Wywiad
CHODZI O DUSZĘ. Rozmawiamy z Dawidem Nickelem, twórcą filmu OSTATNI KOMERS
Ostatni komers 18 czerwca trafi na ekrany kin.
W piątek 18 czerwca do kin wchodzi Ostatni komers – nagrodzony na festiwalu w Gdyni debiut Dawida Nickela. O filmie z reżyserem rozmawia Tomasz Raczkowski.
Tomasz Raczkowski: Przede wszystkim gratuluję debiutu, bo to jest duża sprawa – tak przynajmniej mi się wydaje.
Dawid Nickel: (śmiech) Dziękuję bardzo, aczkolwiek powiem, że chyba tego jeszcze nie czuję. Wydaje mi się, że przez pandemię wszystko jest dawkowane powoli – najpierw była Gdynia, która odbyła się online, więc po projekcji tylko dla nielicznej grupy dziennikarzy nie było tej energii po Gdyni, którą zawsze masz w związku z nagrodami. Jest więc premiera, ale ja jestem jeszcze trochę uśpiony, mam wrażenie. Oczywiście mam teraz bardzo dużo wywiadów, więc to się powoli zaczyna, ale w sumie jestem w domu, z ludźmi gadam na Zoomie, Skypie. Tak że nie jest tak, że spotykam się z ludźmi rzeczywiście… No nie wiem, śmieszne to jest. Za tydzień jest premiera i będę się dosyć stresował, no i zobaczymy wtedy.
Tomasz Raczkowski: Czyli trochę film do ciebie wrócił już po jakimś czasie, po pół roku od premiery, bo pół roku temu była Gdynia.
Dawid Nickel: Tak, pół roku temu. Ale to było bardzo dobre. Widzisz, gdyby nie było tej Gdyni, to ja bym się na pewno bardzo stresował i bym tym tak mocno żył. Znaczy nie żeby teraz tak nie było, ale pewnie byłoby jeszcze bardziej. To by było naprawdę pierwsze zetknięcie z publiką. A tak to już miałem jakiś taki etap przejściowy i trochę mnie to uspokaja, wizja tej premiery. Aczkolwiek i tak stresuję się tym, że to jednak jest duże wydarzenie. Film w jakiś sposób oddziałuje na ludzi. Mnie się to podoba, oczywiście rezonuje i wczoraj miałem po pokazie w Tarnowie rozmowę z publicznością.
To jest dosyć ciekawe doświadczenie, więc nie mogę się doczekać tej premiery. Bo to, że umawiam się z dziennikarzami na wywiad, to jest jedna sprawa, a druga sprawa, kiedy rozmawiasz po prostu z widzami o filmie i oni zwracają uwagę na takie rzeczy. No bo wiesz, jak ktoś siedzi w filmie, jest tak mocno zanurzony, to wiadomo, że rozmawia z tobą inaczej. A jak ktoś jest widzem, to głównie rozmawia z tobą o emocjach i to jest fajne.
Tomasz Raczkowski: No właśnie – reakcja z Gdyni była pozytywna, a czy nie obawiasz się, jak zareaguje publiczność poza środowiskiem filmowym?
Dawid Nickel: Nie, nie obawiam się. To znaczy po prostu zrozumiałem, że film będzie miał swoich zwolenników i swoich antyfanów. Ja się liczę z tym, że ten film nie wszystkim się spodoba, ale uspokaja mnie to, że na pewno się komuś spodoba, znajdzie swoją grupę docelową i to mnie bardzo cieszy.
Tomasz Raczkowski: Też mi się wydaje, że chyba żaden film nie zdobywa uniwersalnego rozgłosu i jednogłośnej pozytywnej opinii, bo to by chyba było coś nie tak, gdyby tak się stało. Najgorszy film to jest chyba taki, o którym się zapomina. Nawet film, który cię wkurzył czy ci się nie podobał, ale pamiętasz go pół roku, dwa lata później, to jest coś dobrego, więc chyba też o to chodzi, żeby – tak jak mówisz – te emocje były.
Dawid Nickel: No tak, chodzi o emocje. Wydaje mi się, że wszyscy mówią o 365 dniach i to jest fajne. Ja jako twórca cieszyłbym się, że mój film dostaje Złotą Malinę, że ludzie o nim pamiętają… Oczywiście nie jestem fanem tego filmu, ale chodzi o sam fakt, że wzbudzał emocje.
