Recenzje
AŻ POLEJE SIĘ KREW. Arcydzieło na każdej płaszczyźnie
AŻ POLEJE SIĘ KREW to film, który przerasta oczekiwania, ukazując Dziki Zachód w piękny i odrażający sposób, będąc prawdziwym arcydziełem.
Autorem tekstu jest Krzysztof Simsak.
Z tym filmem wiązałem duże nadzieje, jednak końcowy efekt kilkukrotnie przerósł wszelkie oczekiwania. Już na wstępie powiem, że Aż poleje się krew jest najlepszym filmem, który dane mi było zobaczyć. Dzieło reżysera Magnolii okazuje się arcydziełem na każdej płaszczyźnie sztuki filmowej.
Wielkie uznanie wzbudziła we mnie praca scenografów oraz charakteryzatorów. Wykreowali na nowo Dziki Zachód tak namacalnie prawdziwy, tak monumentalny, i o tyleż piękny, co odrażający, w niektórych ujęciach godny westernów Sergio Leone i Sama Peckinpaha. Nie ma mowy o żadnej wpadce z ubraniami robotników, które wyglądałyby jak wprost spod ręki krawca, albo buzi jak z okładki magazynu o modzie, co zdarzało się w wielu filmach aspirujących do bycia ilustracją epoki.
Można powiedzieć, że dekoracje, czyli szyby wiertnicze oraz wszystkie maszyny służące do wydobywania czarnego złota są jednym z głównych bohaterów filmu, więc ich wykonanie i wygląd budzi szczery podziw, a scenę gigantycznego wytrysku ropy i równoczesnego pożaru szybu ogląda się naprawdę z szeroko otwartymi ustami. Mistrzowsko nakręcone przez stałego współpracownika Andersona – Roberta Elswita kadry, w połączeniu z hipnotyzującą dźwiękami muzyką autorstwa Jonny’ego Greenwooda tworzą jedną z najbardziej emocjonujących scen w tym filmie.
Jeśli chodzi o muzykę, to przesłuchałem soundtrack do filmu na długo przed jego premierą i był dla mnie niemożliwy do słuchania jako zwykły krążek z muzyką, w oderwaniu od filmu, który ma ilustrować. Czuję to samo przy większości ścieżek dźwiękowych, jednak w tym wypadku wyczuwało się, że to coś innego niż zwykłe orkiestrowe utwory, jakie zazwyczaj powstają do wielkich, epickich filmów (głównie dokonania panów Williamsa i Zimmera). Radiohead to mój ukochany zespół, więc ciężko mi powiedzieć coś złego o robocie ich gitarzysty. Sądzę, że tchnął on jakąś świeżość w obecną muzykę filmową.
Greenwood intensywnością budowania napięcia poprzez dźwięki przebił wszystkie znane mi dotychczas filmy. Słychać, że ten facet ma rockowe korzenie – muzyka jest cięższa, napisana z większym „pazurem” niż większość ścieżek dźwiękowych we współczesnym kinie. Jeśli miałbym ją do czegoś porównać, to sądzę, że podobną muzykę możemy spotkać w Lśnieniu Stanleya Kubricka – żadnych ładnych, wpadających w ucho melodii, tylko konsekwentne tworzenie gigantycznego napięcia.
Jedyny utwór, który mógłby podobać się bez umieszczania go w konkretnej sytuacji filmowej, to użyty w końcowej scenie fragment koncertu skrzypcowego autorstwa, niestety nie Greenwooda, a znanego niemieckiego kompozytora Johannesa Brahmsa. Utwór wspaniale korespondujący z wypowiedzianymi przez głównego bohatera słowami tworzy interesujący, wielce ironiczny nastrój ostatniej sceny.
Właśnie… główny bohater grany przez Daniela Day-Lewisa – o tym występie nie trzeba wiele pisać. Oscar za najlepszą męską rolę pierwszoplanową jest w 100% zasłużony. Zagrał Daniela Plainview jak opętany. Wykreował niełatwą postać wielkiego cwaniaka, bezdusznego, odnoszącego sukces biznesmena, który w okrutny sposób buduje swoje naftowe imperium. Jednak ta postać jest o wiele bardziej rozbudowana, niż znany z wielu filmów typ bezwzględnego „w pracy” gangstera, a z drugiej strony kochającego ojca rodziny albo wyrachowanego w załatwianiu interesów przedsiębiorców, który zaskarbia sobie szacunek otoczenia na przykład poprzez działalność filantropijną.
