiałych dla mnie powodów niezmiennie cieszy się sporą popularnością, a jego filmy przynoszą niemałe zyski. Jack i Jill, Duże dzieci i Państwo młodzi: Chuck i Larry mogą być bezdennie głupie, ale w wynikach box office przeganiają nieporównywalnie bardziej wartościowe produkcje. Można się złościć i załamywać ręce, ale to widzowie głosujący portfelami tworzą rzeczywistość, w której pieniądze zarabia się na takim chłamie.
Raja Gosnell
Jeśli widzieliście mniej niż czterdzieści wiosen, istnieje duża szansa, że Raja Gosnell dorwał wasze ulubione postaci z dzieciństwa i na waszych oczach solidnie je wygrzmocił. Czy za młodu (za szczeniaka?) regularnie oglądaliście, jak Scooby Doo z ekipą rozwiązuje zagadki z pogranicza horroru i kryminału? Proszę bardzo, oto denna komedyjka pełna seksualnych aluzji i niezawodnych żartów o bekaniu i pierdzeniu! Co tam mówicie? Scrappy Doo to fajna postać? Średniobudżetowe CGI z 2002 roku fatalnie się zestarzeje w mgnieniu oka? W takim razie zróbmy z tego pierwszego beznadziejnego złoczyńcę, a cały film wypełnijmy jak największą liczbą kiepsko animowanych postaci! Idźmy dalej – Smerfy.
Kto by tam chciał zobaczyć przygodę w ich malowniczym świecie, wrzućmy je do wielkiego miasta! A tak w ogóle, to kogo obchodzą jakieś niebieskie ludki, nakręćmy wypchaną ordynarnym product placementem reklamówkę Nowego Jorku, a w tle wrzućmy żałosną pierdołę, która będzie uchodzić za złowieszczego Gargamela! Świetnie, box office na ponad pół miliarda dolców, zielone światło dla sequela. O, a pamiętacie Kevina samego w domu? Wiecie, Wigilia z Polsatem, muzyka Johna Williamsa, Joe Pesci, cała rodzina przy telewizorze, młody Macaulay Culkin, te sprawy.
Cóż, sequel (trzecia część serii) nakręcony przez Gosnella nie ma Culkina, Williamsa ani magii i uroku oryginału – to film głupi, zbędny i nieudolnie eksploatujący sukces świątecznych klasyków Chrisa Columbusa. Jeśli chodzi zaś o resztę filmografii Gosnella, to powiem tylko, że szkoda czasu nawet na pisanie o tym.
Jason Friedberg i Aaron Seltzer
To niewątpliwie jedni z najbardziej bezczelnych współczesnych filmowców. Friedberg i Seltzer specjalizują się bowiem w wyjątkowo prostackim obśmiewaniu popkulturowych fenomenów. Ich twórczość ogranicza się do żerowania na cudzej pracy i pozbawionego fantazji czy wyczucia parodiowania tego, co aktualnie jest na topie. Panowie nakręcili między innymi takie filmy, jak: Poznaj moich Spartan (parodia 300), Wampiry i świry (Saga Zmierzch) oraz Totalny kataklizm (pomieszanie z poplątaniem). Jeśli mieliście okazję widzieć którekolwiek z tych dzieł – bardzo przepraszam za przywoływanie tych wspomnień. Jeśli nie – gorąco zachęcam do seansu! Zakładając oczywiście, że w komedii szukacie przede wszystkim fekalnego humoru, scenografii i efektów specjalnych rodem z kina klasy Z, podwórkowego aktorstwa i wymuszonych żartów w formie niekończących się nawiązań popkulturowych.
Że co? To NIE jest to, co chcielibyście zobaczyć w filmie? Na całe szczęście większość świata myśli podobnie i o ile dekadę temu ktoś jeszcze chodził na filmy tego duetu, tak w ostatnich latach są one porażką nie tylko artystyczną, ale także finansową. Być może jednak świat powoli staje się lepszym miejscem.
Uwe Boll
Uwe Boll to niepokorny reżyser wyklęty i geniusz oferujący coś ciekawszego niż bezkształtna hollywoodzka papka. Przynajmniej według jego wizji rzeczywistości. W moim odczuciu (i większości populacji naszej planety) Boll jest wulgarnym chamem, który żyje (a raczej żył, ponieważ niedawno zakończył karierę) skandalami i niewyszukanymi prowokacjami, które miały wzbudzać rozgłos wokół jego godnych pożałowania filmów.
Uwe Boll kreuje się na utalentowanego i niezwykle świadomego filmowca, ale w rzeczywistości jest zwykłym partaczem, który nie rozumie podstaw reżyserii i próbuje to nadrobić, chwaląc się swoimi umiejętnościami bokserskimi („nie potrafię zrobić dobrego filmu, więc dam ci w mordę”) oraz ubliżając innym twórcom. Nazwany przez niego „niedorozwojem” Michael Bay również nie należy do reżyserskiej elity, ale przynajmniej ma na swoim koncie kilka całkiem udanych produkcji. Uwe Boll potrafił natrzaskać trzy filmy w ciągu jednego roku i każdy z nich był do bani. Braki w talencie i zbyt mały budżet to żaden wstyd, a niemiecki reżyser z pewnością nie byłby tak pogardzany, gdyby problemem była wyłącznie jakość jego filmów.