Tomasz Raczkowski: Nie rozmawiamy jednak o 365 dniach i Blance Lipińskiej, ale rozmawiamy o Ostatnim komersie, a więc wracając do niego, Ostatniego komersu… Komersu? Dobrze odmieniam?
Dawid Nickel: Komersu. To takie słowo, którego używało się akurat w moich okolicach. Wiem, że nie wszędzie w Polsce się używa tego określenia, ale w Kędzierzynie-Koźlu tak było. Ja uczestniczyłem w komersie gimnazjalnym.
Tomasz Raczkowski: No właśnie, chciałem, żebyś powiedział trochę o tym, jak dochodziłeś do powstawania tego filmu. Tzn. jest książka, na motywach której pracowałeś, ale czy to było tak, że najpierw była książka, która cię zainspirowała do stworzenia czegoś, czy książka doszła w momencie, kiedy już miałeś jakiś pomysł?
Dawid Nickel: Ja książkę przeczytałem przed napisaniem scenariusza. Ona po prostu siedziała w mojej głowie. Szukałem książki, która w bardzo ciekawy i w bardzo prawdziwy sposób opowiada o nastolatkach, więc książka Ma być czysto Anny Cieplak mi się super spodobała, ale wtedy jakoś nie miałem pomysłu, w ogóle nie miałem idei, żeby ją przenieść na film. Ja ją przeczytałem i tyle. Chyba rok później szukałem tematu na swój film krótkometrażowy i będąc w Kędzierzynie, znalazłem zdjęcia z mojego komersu. Tam było zdjęcie z chłopakiem, w którym się wtedy podkochiwałem. To był chłopak mojej przyjaciółki.
Wtedy mi się przypomniało takie dochodzenie do swojej tożsamości w moim wykonaniu – jak to wyglądało w wieku 15 lat – i stwierdziłem, że to jest fajny temat na film krótkometrażowy. I z tym pomysłem poszedłem do Szkoły Wajdy. Po Szkole Wajdy chciałem zrobić krótki metraż, ale nie dostałem na niego finansowania. Wtedy ruszyły Mikrobudżety, czyli pełnometrażowe filmy – Konkurs Filmów Mikrobudżetowych. Stwierdziłem, że rozpiszę ten mój krótki metraż na pełny, ale nie chciałem tylko tych bohaterów rozpisywać, bo jakoś nie czułem, że to jest historia na pełny metraż. Chciałem tylko napisać punkt widzenia tego chłopaka z tatuażem, czyli drugiego, czyli obiektu westchnień.
Wciąż było tego za mało, więc stwierdziłem, że wrócę do tej książki Ma być czysto, że to jest bardzo podobny świat, małe miasto. Bo nawet punkt widzenia tego drugiego chłopaka to było dalej takie bardzo podglądane, wrażliwe, bardzo nastawione na efekt… Wiesz, bardzo dużo tańca. Ja się bałem, że tam nie ma takiej typowej dramaturgii, która nie będzie popychać akcji filmu do przodu po prostu. Bo te wątki z chłopakami takie nie są. I wtedy też zdecydowałem się, że fragmenty Ani Cieplak bardzo pasują do historii i ją po prostu stworzą – superuniwersalny atlas nastolatków, i współcześnie, i nawet 15 lat temu, po prostu atlas nastolatków w Polsce, którzy nie mają swojej reprezentacji – ale przy okazji nadadzą jakąś dynamikę opowiadaniu, jeżeli chodzi o całość.
Tomasz Raczkowski: Nasuwa mi się teraz takie pytanie: czy abstrahując od lokacji zdjęciowej, czy to osiedle to jest twoje osiedle? To jest Kędzierzyn-Koźle? To znaczy w twojej głowie.
Dawid Nickel: W mojej głowie tak. Technicznie to nie był Kędzierzyn, kręciliśmy pod Warszawą, bo nie było nas stać, żeby dojechać do Kędzierzyna, ale miejsce akcji to Kędzierzyn. Nawet tablice rejestracyjne są z Kędzierzyna-Koźla. Pada tam z trzy razy… Jest tam link do Kędzierzyna-Koźla w tekście, konkretnie do basenu, gdzie spotykają się bohaterowie, do jakiejś linii autobusowej… Więc akcja się dzieje w małym mieście, ale nie jest ono nazwane.
