Publicystyka filmowa
Oceniamy wszystkie filmy PAULA THOMASA ANDERSONA
Odkryj świat PAULA THOMASA ANDERSONA, reżysera, który łamie konwencje i tworzy niepowtarzalne dzieła znane z głębokiego przesłania.
Paul Thomas Anderson.
Czy jest drugi taki współczesny reżyser, załóżmy, przed 50. rokiem życia, który jest od kilku lat stawiany w roli zbawcy jankeskiego kina? Czy jest inny, który jest tak często określany mianem klasyka, legendy, ikony?
Oczywiście, możecie w tego typu określeniach wyczuć dużą przesadę, niemniej PTA należy do tych twórców, którzy tworzą dzieła ważne, dyskutowane, płynnie wchodzące w sezon nagród. To reżyser doceniany, ale i wymagający bardzo wiele od widza – niekonwencjonalnie podchodzi do penetrowanych gatunków, posiada swój unikalny styl; ponadto nie jest przedstawicielem jakiegoś nurtu, więc łatwo wymyka się prostym etykietkom.
Trudno znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich jego filmów – każdy był bowiem czymś osobnym, specyficznym, łamiącym konwencje, nawet jeśli inspiracje były mocno widoczne (szczególnie na początku kariery w latach 90. np. mozaikowym kinem Roberta Altmana czy frenetycznym stylem opowiadania Martina Scorsesego). Czy jest to historia Ameryki zamknięta w kilku obrazach? Na pewno, bo prawie każdy z jego filmów to jakiś obraz minionej epoki. A może specyficzny komentarz do american dream? To również, bo bohaterowie jego filmów są często więźniami wyimaginowanych potrzeb.
Z pewnością w filmach Andersona – szczególnie w tych w pełni autorskich, już w XXI wieku – spotkamy bardzo silne osobowości, które łatwo popadają w konflikty, są chorobliwie nieustępliwe, często egoistyczne, bezwzględnie grające o władzę, prestiż. To filmy o toksycznych relacjach wypełnionych świadomą manipulacją, o lekko perwersyjnym charakterze. Niezbyt optymistyczne, to musicie przyznać, ale na pewno fascynujące.
Ryzykant
Sydney/Hard Eight, 1996
⑧
Dobry, choć mało imponujący debiut, będący rozwinięciem krótkometrażówki Coffee & Cigarettes. Film przeszedł bez większego echa, nie podbił Hollywood, nie zawojował festiwali, choć obecność pierwszego filmu w sekcji Un Certain Regard na festiwalu w Cannes w 1996 roku dla każdego młodego twórcy jest wydarzeniem. To solidny, bezpretensjonalny dramat młodego, bo zaledwie 25-letniego reżysera. Spojrzenie po latach dobrze służy Sydneyowi, bo dopiero taka perspektywa pozwala docenić jakość tego dzieła.
To Kasyno pozbawione pazurów i zębów. To Ocean’s 11. Ryzykowna gra w wersji nostalgicznej. To Kac Vegas z depresyjnym syndromem dnia następnego. To Las Vegas od zaplecza, skąpane w szarościach, pokazane z poziomu podrzędnych dróg przecinających najsłynniejsze trakty kolorowego miasta. I pośród tej zwykłości wytrawny hazardzista melancholijnie wzdychający do dawnych czasów i przy okazji smętnie uczący fachu życiowego przegrańca.
Akcja toczy się powoli, jest dużo miejsca na wzięcie oddechu, ale jednocześnie ta wizja mocno przyciąga przed ekran – główna w tym zasługa kapitalnie dobranej obsady. Philip Baker Hall jest rewelacyjny w roli starego wygi, John C. Reilly jest jak zawsze uroczo fajtłapowaty (choć tutaj dopiero rozwija swoje charakterystyczne emploi), a na krótki moment pojawia się nawet debiutant Philip Seymour Hoffman.
Boogie Nights (1997)
⑨
Ambitny i odważny projekt przedstawiający kulisy pornobiznesu lat 70. O gościu, którego natura obdarzyła penisem na tyle wielkim, że szybko staje się gwiazdą kina XXX. O marzeniach, które nakręcają finansowy sukces. O dumie, która szybko staje się przekleństwem. O głupocie, która jest hołubiona. O grzechu, który jest pożądany. W tle wzgórza Hollywood, do których wzdychają bohaterowie, i muzyka disco, do której tańczą w upojeniu narkotyczno-alkoholowym. Boogie Nights to narodziny, rozwój i zmierzch branży porno, która jest ściśle związana ze zmianami społecznymi, politycznymi i technologicznymi w USA – i Paul Thomas Anderson dokonał tutaj niesamowitej ekwilibrystyki formalnej i intelektualnej, aby pokazać, jak fortuna kołem się toczy, jak pycha kroczy przed upadkiem, jak amerykański sen zamienia się w koszmar.
