search
REKLAMA
Felietony

„Wesele” i „Pitbull”. Dlaczego WOJCIECH SMARZOWSKI i PATRYK VEGA powtarzają tytuły swoich nowych filmów?

Przypadek nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego skłonił mnie do zastanowienia się nad sensem nazywania dwóch filmów w ten sam sposób. Zapraszam do przeczytania felietonu. Zgadzacie się z...

Jakub Piwoński

21 sierpnia 2021

REKLAMA

Nie, nie będę czepiał się przypadku The Suicide Squad. Bardziej interesuje mnie zależność: dwa różne filmy–jeden twórca–jeden tytuł. Po co nazywać film tak, jak już się kiedyś inny swój film nazwało? Czy przesłanką jest brak pomysłu, czy może chęć zwrócenia uwagi na nowy projekt?

Na początek krótka lekcja z historii. Przypadek, który przybliżę w tym felietonie, miał już swój precedens, a odpowiedzialny był za niego nie kto inny jak sam Alfred Hitchock. Mistrz suspensu w 1934 nakręcił film pod tytułem Człowiek, który wiedział za dużo, opowiadający o wysiłkach rodziców chcących odzyskać porwane dziecko. Ponad dwie dekady później Hitchock postanowił raz jeszcze wrócić do tego konceptu, zmieniając w nim nieco szyk, kontekst i bohaterów. Światło dzienne ujrzał wówczas nowy Człowiek, który wiedział za dużo, który czasami określany jest mianem remake’u filmu z 1934. Można? Można. Historia zna jeszcze kilka innych przypadków, gdy dany autor „poprawiał” swoje poprzednie dokonania, tytułując je w ten sam sposób. Często jednak pobudką było albo sprzedanie filmu nowemu pokoleniu widzów (bo upłynęło odpowiednio dużo lat od premiery pierwszego filmu, zmienił się sposób wyrazu itp.), albo sprzedanie filmu na nowym rynku (casus Funny Games Michaela Hanekego).

Co jednak z jednym rynkiem i filmami, które jeszcze nie zdążyły się postarzeć? Dla polskiej kinematografii jest to zaskakująco aktualny temat. Ostatnio swoje nowe projekty zapowiedzieli Patryk Vega i Wojciech Smarzowski, polscy reżyserzy, których twórczość zwykło się określać jako dwie strony tego samego medalu. Dzieli ich warsztat, bo jeden robi filmy złe, drugi dobre. Wbrew pozorom dużo ich jednak łączy. Obaj są krzykliwi i kontrowersyjni. Obaj stawiają na bardzo bezpośrednie środki wypowiedzi, specjalizując się przy tym w doborze bardzo drażliwych społecznie (i historycznie) tematów. Obaj nie mają problemów z zebraniem publiki na swych filmach. I obaj docierają najwyraźniej do momentu w swojej karierze, w którym zaczyna brakować im pomysłów. Może nie tyle na filmy, ale na pewno na tytuły do nich (choć być może na jedno i drugie).

Skąd ten surowy wniosek? Pierwszy twórca zapowiedział powstawania nowego Pitbulla. Ma to być kolejny rozdział słynnej policyjno-kryminalnej serii, która zapoczątkowana została w 2005 roku. Powstały dotychczas jej cztery rozdziały, a Patryk Vega tylko raz oddał pałeczkę innemu twórcy, w celu obrania innego punktu widzenia na wykreowany przez siebie świat i bohaterów. Mowa oczywiście o filmie Pitbull: Ostatni pies, który wyszedł spod ręki Władysława Pasikowskiego, będący swoistą rozgrzewką przed nakręceniem trzeciej odsłony Psów. Najwyraźniej dopisek „ostatni” w tytule, jakkolwiek sugerujący finał pewnej historii, sprawił kłopot Vedze w podjęciu decyzji o sposobie kontynuowania serii. Nowy, piąty film, zapowiedziany jeszcze na ten rok, został więc zatytułowany Pitbull, powielając tym samym tytuł filmu otwierającego serię.

Tę decyzję da się jeszcze jakość zrozumieć, bo Patryk Vega chciał przez to raz jeszcze podkreślić, że seria Pitbull to jego chluba, a także marka, przez której pryzmat jest głównie kojarzony. Doskonale wiedział, że w przypadku nowej odsłony tej serii wszyscy niespecjalnie będą przejmować się dopiskami i podtytułami, skracając jej nazwę do miana „nowego Pitbulla od Vegi”. Twórca poszedł więc na łatwiznę, sugerując niejako czystą kartę i sprawdzoną jakość, tworząc jawną konotację z rokiem 2005 i momentem, gdy wszyscy zachwycili się jego debiutem fabularnym. Po latach od tamtych wydarzeń Vega kojarzony jest raczej z miksem warsztatowej tandety i tematycznej agresji, co daje zaskakujące przełożenie na wyniki finansowe jego produkcji.

Troszkę inaczej jednak ma się sprawa z Wojciechem Smarzowskim i przypadkiem jego nowego filmu, zatytułowanego po prostu Wesele. Bo tak jak Vega może tłumaczyć swój brak pomysłu na tytuł nowego filmu tym, że chciał zasugerować nowe otwarcie serii, której film ten jest częścią, tak w przypadku nowego Wesela mamy do czynienia z czymś do zrozumienia trudniejszym. Z oficjalnych komunikatów prasowych wynika bowiem, że nie jest to film ani kontynuujący wątki z pierwszego Wesela, ani też będący jego remakiem. To najzwyczajniej w świecie całkowicie odrębna historia tocząca się wokół podobnej tematyki co film z 2004 roku. Ale nawet jeśli okazałoby się, że mamy do czynienia z zasłoną dymną, bo jakiś bohater lub wątek Wesela z 2021 będzie odnosić się do Wesela poprzedniego, to i tak nadal nie rozumiem, dlaczego te dwa filmy zostały zatytułowane dokładnie w ten sam sposób.