Tomasz Raczkowski: Skoro mówimy o osiedlu, tym, które, jak mówisz, w scenariuszu jest w Kędzierzynie, to oglądając ten film, miałem takie wrażenie, że właśnie to ono jest trochę bohaterem… W zapowiedziach było, że Ostatni komers to film o pokoleniu Z czy miłości pokolenia Z, ale ja miałem takie skojarzenie, że nawet nie jest to film, który mówi o jakimś pokoleniu, tylko bardziej o pewnej sytuacji, o miejscu. Mówiłeś przed chwilą nawet, że to mogą być te „zetki”, ci dzisiejsi nastolatkowie, ale to mogli też być nastolatkowie kilkanaście lat temu. Dlatego chciałbym, żebyś opowiedział trochę o tym, jak podchodziłeś do filmu o takim miejscu, które jest z jednej strony tobie bliskie, a z drugiej strony ma pewien bagaż stereotypów w polskiej kulturze mainstreamowej. Jak ty chciałeś podejść w swoim filmie do takiego blokowiska, z którym dużo ludzi ma swoje skojarzenia, nie zawsze pozytywne?
Dawid Nickel: Ja uważam, że wiele osób nie ma swojej reprezentacji w kinie. Między innymi właśnie ludzie z mniejszych miast… Nie wiem, ja sam jestem z Kędzierzyna, więc wydaje mi się, że na przykład, nazywając to konkretniej, „dresiarze” w Polsce nie mają swojej reprezentacji w kinie. Znaczy chodzi mi o taką reprezentację, która pokazuje ich inne oblicze. Zazwyczaj są oni po prostu chamami, którzy spuszczą ci wpierdol pod blokiem. Ja i w ogóle bohaterowie w tym filmie są… Taka Oliwia, to jest taka młoda dresiara… Wydawało mi się, że oni wszyscy nie mają reprezentacji i to mnie interesowało, żeby ich pokazać i trochę zburzyć ten stereotyp.
Ale to też się tyczy osoby homoseksualnej, która, jak uważam, też nie ma do końca reprezentacji w kinie, więc dla mnie to był trochę taki portret nie tylko nastolatków, ale przede wszystkim ludzi, którzy zazwyczaj nie są portretowani w filmach polskich. Chciałem to trochę odczarować, zwrócić uwagę na jakąś wrażliwość i wejść w głąb tych bohaterów. Zresztą wyczytałem ostatnio komentarz pod zwiastunem, że to jest film o Sebixie i Karynie, i stwierdziłem, że to jest komentarz strasznie słaby, z takim określeniem i podziałem. No po co to określać? Jakby nie można było pokazywać innych ludzi, do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Wszyscy są piękni i bogaci, mają po 30 lat i mieszkają w dużym mieście. Nuda. To była jedna rzecz, a druga rzecz, którą miałem gdzieś w głowie, to też ten chłopak z tatuażem, Kuba. On był dla mnie… Gdy pisałem scenariusz, chciałem się odwołać do archetypów, do takich wzorców męskości, do wzorców w ogóle, które funkcjonują w naszej kulturze mainstreamowej, ponieważ czerpałem też inspirację z highschoolowych filmów z czasów, gdy byłem młody. I tam zawsze był po prostu silny chłopak, dziewczyny, jakiś tam słabszy chłopak… Chciałem wprowadzić te archetypy i dla mnie ten dresiarz był po prostu tym silnym chłopakiem, który przy okazji jest homoerotycznym marzeniem tego Tomka, więc to wszystko gdzieś tam przenika…
Tomasz Raczkowski: Właśnie, bo zacząłeś mówić o Kubie. Nie wiem, czy mogę określić, że on jest główną postacią tego filmu, no ale jest taka perspektywa, że on się wybija na pierwszy plan, przynajmniej od niego zaczyna się film i na nim się w zasadzie kończy. Poza postacią napisaną, to, co jest w Kubie interesujące, to aktor, który się wcielił w tego Kubę.
Dawid Nickel: Tak.