Reżyser zgromadził tu fantastyczną obsadę. To jeden z pierwszych filmów Marka Wahlberga – i zdecydowanie jego najlepsza rola. Kapitalny jest Burt Reynolds w roli wpływowego producenta popularnych filmów porno. Rewelacyjny występ zalicza Julianne Moore w roli doświadczonej gwiazdy XXX. Heather Graham zalicza doskonały debiut na dużym ekranie. A w pozostałych rolach mamy jeszcze Philipa Seymoura Hoffmana (oczywiście!), Dona Cheadle’a, Johna C. Reilly’ego, Alfreda Molinę, Williama H. Macy’ego, Philipa Bakera Halla… Dużo się tutaj dzieje, kamera tańczy na planie, pojawiają się dziesiątki postaci, a nad wszystkim panuje – trudno w to uwierzyć – 27-letni młokos.
A co ty robiłeś, gdy miałeś tyle lat, co on?
Magnolia (1999)
⑩!
Jeśli Boogie Nights było śmiałym powiedzeniem „cześć, tu PTA” do publiczności, to Magnolia jest wykrzyczanym „Who’s the boss, ha?!”. Zaledwie dwa lata po podróży w świat porno Paul Thomas Anderson zabrał część obsady na przejażdżkę, z której musieli wrócić ledwo żywi.
Magnolia to bowiem monumentalne, 3-godzinne dzieło, w którym dochodzi do podsumowania kondycji moralnej kilkorga ludzi na przełomie wieków. To kilka godzin przed burzą. Spotykamy chłopca, który uczestniczy i zwycięża w konkursach telewizyjnych. Jest podstarzały facet (William H. Macy), który 40 lat wcześniej wygrywał te konkursy. Jest prowadzący te konkursy (Philip Baker Hall) teraz i wówczas. Jest jego córka-narkomanka (Melora Walters), którą zajmuje się dobrotliwy policjant (John C. Reilly). Jest szef stacji telewizyjnej (Jason Robards) przykuty do łóżka.
Jest żona kaleki (Julianne Moore), jest jego pielęgniarz (Philip Seymour Hoffman), jest jego zbuntowany syn (Tom Cruise). Jest Los Angeles, nad którym z każdą kolejną godziną zbierają się coraz ciemniejsze chmury, powietrze staje się cięższe, wilgotność wzrasta, za moment pojawią się grzmoty, błyskawice. I deszcz. Deszcz, który zmyje chore pragnienia, sztuczne potrzeby, miłość do sukcesu i pieniędzy, pogardę dla słabości, rozpacz z powodu niemocy. Deszcz, który zmyje grzechy, orzeźwi, oczyści.
To imponujące, emocjonalnie intensywne dzieło jest jednym z najważniejszych filmów lat 90. Film, który rozkłada na łopatki strukturą, budowanym napięciem, mieszaniem przejmującego dramatu z farsą, muzyką rozbrzmiewającą coraz donioślej im późniejsza pora dnia, montażem, który tka tę poszatkowaną fabułę w jedną, spójną historię. Jest to wiele pojedynczych scen, które wyciskają łzy, wkurzają, pozostawiają w oniemieniu. Jak ta z piosenką Wise Up w tle.
Dodatkowo każdy z aktorów wspina się na wyżyny swego talentu, a już Tom Cruise – który jest największym zaskoczeniem w Magnolii – nigdy wcześniej ani później nie był lepszy.
Arcydzieło.
Lewy sercowy
Punch-Drunk Love, 2002
⑧
Paul Thomas Anderson nakręcił komedię romantyczną. W duchu intensywnej emocjonalnie Magnolii. To brzmi absurdalnie, ale naprawdę zrobił coś, co jest autentycznie zabawne i wypełnione miłością – tyle że na opak – a przy okazji siedzisz na krawędzi fotela i zastanawiasz się, co jest z tymi ludźmi.
Niby wziął popularnego Adama Sandlera, gwiazdę komedii, ale stworzył go na nowo – to nadpobudliwy furiat i nerwus, prawdopodobnie autystyczny, może z ADHD, człowiek-problem, który łamie i niszczy wiele rzeczy na swojej drodze, mniej lub bardziej intencjonalnie. Uzależniony od zbierania opakowań po budyniach. Wielbiciel sekstelefonów. Czyli postać urocza, niejednoznaczna i niebezpieczna. I obiekt westchnień Emily Watson (niezapomniana Bess z Przełamując fale), skromnej, cichej dziewczyny, która zakochuje się w Sandlerze nie wiadomo dlaczego. To naprawdę irracjonalne. Jest więc dwoje bohaterów, skrajnie od siebie odmiennych, jest szczere uczucie – i mimo nagromadzenia nonsensów, kłopotów, nieszczęść, krzyków ta miłość im się udaje.
