Archiwum

50 prawd objawionych przez JOHNA RAMBO

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Tak się jakoś złożyło, że do naszego, dla jednych kultowego, dla drugich kulawego cyklu 50 prawd trafia właśnie trzecia z oldskulowych ikon kina akcji lat 80. Dostało się już innym „odkurzonym bohaterom”: McClane’owi i Indianie. Dziś dołącza do nich zreanimowany w filmie John Rambo John Rambo. Co jest nie tak z Johnem Rambo? Właściwie prawie wszystko. Za dużo filozofowania, za mało strzelania. Zwolnione zdjęcia zamiast na Rambo, koncentrują się na wieśniakach. Film akcji, który powinien oferować przynajmniej 90 minut porządnej rozpierduchy, kończy się w siedemnastej minucie drugiej godziny seansu. Bądźmy szczerzy – silące się na coś w stylu propokojowego, pacyfistycznego przesłania dzieło Sylvestra Stallone’a jest po prostu egzaltowanym spektaklem przemocy i bezmyślną sieczką ukrytą pod fasadą, jak najbardziej słusznej, walki o pokój. Z przykrością odkryłem, że tym, czym usiłuje się film Stallone’a wyróżniać, są bebechy fruwające tak malowniczo i tak wysoko, jak nigdy wcześniej.

Zważywszy na to, że John Rambo trwa zaledwie jedną godzinę i siedemnaście minut, o pomstę do nieba woła fakt, że tak łatwo można wyłowić z niego aż 50 prawd. Przy bzdurach, które znalazły się w czwartej odsłonie cyklu, bledną nawet takie perełki, jak pamiętny atak w pojedynkę na ruską armię z okrzykiem „Fuck You!” na ustach w Rambo III. Tamte nonsensy miały przynajmniej pewien naiwny urok. Te, zaprezentowane nam w antywojennym manifeście pod tytułem John Rambo, nawet się o urok nie ocierają. Film nie ma klimatu, nie ma ciekawych bohaterów i wali po oczach pretekstową fabułą, z której wszyscy – od aktorów począwszy, poprzez reżysera, na montażystach skończywszy – starają się wycisnąć coś na kształt pełnowartościowego filmu kinowego. Brakuje jednak dramaturgii, a czarny charakter jest zupełnie pozbawiony charyzmy, cechującej wyrazistych badguyów z poprzednich części, których w finale zawsze dopadał John. Oglądając „Rambo raz, dwa i trzy”, z wypiekami na policzkach, uszach i nosie czekało się, aż John obije wszystkim twarze, a na końcu wjedzie czołgiem w dupsko złego gościa!

A co mamy dziś? Jakie emocje towarzyszą nam podczas seansu „czwórki”? Obojętność i znudzenie. Trudno uwierzyć, ale jak się okazuje, można przynudzić nawet w filmie trwającym zaledwie nieco ponad godzinę! Co więcej, gdy na końcu Johna Rambo John Rambo sprzedaje kosę dowódcy birmańskich żołnierzy i zapuszczony zostaje znany z poprzednich części drapieżny motyw muzyczny, zastanawiałem się, czy ta scena aby na pewno zasługuje na takie muzyczne wyróżnienie. Muzyka sama nie zbuduje atmosfery, jeżeli nie będą jej towarzyszyć dobrze rozpisane relacje między antagonistami, budowane konsekwentnie od początku filmu. Owszem, ciekawym zabiegiem było odebranie głosu czarnemu charakterowi – przez bitą godzinę i siedemnaście minut nie odzywa się on praktycznie ani razu – ale czy dzięki temu staje się on postacią choćby o gram bardziej interesującą?

