search
REKLAMA
Archiwum

AŻ POLEJE SIĘ KREW. Arcydzieło na każdej płaszczyźnie

Tekst gościnny

24 czerwca 2019

REKLAMA

Autorem tekstu jest Krzysztof Simsak.

Z tym filmem wiązałem duże nadzieje, jednak końcowy efekt kilkukrotnie przerósł wszelkie oczekiwania. Już na wstępie powiem, że Aż poleje się krew jest najlepszym filmem, który dane mi było zobaczyć. Dzieło reżysera Magnolii okazuje się arcydziełem na każdej płaszczyźnie sztuki filmowej.

Wielkie uznanie wzbudziła we mnie praca scenografów oraz charakteryzatorów. Wykreowali na nowo Dziki Zachód tak namacalnie prawdziwy, tak monumentalny, i o tyleż piękny, co odrażający, w niektórych ujęciach godny westernów Sergio Leone i Sama Peckinpaha. Nie ma mowy o żadnej wpadce z ubraniami robotników, które wyglądałyby jak wprost spod ręki krawca, albo buzi jak z okładki magazynu o modzie, co zdarzało się w wielu filmach aspirujących do bycia ilustracją epoki. Można powiedzieć, że dekoracje, czyli szyby wiertnicze oraz wszystkie maszyny służące do wydobywania czarnego złota są jednym z głównych bohaterów filmu, więc ich wykonanie i wygląd budzi szczery podziw, a scenę gigantycznego wytrysku ropy i równoczesnego pożaru szybu ogląda się naprawdę z szeroko otwartymi ustami. Mistrzowsko nakręcone przez stałego współpracownika Andersona – Roberta Elswita kadry, w połączeniu z hipnotyzującą dźwiękami muzyką autorstwa Jonny’ego Greenwooda tworzą jedną z najbardziej emocjonujących scen w tym filmie. Jeśli chodzi o muzykę, to przesłuchałem soundtrack do filmu na długo przed jego premierą i był dla mnie niemożliwy do słuchania jako zwykły krążek z muzyką, w oderwaniu od filmu, który ma ilustrować. Czuję to samo przy większości ścieżek dźwiękowych, jednak w tym wypadku wyczuwało się, że to coś innego niż zwykłe orkiestrowe utwory, jakie zazwyczaj powstają do wielkich, epickich filmów (głównie dokonania panów Williamsa i Zimmera). Radiohead to mój ukochany zespół, więc ciężko mi powiedzieć coś złego o robocie ich gitarzysty. Sądzę, że tchnął on jakąś świeżość w obecną muzykę filmową.

Greenwood intensywnością budowania napięcia poprzez dźwięki przebił wszystkie znane mi dotychczas filmy. Słychać, że ten facet ma rockowe korzenie – muzyka jest cięższa, napisana z większym “pazurem” niż większość ścieżek dźwiękowych we współczesnym kinie. Jeśli miałbym ją do czegoś porównać, to sądzę, że podobną muzykę możemy spotkać w Lśnieniu Stanleya Kubricka – żadnych ładnych, wpadających w ucho melodii, tylko konsekwentne tworzenie gigantycznego napięcia. Jedyny utwór, który mógłby podobać się bez umieszczania go w konkretnej sytuacji filmowej, to użyty w końcowej scenie fragment koncertu skrzypcowego autorstwa, niestety nie Greenwooda, a znanego niemieckiego kompozytora Johannesa Brahmsa. Utwór wspaniale korespondujący z wypowiedzianymi przez głównego bohatera słowami tworzy interesujący, wielce ironiczny nastrój ostatniej sceny.

Właśnie… główny bohater grany przez Daniela Day-Lewisa – o tym występie nie trzeba wiele pisać. Oscar za najlepszą męską rolę pierwszoplanową jest w 100% zasłużony. Zagrał Daniela Plainview jak opętany. Wykreował niełatwą postać wielkiego cwaniaka, bezdusznego, odnoszącego sukces biznesmena, który w okrutny sposób buduje swoje naftowe imperium. Jednak ta postać jest o wiele bardziej rozbudowana, niż znany z wielu filmów typ bezwzględnego “w pracy” gangstera, a z drugiej strony kochającego ojca rodziny albo wyrachowanego w załatwianiu interesów przedsiębiorców, który zaskarbia sobie szacunek otoczenia na przykład poprzez działalność filantropijną. Daniel Plainview nie dba zbytnio o szacunek innych. Na początku swojej działalności jako samodzielny, drobny przedsiębiorca za nic ma milionowe oferty naftowych gigantów, odrzuca ich propozycje i daje im wątpliwej wartości lekcje dobrych manier, aby nie pouczali go, jak ma wychowywać swojego syna. Jednak Daniel już po chwili przestaje traktować syna jako członka rodziny, gdy ten wskutek nieszczęśliwego wypadku nie może spełniać jego oczekiwań.

On nie ma przyjaciół, nie ma rodziny, nie ma nikogo bliskiego. Dosłownie wszystkich (łącznie z synem) traktuje tylko i wyłącznie jako narzędzia swojej pracy. Przelicza, ile dzięki danej osobie będzie mógł zyskać, lub ile będzie go ona (a konkretnie ziemia, na której mieszka) kosztowała, i nie chodzi tu tylko o pieniądze. Daniel jest zdolny zniszczyć cudze pragnienia o nawróceniu, odgrywając w genialnie groteskowy sposób scenę swojego chrztu – tylko po to, żeby zdobyć kawałek gruntu potrzebnego do przeprowadzenia zapewniającego duże zyski rurociągu. Do negatywnej oceny Daniela przekonują również pełne przemocy sceny, w których znęca się nad swoim głównym przeciwnikiem i konkurentem – Eli Sundayem – charyzmatycznym kaznodzieją Kościoła Trzeciego Objawienia, żywiołowo zagranym przez młodego aktora Paula Dano. Akty przemocy z racjonalnego punktu widzenia zupełnie niepotrzebne, wynikające z czystej żądzy krwi, władzy i pieniędzy.

REKLAMA