Kompletny brak pokory i wulgarne buractwo sprawiają jednak, że trudno wykrzesać z siebie cień sympatii do niego. Chyba nikt nie będzie płakał po jego karierze, a w szczególności fani gier komputerowych, których adaptacje w wykonaniu Bolla zapewne do dziś śnią im się po nocach.
Tyler Perry
To podobno najbardziej kasowy czarnoskóry reżyser w historii kina. Smutne i zastanawiające, ale to nie czas ani miejsce na socjologiczne dywagacje. Zamiast tego skupmy się na filmografii Perry’ego, w której naturalnie dominują komedie, z których aż dziewięć (!) koncentruje się na postaci Madei – starszej czarnoskórej kobiety. Wciela się w nią sam Perry, ponieważ, jak dobrze wiedzą wszyscy miłośnicy polskich kabaretów, mało co jest tak zabawne jak mężczyzna przebrany za kobietę.
Komediowe złoto! Dodajmy do tego kiepskie scenariusze jadące na przerobionych tysiące razy stereotypach, historie będące tak naprawdę zbiorem nieśmiesznych skeczy i gotowe! Kasowe kino w wykonaniu Tylera Perry’ego, prawdziwa rozkosz kinomana.
Mark Steven Johnson
Mimo wszystko to chyba najmniej niekompetentny osobnik z całej opisywanej ósemki. Z pewnością jest on znany wytrwałym fanom Marvela, którzy pamiętają jeszcze mroczne czasy poprzedzające MCU. Ci młodsi mogą nie wiedzieć, że kiedyś nie mieliśmy uszatego giganta, który dbał o to, żeby komiksowe blockbustery okazywały się przynajmniej przyzwoite! Na początku XXI wieku seanse superbohaterskie były swego rodzaju ruletką – raz trafiłeś na Spider-Mana 2 i wychodziłeś z kina uśmiechnięty, a innym razem kończyłeś dzień zasępiony, bo trafił ci się jakiś Hulk albo właśnie Daredevil w reżyserii Johnsona.
Film o niewidomym herosie nie był kompletną klapą, ale miał masę problemów, podobnie jak jego spin-off (Elektra), którego klęska kompletnie pogrzebała szansę na sequel Daredevila. Jeszcze mniej udanym (przynajmniej w oczach krytyków) tytułem okazał się Ghost Rider z Nicolasem Cage’em, ale chyba możemy się zgodzić, że obłąkańcze występy Nicka można oglądać z szerokim uśmiechem niezależnie od tego, co obiektywnie sądzimy o całym filmie. Johnson zdaje się kompletnie nie zauważać kiczu, który wylewa się z ekranu wyświetlającego jego dzieła, ale ma to pewien urok. Zresztą kto wie, może to celowy zabieg?
Brian Levant
Levant specjalizuje się w kinie familijnym będącym obrazą nie tylko dla rodziców, ale także dla biednych dzieci, które nie wiedziały, na co się piszą. Prawdopodobnie najpoważniejszym wykroczeniem reżysera jest aktorska wersja Flinstonów, która… powiedzmy po prostu, że prehistoryczna rodzinka zasługiwała na więcej, podobnie jak widzowie. O ile pierwszą część można było jeszcze jakoś zdzierżyć (John Goodman zawsze się sprawdza), to docenienie sequela (tym razem już bez Johna Goodmana w roli głównej – ciekawe dlaczego?) wymagało lobotomii poprzedzającej (i wieńczącej) seans.
Sympatyczniejszym tytułem dla niektórych być może była Świąteczna gorączka – komedia z Arnoldem Schwarzeneggerem. Ten film również został zasłużenie zmieszany z błotem przez krytyków, ale nie da się ukryć, że idiotyczny slapstick z udziałem gwiazdy Predatora i Terminatora jest na swój sposób zabawny. Levanta dopadła jednak karma i po takich hitach jak Śnieżne psy czy Daleko jeszcze? (z Ice Cube’em!) realizuje się on, kręcąc do bólu przeciętne filmy telewizyjne albo przeznaczone na rynek domowy. Tak upłynęło mu ostatnie piętnaście lat i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się zmienić.
Brian Robbins
Brian Robbins to człowiek, który pomógł Eddiemu Murphy’emu zamordować swoją karierę. Norbit, Mów mi Dave i Tysiąc słów to trzy ostatnie filmy reżysera i jedne z ostatnich ról Murphy’ego. Pierwszy z nich jeszcze ledwo zarobił na siebie (ach, ten niezawodny motyw faceta przebranego za kobietę – tym razem otyłą!), ale kolejne przyniosły spore straty i zostały powszechnie zjechane od góry do dołu.
Można się zastanawiać, co podkusiło Murphy’ego do brnięcia w to bagno, zwłaszcza że poprzednie filmy reżysera spotykały się z miażdżącą krytyką i w większości okazywały się finansowymi porażkami (jedynym wyjątkiem jest dobrze przyjęty dokument The Show, ale w tym tekście biorę pod uwagę tylko pełnometrażowe filmy fabularne). To kolejny słaby reżyser słabych komedii, ale bez szczęścia/biznesowego wyczucia, które mają Tyler Perry i Dennis Dugan.
Może macie własnych ulubieńców? Zapraszam do mniej lub bardziej kulturalnej dyskusji w komentarzach.