Tomasz Raczkowski: Opowiedz o tym, jak poznałeś Michała Sitnickiego.
Dawid Nickel: Poznałem na Instagramie, jak robiłem sceny próbne do Szkoły Wajdy, jak jeszcze to było na poziomie krótkiego metrażu. Wtedy szukałem dwóch chłopaków, który zagrają scenę masowania. Napisałem do niego na Instagramie. Kluczem było to, że szukałem chłopaków, którzy są w subkulturze wixapolowej. Trafiłem na niego, napisałem, on zagrał w tej scenie. Bardzo go polubiłem podczas tych zdjęć próbnych, ponieważ zauważyłem w nim taką dużą wrażliwość i taki realny problem i smutek na twarzy, który mi się w nim bardzo spodobał. Stwierdziłem, że on, pomimo tego, że on nie będzie wybitnym aktorem, to jednak ma to coś, co ma ten bohater, i że warto w niego zainwestować czas, dlatego zaprosiłem go do filmu, kiedy potem powstał już pełny metraż. Więc tak to wyglądało, tak go poznałem. Cały kadr ustawiałem pod niego, bo on był wymagającym aktorem.

Autor: Krzysztof Powierża
Tomasz Raczkowski: No właśnie, jak przebiegała współpraca na planie? Bo cała obsada to raczej młodzi aktorzy, już zawodowi, a jak się odnalazł w relacji z nimi ktoś, kto jest amatorem?
Dawid Nickel: (śmiech) Odnalazł się dzięki temu, że towarzyszyli mu Mikołaj Matczak, Sandra Drzymalska i Agnieszka Żulewska. To są aktorzy i aktorki, którzy jednak mają tę cechę, że potrafią współpracować z innymi, słuchają i nie są tak bardzo skupieni na sobie. Jak masz aktora nieprofesjonalnego, to wiadomo, że to jest bardzo specyficzna gra, a oni potrafią w to wejść w bardzo naturalny i dokumentalny sposób. To moim zdaniem wyróżnia tę trójkę aktorów i dzięki temu Michał poczuł się bardzo pewnie. Ekipa na planie też była superprzyjazna. Widać, że on się czuł bardzo pewnie i dobrze, choć oczywiście trochę się stresował.
Moim zdaniem my zrobiliśmy wszystko, żeby on się czuł superbezpiecznie i dobrze. Aktorzy, którzy mu towarzyszyli, byli dla niego świetnymi partnerami w graniu, więc wydaje mi się, że on raczej był zaopiekowany, że nie był wpuszczony na jakąś głęboką wodę i pozostawiony samemu sobie. Na pewno nie było łatwo go prowadzić, bo to nie jest aktor, któremu mówisz jedno zdanie i on to realizuje, bo wie, że to jest film fabularny na końcu, tylko on bardzo dużo jednak rozkminiał. Od wydźwięku sceny, co to za rodzaj sceny, jak to będzie pokazane… To były czasami takie bardzo długie rozkminy z jego strony.
Jest też śmieszna historia. Skoczył do basenu, od tego w ogóle chcieliśmy zacząć jego dni zdjęciowe, po czym wieczorem stwierdził, że ma katar, on się źle czuje, on po prostu na plan zdjęciowy nie przyjedzie. Zawodowy aktor by ci tak nigdy nie powiedział, a on nie miał takiego poczucia, że to jest po prostu praca. Ale to takie drobiazgi, ogólnie pracowało się nam bardzo dobrze.
Tomasz Raczkowski: Postać Kuby jest czymś, co przykuwa uwagę, bo jest to nowa twarz. Te twarze aktorów młodego pokolenia, którzy go otaczają, już się gdzieś widziało, a on wchodzi tak świeżo, jest „nieopatrzony”. I dlatego to jest ciekawe, że on jest tą pierwszą osobą, którą poznajemy w filmie. Zaczyna się film i nie widzimy twarzy, którą możemy skądś znać, tylko mamy kogoś, kto jest świeży. Mnie na przykład ustawiało to perspektywę tego filmu, w tym kontekście, że nagle dostaję coś, co wydaje mi się, że jest inną perspektywą na coś, co, powiedzmy, funkcjonuje w jakimś tam stereotypie… Chciałem jeszcze pomówić na temat pokolenia i tego środowiska, które, jak mówisz, chcesz trochę odczarować w tym filmie.
