Recenzje

1920 BITWA WARSZAWSKA (2011)

Autor: Jerzy Babarowski
opublikowano

Pamiętam, że w pewnym momencie mojego żywota średnio rozgarniętego ucznia liceum, nie kojarzę kiedy dokładnie, dotarło do mnie dlaczego nauczane w nim humanistyczne przedmioty, zwłaszcza lektury, które musieliśmy czytać na zajęcia z polskiego, tak mało mnie obchodziły. W pewnej chwili dokonała się iluminacja, światło poznania zstąpiło na mą głowę i zdałem sobie sprawę, że to zwyczajnie nie jest mój świat. Że ja do niego nie należę, nie jestem jego częścią. Że powieści, które klasa za klasą i pokolenie za pokoleniem wbija się dzieciakom do głów, nie kręcą mnie. Nie interesują. W najmniejszym nawet stopniu. Był przecież jakiś powód, dla którego uciekałem w świat rozrywki znajdujący się jak najdalej od wypocin polskich wieszczów, którymi karmiono mnie na korytarzach szkolnych, w świat znajdujący się tak daleko od mentalności polskiej jak to tylko możliwe, zarówno geograficznie, jak i ideowo.

Bitwa Warszawska stanowi dla mnie ewenement.

To było oświecenie pierwsze. Oświecenie drugie nastąpiło, gdy zauważyłem, że w moim karygodnym braku poszanowania dla polskiej tradycji humanistycznej nie jestem sam, a trzecie, gdy okazało się, że nie tylko nie jestem sam, ale że wręcz należę do większości, a moich rówieśników, którzy z wypiekami na twarzy czytają Żeromskiego, Sienkiewicza, Mickiewicza czy Słowackiego, na palcach jednej ręki można policzyć, podczas gdy opowieści o takowych pozostały jedynie w umysłach i słowach naszych rodziców i nauczycieli. Jakież było moje zaskoczenie, gdy uświadomiłem sobie, że ja, rzecz jasna uważający się za jedynego w swoim rodzaju przedstawiciela gatunku składającego się z jednego tylko osobnika – mnie – wcale nie jestem taki alter specjalny jak myślałem, a co gorsza możliwe (na razie na szczęście tylko możliwe), że Ja nie jestem nikim więcej jak tylko niczym nie wyróżniającym się (o Boże), jednym z wielu (o zgrozo) przedstawicieli nastrojów mojego pokolenia, jacy co minutę przychodzą na świat. „Nie no, przecież to jest jakaś masakra, tak nie może być” – pomyślałem. Uznawszy, że jeśli nawet tak odporny i niekonformistyczny osobnik jak ja, z opornością powietrza rozrywanego przez wygrywającego jedno za drugim Tour de France Lance’a Armstronga ulega masowym nastrojom, to coś musi być na rzeczy. Musiałem to zbadać.

Ach, ileż to się działo przez ostatnie parę miesięcy w polskim internecie. Unoszący się nad Polakami duch arcydzieła naszej rodzimej kinematografii wydawał się rosnąć z każdym dniem, wprost proporcjonalnie do pojawiania się kolejnych promujących ów wytwór brzydkich billboardów na ulicach, źle zmontowanych zwiastunów w mediach, zabawnych doniesień z planu na serwisach internetowych czy wywiadów z Jerzym Hoffmanem, które stanowią jakość samą w sobie i o których za chwilę. Niczym sokół wypatrujący ofiary z uwagą przyglądałem się ociekającym wręcz jadem nienawiści i pogardy wypowiedziom młodych, znających się na rzeczy filmożerców na rozmaitych forach internetowych. Było to dość specyficzne doświadczenie, bo wydawało się, że każde, dosłownie każde doniesienie z planu czy jakikolwiek dotyczący filmu materiał nie ujrzałby światła opinii publicznej, od razu, z miejsca, niemal arbitralnie był zalewany lodowatym prysznicem wyśmiania i wyzwisk rzucanych pod adresem twórców. Nieważne, czego dotyczył – wszystko było źle. A to zwiastun źle zrobiony, a to zdjęcia brzydkie, a to rzucony przez Urbańską w owym zwiastunie kapelusz wydaje świst niczym wymachiwane przez ninję nunchaku (w filmie, o dziwo, efekt nie zniknął, tylko został zastąpiony… innym, podobnym efektem dźwiękowym), a to operator kręci kamerą młynka. „Oho” – pomyślałem, wiedząc, że większość niedoszłych recenzentów jest mniej więcej w moim wieku. – „Badanie w toku. Chyba zbliżam się do sedna problemu. „I tylko z rzadka przez głowę przechodziła mi myśl, że chyba łatwiej byłoby mi go zgłębić, gdyby nie to, że zgadzałem się z każdym z pojawiających się w internecie zarzutów.