Daniel Plainview nie dba zbytnio o szacunek innych. Na początku swojej działalności jako samodzielny, drobny przedsiębiorca za nic ma milionowe oferty naftowych gigantów, odrzuca ich propozycje i daje im wątpliwej wartości lekcje dobrych manier, aby nie pouczali go, jak ma wychowywać swojego syna. Jednak Daniel już po chwili przestaje traktować syna jako członka rodziny, gdy ten wskutek nieszczęśliwego wypadku nie może spełniać jego oczekiwań.
On nie ma przyjaciół, nie ma rodziny, nie ma nikogo bliskiego. Dosłownie wszystkich (łącznie z synem) traktuje tylko i wyłącznie jako narzędzia swojej pracy. Przelicza, ile dzięki danej osobie będzie mógł zyskać, lub ile będzie go ona (a konkretnie ziemia, na której mieszka) kosztowała, i nie chodzi tu tylko o pieniądze. Daniel jest zdolny zniszczyć cudze pragnienia o nawróceniu, odgrywając w genialnie groteskowy sposób scenę swojego chrztu – tylko po to, żeby zdobyć kawałek gruntu potrzebnego do przeprowadzenia zapewniającego duże zyski rurociągu. Do negatywnej oceny Daniela przekonują również pełne przemocy sceny, w których znęca się nad swoim głównym przeciwnikiem i konkurentem – Eli Sundayem – charyzmatycznym kaznodzieją Kościoła Trzeciego Objawienia, żywiołowo zagranym przez młodego aktora Paula Dano. Akty przemocy z racjonalnego punktu widzenia zupełnie niepotrzebne, wynikające z czystej żądzy krwi, władzy i pieniędzy.
Jeszcze nigdy nie spotkałem się z bohaterem bardziej zdegenerowanym i zniszczonym przez swoje pragnienia, ale również bohaterem wieloznacznym, takim, który odnosi oszałamiający sukces, jest ucieleśnieniem amerykańskiego snu, jednocześnie ponosząc porażkę we wszystkich innych dziedzinach życia. Zazwyczaj powiedzielibyśmy: „sukces go zniszczył”, jednak postać stworzona przez Andersona nie jest postacią zwykłą. Plainview osiągnął sukces przez to, że jego życie poza pracą nie istniało. Sam mówi, że od dzieciństwa nienawidził ludzi i właśnie to było bodźcem ku temu, aby pracować z tak wielkim zaangażowaniem, co umożliwi mu odizolowanie się od wszystkich innych ludzi.
W finale filmu nie jest on tym przegranym, który nie ma już nikogo – Daniel dopełnia swego dzieła, o czym świadczy ironiczne w kontekście całej fabuły zdanie „I’m finished”. A może jednak genialny nafciarz w końcu zaczyna uważać siebie za osobę kompletnie zniszczoną, która nie przedstawia już więcej żadnych wartości, bo również takie znaczenie ma zdanie wypowiedziane przez niego? Zdecydowanie jeden z najciekawszych i najlepiej zarysowanych charakterów w historii kina, a owa zagadka godna jest Obywatela Kane’a, do którego to film Andersona jest chętnie porównywany.
Specjalnie tak wiele miejsca poświęciłem głównemu bohaterowi, aby przeciwstawić to poglądowi wielu widzów i krytyków, jakoby to pomimo technicznej perfekcji film był tworem bezdusznym i mało angażującym. Oczywiście nie zobaczymy tu wielu budujących więzy z widzem obrazków szczęśliwej rodziny skontrastowanych z ukazaniem jej rozpadu. W znakomitej większości widzimy tylko tę bardziej przykrą część wszystkich wątków. Film jest jakby spojrzeniem na świat Daniela Plainview oczami Daniela Plainview, a wielu widzom taki punkt widzenia może nie przypaść do gustu.
Emocje w Aż poleje się krew nie są podane widzowi na tacy, ale ukryte głęboko we wnętrzu bohaterów. Muszę przyznać, że taka metoda bardziej mi odpowiada, więc to kolejny, wielki plus dla tej produkcji. Najwyższa z możliwych ocena wydaje się być więc jak najbardziej sprawiedliwym werdyktem dla dzieła Andersona, bo żaden film mający premierę podczas mojego życia tak bardzo mną nie wstrząsnął i nie oddziaływał na mnie w tak intensywny sposób.
Tekst z archiwum film.org.pl (27.02.2008).