Przyszło mi do głowy, że już gimnazjów nie ma, więc to jest też zapis jakiegoś etapu, epoki, która już mija. W filmie odbierałem właśnie wrażenie schyłkowości. Przede wszystkim ze względu na warstwę interpersonalną, że bohaterowie kończą jakiś etap w życiu. Niby to są te pierwsze miłości, pierwsze doświadczenia itd., ale jednak czuć, że coś się zamyka, życie im się zaraz zmieni, przestanie być takie, jakie oni znali, a równocześnie dochodzi kontekst tego, że szkoła znika razem z nimi. Czy myślałeś w ogóle o tym, jak likwidowali gimnazja, że film już będzie za chwilę właściwie historyczny?
Dawid Nickel: To się zbiegło w czasie, ponieważ właśnie przez to, że ten film miał być tym krótkim metrażem na początku akcja się miała dziać w 2005 roku, czyli na początku gimnazjów. Wtedy ja właśnie wchodziłem do tego gimnazjum. Później to, że nie było już gimnazjum, było, można powiedzieć, z dnia na dzień. Po prostu obudziłeś się i słuchasz, że nagle nie będzie gimnazjum. No okej. Ja już wtedy byłem w procesie zmiany na to, że to będzie film, który nie jest w 2005 roku, bo nas by nie było stać na film kostiumowy, bo to już by był film kostiumowy, cofnięcie o dekadę czy o 15 lat.
Naturalnie więc stwierdziłem, że to będzie ostatni komers, czyli 2019 rok, bo wtedy się kończyło gimnazjum. No i mi się bardzo spodobało, że nagle się z tego zrobił taki portret teoretycznie bardzo współczesny, ale jednocześnie portretujący całe te 15 czy prawie 20 lat funkcjonowania tego pomysłu gimnazjalnego. To mi się spodobało jako koncept, rozliczenie się z tym. No nie wiem, to gimnazjum się nagle skończyło, okazało się mi na rękę, z punktu widzenia twórczego i konceptualnego dla filmu.
Tomasz Raczkowski: Co jest też ciekawe, to to, że tytuł angielski, który jest od razu wyświetlany, brzmi Love Tasting, czyli to wysuwa taki wątek miłosny czy nawet erotyczny na pierwszy plan. Przynajmniej jeżeli chodzi o taki doraźny odbiór. Czy to była twoja intencja, żeby ten film był przede wszystkim romantyczny, w takim sensie o uczuciach, czy raczej o tym nie myślałeś, po prostu szedłeś za miejscem, za ludźmi?
Dawid Nickel: O uczuciach. Romantyczny bym nie powiedział, bo to trochę dramatycznie się kończy. Te pierwsze miłości, zauroczenia są jednak dosyć dramatycznymi przeżyciami. Ten Love Tasting wynikał z tego, że my po zobaczeniu filmu z naszą producentką stwierdziliśmy, że to, że tytuł Komers za mało powie o tym filmie, że to nie będzie taki tytuł, który ci od razu też nasunie pewną myśl. A po drugie, słowo „komers” jest znane w niektórych regionach Polski. To nie jest tak, że widzisz „komers” i od razu wiesz, o co chodzi, że to będzie coś ostatniego, ostatnia impreza, czyli po prostu nastolatkowie, dzieciaki i koniec.
Jakbyś usłyszał „bal gimnazjalny”, to byś się bardziej domyślił, o co chodzi, aczkolwiek bal gimnazjalny brzmi strasznie. No i był pomysł, żeby nazwać ten film Love Tasting, właśnie o takim smakowaniu miłości, tylko strasznie nam się to po polsku nie podobało, „smakowanie miłości” brzmi jak jakaś komedia romantyczna. Stwierdziliśmy, że będzie Love Tasting, a po polsku Ostatni komers, że to jakoś super do siebie pasuje. Trochę dodaje wydźwięk po angielsku. W ogóle byśmy chętnie tylko po angielsku zostawili tytuł, ale stwierdziliśmy, że to będzie dosyć złe. Dla mnie ten film jest jednak o smakowaniu, próbowaniu, o szukaniu tej pierwszej miłości, zauroczenia, uczuć. Więc to jest na pewno bardzo ważne, dlatego jest tyle scen improwizowanych, takich podglądanych, specjalnie szukaliśmy tych momentów.