Żeby już nie trzymać nikogo w niepewności (haha) i żeby nie było wątpliwości jaki jest cel tego przydługiego wstępu: „Bitwa Warszawska 1920 3D” (bo chyba taki jest pełny oficjalny tytuł, choć ja się już pogubiłem) jest filmem złym. Bardzo złym. Bardzo, bardzo złym. Ale pod otoczką ułomnej reżyserii, scenariusza napisanego przez jedzącego gile z nosa dzieciaka z podstawówki, czy kreacji aktorskich na poziomie szkolnych teatrzyków, kryje się, moim zdaniem, głębszy problem, za który pewnego dnia zapłacimy wszyscy i który sprawi, że ostatecznie i tak słaniająca się teraz na nogach polska kinematografia stanie się już nawet nie pociesznym, ale smutnym synonimem obciachu.

„Bitwa Warszawska” stanowi dla mnie ewenement. Po jej obejrzeniu uświadomiłem sobie, że właśnie zostałem wystawiony na długotrwałe działanie nowego, dotychczas całkowicie mi obcego poziomu kału. Pod tym względem ten film faktycznie tworzy nową jakość, z którą wcześniej nie miałem do czynienia. Jednak w tym prostym fakcie kryje się przypuszczalnie najciekawszy i najbardziej pomijany przez recenzentów aspekt tego filmu, a mianowicie: „Bitwa Warszawska” reprezentuje niespotykany dotąd poziom całkowitego zespolenia polskiej mentalności na temat kina i techniki wykonania. Wszystko tu jest takie, dlatego, że polskie, a tego co niepolskie – nie ma. Może i jest to banał, jednak po bliższym przyjrzeniu się – co zaraz nastąpi – okaże się, że wypłynięcie owego stanu rzeczy na światło dzienne jest przypuszczalnie największą korzyścią, jaka wynikła z powstania tego filmu.

Okej, to kiedy w końcu będzie ta recenzja? Powiedzmy, że spróbuję sklecić coś na kształt. O fabule nie ma za bardzo co pisać, bo wszyscy wiedzą o co chodzi i jaka jest stawka: jest rok 1920. Przekonani, że oto odnaleźli lek na toczącego ludzkość raka, bolszewicy postanawiają, że nie będą czekać aż światowy fundusz zdrowia wprowadzi ich specyfik do sklepów, miast tego uznają za lepszy pomysł włamać się do każdej budy w mieście i siłą wlać czerwony syrop do gardeł burżuazyjnych leni. Wszyscy to znamy, wszyscy już to słyszeliśmy, wszyscy się tego uczyliśmy, pora więc przejść do sedna, czyli jak pan Jerzy Hoffman postanowił sprzedać nam tę historię.

Napisałbym coś o wątku przewodnim, gdyby takowy był, niestety go nie stwierdziłem. Ktoś w sieci słusznie zauważył, że tak naprawdę bohaterem tego filmu są żołnierze. Owszem, jest scalająca wszystko historia miłosna Oli i Jasia (postarali się z tymi imionami, nie ma co), którzy na początku filmu biorą ślub, po czym zostają rozdzieleni przez wojnę, ale Hoffman zupełnie się tym nie przejmuje, każąc granemu przez Borysa Szyca biednemu Jasiowi przez dwie godziny jeździć na koniu w tę i we w tę, zdejmując go z ekranu na jakieś dwadzieścia minut, jeśli nie więcej.

Ostatnio dodane