Artykuł

50 prawd objawionych przez KOBIETY MAFII 2. Męki i zażenowania ciąg dalszy!

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

To wyjątkowe wydanie 50 prawd – tym razem są one poprzedzone alternatywną recenzją prezentującą mocno odmienną opinię od tej, z którą mogliście się zapoznać w tekście autorstwa Kuby. W moim odczuciu w świecie produktów filmopodobnych Patryka Vegi nie ma zmian – chaotyczny i najeżony idiotyzmami scenariusz, tanie efekciarstwo i wszechobecna tandeta.

Tym razem obyło się bez większych zaskoczeń. Po spektakularnie fatalnych Kobietach mafii z zeszłego roku trudno było oczekiwać, że ich naprędce nakręcony sequel będzie wolny od problemów większości filmów Vegi. Druga część powiela więc wszystko to, co niektórych mierzi, a innych zachwyca i przyciąga do kin. Dokładnie tak jak można było się spodziewać, całość sprawia wrażenie, jakby powstawała bez konkretnego pomysłu na fabułę i przebieg wydarzeń. Przez ekran przewija się cała galeria postaci, akcja co chwilę przenosi się w inne miejsce, a tonacja zmienia się ze sceny na scenę – wszystko to wydaje się jednak przypadkowe i kompletnie nieprzemyślane. Większości bohaterów nadal nie da się lubić (choć tym razem są tu małe wyjątki), a od przeszarżowanych występów uzdolnionej obsady będziecie przewracać oczami. Mimo wszystko, wbrew temu, co sugerowały zwiastuny, Kobiety mafii 2 wywołują nieznacznie mniejszy ból głowy niż zeszłoroczna część.

Jest to w dużej mierze zasługa nieco bardziej stonowanego poczucia humoru i żartów, które przez większość czasu nie wydają się aż tak wymuszone jak wcześniej. Bardzo pomogła w tym ewolucja postaci głupawej żony gangstera (Katarzyna Warnke), jako że osobiste tragedie i pobyt w więzieniu paradoksalnie wyszły jej na dobre. Choć nie brakuje tu idiotycznych żartów nieustannie wałkujących ten sam temat (niedostatki w inteligencji bohaterki), to na całe szczęście nie oglądamy tylu nieprzekonująco zagranych wybuchów agresji/histerii/rozpaczy czy wszystkich trzech naraz. Ten wątek miał największy potencjał ze wszystkich trzydziestu, które śledzimy w tym filmie, ale nie sposób uznać go za dobrze napisany i należycie poprowadzony. Cierpi bowiem na przypadłość charakterystyczną dla całego filmu – jest kompletnie nieprzekonująco napisany i niepotrzebnie skrócony.

Z powodu natłoku postaci każdy wątek sprawia wrażenie streszczenia dłuższej historii, która mogłaby być osobnym filmem.

Kluczowe wewnętrzne przemiany, kiełkujące uczucia, punkty zwrotne – wszystko to dzieje się scena po scenie. Nie ma tu ani chwili na zwolnienie tempa i stopniowy rozwój wypadków, a zamiast tego odhaczane są kolejne punkty. W efekcie bohaterowie w 5 minut odbywają drogę, która normalnie trwałaby przynajmniej pół filmu, tracąc przy tym jakąkolwiek wiarygodność. Nie wierzymy w ich miłość, smutek, nienawiść, a po oczach uderza nas wyjątkowa umowność świata przedstawionego.

To także wina tego, że Vega oraz jego towarzysz niedoli, Olaf Olszewski, nie potrafią zawrzeć w swoich scenariuszach choćby małej cząstki człowieczeństwa. Ich bohaterowie nie rozmawiają ze sobą, oni przekazują sobie informacje przeplatane bluzgami i sucharami. Ich wizja ekranowej miłości opiera się na deklaracjach rodem z dresiarskiej wersji harlekina oraz scenach namiętnego seksu/pocałunków. To wyjątkowo rzuca się w oczy w prawdziwie kuriozalnym wątku Siekiery (Aleksandra Popławska), która przeżywa miłość swojego życia w pustynnej scenerii Maroka. Jej zabójczo przystojny arabski książę z bajki okazuje się wprawdzie bojownikiem ISIS (!), ale prawdziwa miłość nie takie rzeczy wybacza! Konia z rzędem temu, kto opanuje kpiący uśmiech, słuchając koszmarnego angielskiego akcentu Popławskiej wyznającej dozgonne uczucie człowiekowi, z którym odbyła na ekranie ze dwie rozmowy. Trudno jest uwierzyć w prawdziwą miłość między bohaterami, jeśli jedyne, co robią, to uprawiają seks i przerzucają się frazesami.