Tomasz Raczkowski: Skoro mowa o improwizacji, zakładam, że sceny z tańcem były improwizowane w dużej części, czy może jednak była jakaś choreografia narzucona odgórnie?
Dawid Nickel: Była choreografka, Kasia Szugajew, tylko że ona też pracuje w taki sposób, w jaki ja reżyseruję, czyli bardzo improwizuje z aktorami. Ona pracowała z nimi tak, że mówiła „pokażcie mi swoje ruchy, a ja je przerobię”. Więc wszystkie te ruchy taneczne, które są w filmie, to są ruchy naturalne tych ludzi, które Kasia w taki sposób dopracowała, że wyciągała je z aktorów, ich energię i oni pracowali na czymś, co było od nich. Więc ja uważam, że te sceny były improwizowane, pomimo tego, że były pod okiem choreografki. Ona jest zresztą choreografką i performerką, dla mnie te sceny są bardziej performatywne niż jest to taniec choreograficzny.
Tomasz Raczkowski: Myślę, że te sceny są bardzo naturalne, wyglądają tak, jak mniej więcej ludzie w tym wieku, nastolatkowie, tańczą, ruszają się, co też bywa różnie w kinie przedstawiane. Tutaj chciałem też zapytać o twoje inspiracje, ale bardziej czysto filmowe, estetyczne. Jak dochodziłeś do pewnych wyborów formalnych – takich jak chociażby format obrazu? Bo mam wrażenie, że ten film, pomimo tego, że jest autentyczny w swoim zanurzeniu w świat, który filmujesz, jest też trochę przełamaniem tego, co się w polskim kinie kojarzy najczęściej z kinem pokazującym realia społeczne.
Dawid Nickel: Nie ma jakichś konkretnych tytułów, gdzie spojrzałem i stwierdziłem: „Tak, chcę, żeby Komers był taki jak ten film”. Wydaje mi się, że mnie bardzo dużo inspiruje – internet i social media, jakieś platformy, Pinterest, Instagram, Tumblr. To są takie rzeczy, które mnie bardzo mocno estetycznie interesują. Wydaje mi się, że spektakle teatralne czy właśnie performens to jest coś, co też mnie artystycznie popycha do przodu. Na przykład cały ten pomysł tańca wynikał z tego, że ja byłem na performensie Fundacji Galerii Foksal i zauważyłem, jak bardzo ważny jest ruch, taniec i ten motyw podglądania i takiego zawieszonego czucia.
I to były rzeczy, które mnie np. bardzo zainspirowały do takiego formalnego opowiadania. Ale jeżeli mówisz o wizualności, to miałem jedną taką rzecz, którą określiłem z Michałem Pukowcem, że chciałbym pokazać film, w którym wydawałoby się, że jest stereotypowy przez to, że kultura mu to narzuca. Kiedy mówimy na przykład o ludziach z jakichś mniejszych miast i o ich problemach, to od razu masz na myśli szary, brudny blok, po prostu, że jest obskurnie. A ja mu powiedziałem: „Słuchaj, ja chcę, żeby ten film był właśnie wizualnie kolorowy, żeby to był taki świat, który jest jednak przepełniony kolorami, który jest interesujący, atrakcyjny dla widza”.
Chciałem, żeby to była taka klisza prawie że z seriali Netflixa, że ty oglądasz o nastolatkach z prowincji – nie wiem czy „z prowincji” to jest dobre określenie – z małego miasta, ale oglądasz ten film jak film amerykański z Netflixa. I ten format 4:3 wynikał z tego, że uważałem, że tak mocno jesteśmy zanurzeni w social mediach w tym filmie, że warto spróbować ten formatu który jest dla nich typowy. On też lepiej portretuje i jest taki megaciasny, że masz wrażenie, że jesteś jeszcze bliżej tych bohaterów, że to wszystko doprowadza cię do jakiejś takiej superklaustrofobicznej sytuacji. My też bardzo często mieliśmy bardzo bliskie relacje na planie, więc przez to moim zdaniem masz takie poczucie, że naprawdę jesteś bardzo blisko z tymi wszystkimi ludźmi.