To przedziwna, ekstrawagancka, unikalna niby komedia, niby romantyczna, za reżyserię której Paul Thomas Anderson dostał nagrodę w Cannes.
Aż poleje się krew
There Will Be Blood, 2007
⑩
Kolejne wielkie dzieło w dorobku PTA. A mówimy o reżyserze, który skończył właśnie 37 lat i zaproponował światu coś zupełnie nowego, świeżego, a jednocześnie majestatycznego, jak najbardziej spektakularne filmy hollywoodzkie sprzed pół wieku.
Tym razem nie skupia się na wielowątkowej historii, z której czyni alegorie, jak to było w przypadku Boogie Nights i Magnolii. Koncentruje się na jednym człowieku, który wypełnia ekran niemalże w 100% – poznajemy Daniela Plainview, przedsiębiorcę, który marzy o budowie naftowego imperium. Kamera skupia się na magnetycznym Danielu Day-Lewisie bez przerwy – przygląda się z bliska jego mimice, postawie, gestom. Słyszymy jego przekonujący głos. Widzimy, jak własnymi rękoma kopie w ziemi w poszukiwaniu ropy; jak jest zdeterminowany, skupiony na celu, jakim jest bogactwo, sukces i władza.
Wie, że musi być bezwzględny nawet dla bliskich, okrutny dla wrogów, dwulicowy, gdy trzeba. Szacunek zdobywa zarówno elokwencją, jak i emocjonalnym chłodem; pieniądze gromadzi dzięki uporczywej i ciężkiej pracy, której poddaje się z nieludzkim poświęceniem. Plainview nie jest postacią pozytywną, godną naśladowania, pożądania. Nie jest też bohaterem archetypicznym dla tamtych czasów, choć niewątpliwie takie cechy charakteru w świecie wczesnego kapitalizmu człowieka windowały wyżej w hierarchii klasowej. To okrutna i podła postać, która jest świadoma swego okrucieństwa i podłości – ale czy nie warto takim być w imię wyższych celów?
Aż poleje się krew nie jest historycznym freskiem, a raczej demitologizacją amerykańskiego snu, który wymaga ofiary w postaci totalnego poświęcenia w imię konkretnie definiowanego sukcesu. Nikt i nic ci tego nie da, co możesz wypracować sobie sam. Ani Bóg, ani szczęście, ani inni – liczysz się tylko ty, tu i teraz. To też przypowieść o konflikcie między bolesnym realizmem (Plainview) a sztuczną hipokryzją (Eli Sunday).
Perfekcyjnie skrojone dzieło (Oscar za zdjęcia Roberta Elswita) z absolutnie genialnymi rolami Daniela Day-Lewisa (Oscar) i Paula Dano (dlaczego nie dostał nawet nominacji?).
Mistrz
The Master, 2012
⑩
Najczęściej pojawiające się słowo w recenzjach Mistrza to „magnetyczny”. Ja bym dodał również „najbardziej hipnotyzujący i najbardziej wymagający film Paula Thomasa Andersona”, a powtórki seansu tylko pomagają w odnalezieniu drogi z labiryntu znaczeń, zachowań, słów i gestów. To niezbyt pośpiesznie poprowadzona historia pewnego pijaka, którego na dobrą stronę próbuje sprowadzić pewien kaznodzieja – tak mógłby wyglądać skrócony do jednego zdania opis, ale to za mało. To opowieść o relacjach człowieka z Bogiem (jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi), to wgryzienie się w temat wolności i odpowiedzialności, ale też studium przenikliwej manipulacji, miłości i wyrozumiałości jako narzędzi wpływu.
Mistrz nie należy do najłatwiejszych filmów, bo mimo wszystko potrzebny jest klucz do rozwikłania licznych zagadek, niejednoznaczności. Anderson nie miał zamiaru tworzyć filmu dla każdego – to nie jest twór uniwersalny o poszukiwaniu sensu życia, a zdecydowanie rzucenie widza na głęboką wodę interpretacji. Jest tu zdecydowanie bardziej bliski takim autorom jak Andriej Tarkowski, Ingmar Bergman, Terrence Malick, którzy w podobnie nieśpieszny i wnikliwy sposób obserwowali ludzi w ich relacjach do siebie, w postrzeganiu siebie samych, w konfrontacji z oczekiwaniami i potrzebami.