Zmarnowano ogromny potencjał drzemiący w relacjach birmański dowódca / John Rambo. Ich spotkaniu nie towarzyszy żadna puenta ani podsumowująca kropka nad i. Ot, birmański okrutnik wpada na nóż Johna Rambo. Czy naprawdę nie można było tego rozegrać ciekawiej, na przykład tak, jak w Taken? Tam, w scenie wyczekiwanego przez widzów spotkania goodguya z badguyami wypowiedziane przez Liama Neesona zdanie: „Mówiłem, że cię znajdę” powodowało szczere oklaski i okrzyki zachwytu wśród kinowej publiczności! Pod tę kopiącą po cojones scenę wylano jednak solidny fundament i scementowano ją genialną puentą! W Johnie Rambo nie znajdziemy nawet namiastki takich emocji. Znajdziemy za to zmarnowany potencjał, który widać nawet (w piekielnie widowiskowej, muszę przyznać) finałowej sekwencji, w której Rambo poza staniem za sterami potężnego działa nie robi nic więcej. Owszem, pokazane jest to ze stu pięćdziesięciu kątów widzenia kamery, ale po pierwsze: nie dodaje to akcji tempa, po drugie: pokazuje Rambo nie jako siejącą zniszczenie machinę bojową, a maszynkę do trzymania za spust. Szkoda! Ktoś inny powinien obsługiwać to działko, a Rambo latać w terenie i kosić birmańskich żołnierzy łukiem, nożem, ręką, złym słowem, krzykiem i grymasem na twarzy. Do takiego Rambo nas trylogia przyzwyczaiła, a nie stojącego przez dziesięć minut za pancerzem potężnego karabinu.

Zanim przejdziemy do wyłożenia 50 prawd o Johnie Rambo, spróbujmy podsumować film jednym zdaniem. Podsumowanie idealnie pasujące do tego filmidła wymyślił były członek KMF – Mental. Według niego w Johnie Rambo jest tylko jedna prawda: John Rambo to film o facecie idącym do działka…

Święto pomidora rozpoczęte!

01. Jeśli chcesz zrobić film będący manifestem antywojennym, w którym zechcesz zamieścić pacyfistyczne przesłanie, pokaż na ekranie tyle latających flaków, odnóży i hektolitrów krwi, ile jeszcze nikt przed tobą nie pokazał. Ważne: nie zapomnij ochlapać krwią kamery i siebie.

02. Na wymyślenie fabuły kolejnego „Rambo” miałeś równo 20 lat. Rezultatem tych wieloletnich przygotowań okazał się… scenariusz Rambo III przerobiony z Afganistanu na Birmę i akcja odbicia pułkownika Trautmana przerobiona na akcję odbicia kobiety, w której „być może się kochasz”.

03. Z wiekiem wyostrza ci się wzrok. Dwadzieścia lat temu z łuku trafiałeś w śmigłowiec. Dziś – w rybę.

04. Cztery razy udało się twojej ekipie samodzielnie dotrzeć do Birmy, jednak gdy chcesz tam dotrzeć po raz piąty, nie potrafisz obejść się bez pomocy Johna Rambo, który jest jedyną szansą, żeby się tam dostać.

Stój, bo strzelam!

05. Choć wiesz, że przetransportowanie grupy pacyfistycznych masochistów… przepraszam, grupy chrześcijańskich misjonarzy do Birmy to pewna śmierć, robisz to, bo piękna kobieta poprosiła cię o to w strugach deszczu. Robisz to za darmo, bo jesteś albo kompletnym frajerem, albo naprawdę dawno nie miałeś kobiety.

06. Żeby dżonka z pierdzącym silnikiem przepływająca w nocy obok siedziby birmańskich piratów pozostała niezauważona, należy się pochylić.

07. Żeby birmańscy piraci nie zabili ludzi, których przewozisz, każesz nie patrzeć piratom w oczy. Oczywiście pierwsze, co sam robisz, to patrzysz piratom w oczy.

Szybki montaż sprzymierzeńcem starszych ludzi.

08. Gdy kilku birmańskich piratów trzyma cię na muszkach karabinów, zanim pociągną za spusty zdążysz wyjąć pistolet i po kolei zastrzelić każdego z nich. Pomoże ci w tym szybki montaż.

09. Gdy uratujesz kobietę przed gwałtem z rąk (z rąk?) birmańskich piratów, zabijając ich, ukochany kobiety zareaguje na to krzykiem: „Coś ty zrobił!?”. Bo ukochany kobiety to największy w grupie chrześcijańskich misjonarzy pacyfista-masochista, który wolałby widzieć swoją kobietę gwałconą przez zapoconych birmańskich piratów, niż martwych birmańskich piratów.

10. Gdy złapiesz pacyfistę-masochistę za gardło, tłumacząc mu, że birmańscy piraci zgwałciliby jego kobietę 50 razy, a jemu ucięliby głowę (a dokładniej cytując: „jebaną łepetynę”), kobieta, którą uratowałeś przed gwałtem, krzyknie na ciebie, żebyś puścił jej ukochanego… bo poza byciem misjonarzami, chrześcijanami, pacyfistami i masochistami, twoi pasażerowie są też bezmyślnymi niewdzięcznikami.

Ostatnio dodane