Te wszystkie wybory, jeżeli chodzi o formalną stronę filmu, to było też bardzo dużo kierunków. Nie miałem tak, że jakiś film mnie mocno zainspirował. Chociaż na przykład film Mandarynka był takim filmem, który mi pokazał, że można zrobić film po prostu z poziomu iPhone’a. Nie potrzebujesz budżetu pięciu milionów, tylko jak chcesz bardzo zrobić film, chcesz bardzo zadebiutować, to po prostu bierzesz kamerę i znajdujesz ciekawego bohatera, ciekawą bohaterkę – bo tam była dziewczyna, która była pracownicą seksualną – i jesteś w stanie zrobić film. Więc to mnie tak zainspirowało – że jesteś w stanie zrobić film za sto tysięcy dolarów.
To mnie zainspirowało bardzo, nawet bardziej tak kopnęło w dupę, jeśli mogę tak powiedzieć (śmiech), że można. Ale jeśli chodzi o jakąś taką inspirację filmową, do której bym się odwoływał, to nie było takich filmów.
Tomasz Raczkowski: Jasne, czyli bardziej estetyka Instagrama niż jakiegoś nurtu filmowego. Bardziej estetyka popkulturowa jako taka.
Dawid Nickel: Na przykład Euforię zobaczyłem po Ostatnim komersie. Nie było tak, że Euforia mnie zainspirowała, czy na przykład jakieś filmy Dolana. Oczywiście wiadomo, że wszystko, co oglądamy w swoim życiu… Jesteśmy twórcami, jeśli coś ci się podoba, to jakoś tam pewnie przechodzi na to, kiedy ty tworzysz swój film, ale nie miałem konkretnych rzeczy. Pisząc ten scenariusz, pomyślałem sobie, że ja się wychowałem na filmach, serialach takich bardzo mainstreamowych, wręcz z telewizora, czyli Beverly Hills 90210, film Wredne dziewczyny, ja jestem pokoleniem, które zaczynało tę modę na seriale.
Jak miałem te 16 lat, to wychodziły Gotowe na wszystko, Zagubieni, Gossip girl. Powiedzmy takie Wredne dziewczyny – to był serial bardzo highschoolowy, który ma określone typy bohaterów, bohaterek w tym serialu i mi się to szalenie podobało. Kiedy ja pisałem scenariusz, po prostu odwoływałem się do archetypów highschoolowych filmów mainstreamowych mojej młodości i wydaje mi się, że to było moją inspiracją.
Tomasz Raczkowski: To też przekłada się na to, że w tym filmie nie ma spojrzenia z góry. Mam wrażenie, że jak ktoś kręci film o ludziach młodych, nastolatkach, to bardzo często wychodzi z takiej perspektywy odgórnej, na zasadzie, że przychodzi dorosła osoba i kręci film o kimś młodym i pokazuje. Czy to ma być protekcjonalne, czy nie, to jest ta pozycja. A tutaj, mimo że jesteś starszy i od aktorów, i od bohaterów, to tej hierarchiczności nie widać, chyba też dzięki formie.
Dawid Nickel: Tak, bo metryka to jest jedna rzecz, a druga rzecz to jakiś taki wiek duszy. Ja uważam, że moja dusza jest dosyć młoda i wydaje mi się, że akurat tego brakuje po prostu moim znajomym, rówieśnikom w szkołach filmowych. Wiem, że to jest dosyć ostre zdanie, ale wiesz, ja będąc w szkole filmowej, zauważyłem to, że wielu z nich, mając nawet 25 lat, po prostu mają starą duszę. Od razu się strasznie postarzają i to też wpływa na twój sposób patrzenia, kiedy realizujesz film, więc ja uważam, że moja dusza jest bardzo młoda i chyba z tego wynikało moje podejście do moich aktorów i bohaterów.
Po prostu nie patrzyłem na nich jak rodzic. No, też rodzicem nie jestem i raczej w tym kraju nie będę (śmiech), ale wydaje mi się, że to chodzi tylko i wyłącznie o duszę. I myślę, że to widać w filmie.
Autorem niepodpisanych zdjęć w tekście jest Jakub Socha.