Jak zwykle u Andersona mamy pierwszorzędne aktorstwo – Joaquin Phoenix daje popis, że głowa mała (szczególnie scena przesłuchania), Philip Seymour Hoffman daje dowód, jak wielkim aktorem był, a Amy Adams rolą Peggy Dodd udowadnia, że jest jedną z najlepszych aktorek, jakie mamy szczęście oglądać na ekranie.
Wada ukryta
Inherent Vice, 2014
⑧
Wielkie nadzieje związane z każdym kolejnym filmem Andersona mogą spotkać się z równie wielkim niezrozumieniem, gdy pojawia się tak przedziwny film jak Wada ukryta.
Po serii zwyczajnie wybitnych, głośnych, nagradzanych filmów jak Aż poleje się krew i Mistrz PTA wziął na warsztat powieść Thomasa Pynchona i już sam ten fakt sugerował, że reżyser bierze głębszy oddech przed kolejnymi poważniejszymi filmami. Jest to bowiem historia detektywistyczna skąpana w dymie jointów, kwasów pod językiem, antydepresantami w żyłach i z koką w nosie – szalona podróż po Los Angeles lat 70., która niekoniecznie ma logiczną strukturę i nie jest prowadzona od punktu A do punktu Z. Weźcie Las Vegas Parano, odrobinę Big Lebowskiego, szczyptę thrillerów Alfreda Hitchcocka i absurdów z Nagiej broni – dostaniecie Wadę ukrytą, w której kryminalna intryga nie ma sensu, za to emocji jest wiele. Dodatkowo kluczowa maksyma z kina noir, że „nic nie jest takie, jakim się wydaje”, nabiera tu nowego znaczenia, szczególnie że charakter postaci ulega zmianie, ewoluuje w zaskakujących kierunkach. Zabawa jest przednia, tym bardziej że Joaquin Phoenix daje wyśmienity popis naćpanego, komediowego aktorstwa.
Wbrew pozorom jednak nie o narkotyczny chaos tu chodzi – w tle wciąż pobrzmiewa nostalgia za minionymi czasami i jednoznaczna obawa o to, co przyniesie przyszłość. Zabawa ze skrętem w ustach, ale i gorzkie konstatacje natury filozoficznej. Czy więc film jest udany? Na pewno to bardzo dobra ekranizacja powieści Pynchona (choć jak zwykle znajdą się marudy dostrzegające więcej nieścisłości), ciekawy portret czasów minionych, intrygujące zagłębienie się w otępiały narkotykami umysł, a przy okazji znakomicie zrealizowane, udźwiękowione i zagrane. To dobry, niedoceniony film.
Nić widmo
Phantom Thread, 2017
⑨
Najbardziej elegancki z dotychczasowych filmów Andersona. Film uszyty na miarę: oszczędny pod względem formy, choć z perfekcyjnie dobranymi dodatkami; trzymający na wodze emocje, choć ewidentnie budzący podekscytowanie. Reżyser po raz pierwszy tak wyraźnie wyeksponował role kobiet i po raz pierwszy „wyjechał” poza Kalifornię, do Londynu z lat 50.
Poznajemy projektanta i krawca (wyborny Daniel Day-Lewis), który wprowadza w swe uporządkowane i wyrafinowane życie nową muzę (w tej roli znakomita Vicky Krieps). Ma ona dopełnić perfekcyjny obraz artysty i jego dzieł, a strażnikiem pilnującym ładu jest siostra krawca (genialna Lesley Manville). Muza jednak, choć świadoma swojej roli, nie jest bezwolnym manekinem, a kimś, kto ma własne oczekiwania, plany. Zaczyna się więc przeciąganie liny, walka o władzę. Fascynacja zaczyna towarzyszyć frustracji – dotyczy to i jego, i jej. Pojawia się cała gama uczuć: współczucia, troski, nienawiści, irytacji, oczarowania i rozczarowania.
Niesamowite kino. Paul Thomas Anderson po mistrzowsku rozgrywa relacje między bohaterami, dodaje rzadko widzianej głębi, nadaje ich intencjom sporo nieoczywistości. Odegrane to tak, że czapki z głów. Pięknie sfotografowane. I ta muzyka Jonny’ego Greenwooda budująca świetny klimat – w tle wciąż i wciąż bez chwili przerwy obecna jest jakaś melodia, bez określonego tematu, raz głośniej, raz ciszej, intensywniej, frywolniej.
Innymi słowy, dowód na to, że PTA to jeden z najważniejszych żyjących reżyserów.
A jak wy oceniacie filmy P.T. Andersona?
korekta: Kornelia Farynowska