Żeby skontrować tę romantyczną słodycz, Agnieszka Dygant dwoi się i troi, żeby wprowadzić jak najwięcej czarnego humoru do filmu. I choć ma ona kilka nieco zabawniejszych momentów, to jej charyzma jest bardzo znikoma, a wiarygodność w roli postrachu całego miasta zerowa. Nie sposób uwierzyć w to, że taka kobieta zdobyła i utrzymała jakąkolwiek władzę – to postać, która może i budziłaby respekt, gdyby napisał ją ktoś z namiastką talentu. Wspomniany czarny humor opiera się zaś na przegiętych i kompletnie zbędnych scenach krwawej przemocy, która nie gorszy, ale nudzi z racji swojej bezcelowości. Lanie krwi dla samego lania krwi i taniego szoku to nie jest coś, co charakteryzuje „mocne kino”, a filmowe popierdółki, które nieudolnie je imitują. W tym wątku jak w żadnym innym widać także brak spójnej i przemyślanej historii – to zlepek mniej lub bardziej nieudanych scen, nic więcej. Zaskakująco dobrze wypadł tu jednak występ rapera Soboty, który ma kilka autentycznie zabawnych i niewymuszonych momentów.

Na pochwałę zasługuje także Aleksandra Grabowska, która w roli córki znanego gangstera (przyzwoity Piotr Adamczyk) przyćmiewa resztę obsady i intryguje swoją przekonującą zadziornością. Gdyby wyciąć idiotyczny pustynny wątek, a więcej czasu poświęcić tym postaciom, z pewnością otrzymalibyśmy nieco lepszy film. Na dobre wyszłoby mu też znaczne ograniczenie roli (a już z pewnością wywalenie romansu z papieżem-gangsterem) kolumbijskiej handlarki kokainą, która wprowadza dużo niezamierzonej śmieszności (takie podrabiane Narcos z przeceny). Zamierzona śmieszność w jej przypadku okazuje się zaś kompletnym niewypałem, a żarty z zespołu Tourette’a pamiętają nawet najstarsze dinozaury. Podobny zarzut można zresztą postawić wielu innym gagom, które rozbawią co najwyżej zagorzałych miłośników polskich kabaretów.

Dobrze, że tym razem Vega nie sili się zbyt często na powagę i ważne emocjonalne momenty między postaciami. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że Kobiety mafii 2 są filmem nieco bardziej samoświadomym niż ich poprzednik. Nie zrozumcie mnie jednak źle – to wciąż bardzo kiepskie kino, które próbuje udawać coś więcej. Niestety, cały ten realizacyjny rozmach i niewątpliwie wysoki budżet rozbijają się o nieistniejącą reżyserię i bardzo ewidentną chęć zaimponowania czymś, co po prostu nie robi większego wrażenia. Koziołkujący samochód czy wybuch nie znaczą nic bez należytego kontekstu. Tego ostatniego brakuje zresztą całości. Jest ona przepełniona kompletnie zbędnymi scenami, które są wyłącznie irytującą stratą czasu (chociażby „egzamin” u kierownika marketu), a bohaterowie przez większość filmu nie zmierzają w żadnym konkretnym kierunku. Żeby było śmieszniej, całość zostaje ucięta zupełnie nagle – nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem równie zaskoczony napisami końcowymi. To tania zagrywka rodem z serialu telewizyjnego i splunięcie w twarz każdego widza, który oczekiwał jakiejkolwiek autonomiczności fabuły. Wiecie, co mnie jednak najbardziej zszokowało? Fakt, że w pewnym momencie przestałem sprawdzać zegarek, a na sam koniec pomyślałem, że mimo wszystko jestem ciekaw, jak to wszystko się skończy. Mógłbym napisać drugie tyle tekstu o tym, dlaczego Kobiety mafii 2 są złym filmem, ale to nie umniejsza mojego zainteresowania. Zgroza.

2/10

Ostatnio dodane