Żebyście lepiej zrozumieli moje wątpliwości, pozwolę sobie przyrównać filmy do… dzieci. Wyobraźcie sobie, że macie siedmioro dzieci (bo tyle jest pełnometrażowych filmów Wojciecha Smarzowskiego) i ósme dziecko jest w drodze. Czy jeśli jeden z waszych synów ma już na imię Tomasz, dalibyście dziecku, które wkrótce pojawi się na świecie, takie samo imię? Oczywiście, że jest to praktyka możliwa i jestem przekonany, że w niejednym domu zdarzają się przypadki dwóch Tomków, mających w dodatku na imię tak samo jak ojciec. Warto jednak zastanowić się, czy zdublowane imię, które z definicji powinno pomagać w identyfikacji danej osoby, nie wprowadza kłopotliwego zamieszania. Zamieszania, które siłą rzeczy przez całe życie dwójki braci będzie tłumaczone koniecznymi dopowiedzeniami wiadomej treści. Jeśli bowiem rzecz tyczy się pierwszego z nich, to mowa o Tomku numer 1, a jeśli rzecz tyczy się drugiego z nich, to mowa o Tomku numer 2, tym urodzonym później.

Wróćmy jednak do naszych bohaterów. Gdy Vega i Smarzowski nakręcą już swoje filmy i okażą się one artystycznymi sukcesami (czego obu Panom szczerze życzę), bardzo chciałbym, by kiedyś uczestniczyli oni w rozmowie, w której odpowiedzią na jedno z pytań byłyby zdublowane tytuły ich filmów. Dajmy na to:

Pytanie: „Panie Wojciechu, jaki jest według pana najlepszy film w pana filmografii?”. Odpowiedź: „Wesele”. Pytanie uzupełniające: „Ale które Wesele?”. Odpowiedź uzupełniająca: „To z 2021 roku”.

To niby tylko jedno zdanie dopowiedzenia, ale bierzmy pod uwagę fakt, że już ZAWSZE będziemy musieli dopytywać, o które Wesele w dyskusji chodzi, żeby rozwiać wątpliwości, w kontekście którego filmu toczy się rozmowa. Dokładnie tak samo będą musiały być konstruowane wszelkie komunikaty prasowe, przez co solidaryzuję się w tym miejscu z dziennikarzami filmowymi w Polsce, którzy zawsze, gdy tylko będą pisać chociażby newsa o zbliżającym się filmie Wojciecha Smarzowskiego, zmuszeni będą do tłumaczenia o którego „Tomka” chodzi.

Przy tej okazji, a po części także za sprawą pracy marketingowca, którą wykonuje, zastanawia mnie, gdzie w momencie ustalania tytułu dla Wesela (tego z 2021, rzecz jasna) znajdowała się firma odpowiedzialna za promocję widowiska. Tytuł utworu to jego pierwsze i główne narzędzie identyfikacyjne, którym wszyscy (bo i odbiorcy, i nadawcy) będą się posługiwać w celu wyróżnienia go od reszty tworów. Jest rzeczą według mnie dalece kuriozalną, że nikt nie wziął pod uwagę (lub wziął, ale niewiele z tego wyniknęło), iż nazwanie filmu tak samo, jak poprzednie dokonanie tego samego autora, może wprowadzać niepotrzebne zamieszanie w komunikatach promocyjnych, tworzyć mylne pojęcie o produkcie, który będzie wkrótce sprzedawany. Większość z widzów nie czyta artykułów i newsów o filmach, które chcą zobaczyć w kinie. W momencie gdy zobaczą w repertuarze, że w ofercie kina dostępny jest Pitbull w reżyserii Patryka Vegi lub Wesele w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, jestem przekonany, że 80 procent z nich pomyśli, że mowa o filmach które już dobrze znają, a które z jakichś powodów ponownie są wyświetlane w kinie.

Być może Smarzowski, jak na popularnego i idącego pod prąd „Smarzola” przystało, chciał pozostać po prostu wierny swej ekranowej… szczerości i jeżeli uznał, że ponownie chce opowiedzieć historię rozgrywającą się w trakcie wesela, to nie będzie dawał ani dwójki w tytule, ani wymyślał innej „imprezy” lub „poprawin”, tylko nazwie film znowu Wesele – i tyle, niech gadają. Hitchock też chciał być szczery, opowiadając dwa razy to samo. Owszem, ale nie da się drugiego przypadku tłumaczyć tym pierwszym, gdyż są one owocem zupełnie innych czasów, innego kina. Dziś kinem rządzi marketing, którego zadaniem jest wyróżnienie danego produktu, wywołanie chęci jego zakupu. O wprowadzaniu w błąd na samym starcie promocji, według mnie, nie powinno być mowy.

Choć nie zdziwię się, jeśli prawda okaże się jeszcze bardziej przewrotna. Bo może pisząc ten tekst, sam dałem się nabrać i wpadłem w zastawioną przez marketingowców Pitbulla i Wesela pułapkę, z którą reżyserzy nie mieli większego związku, a która to pułapka miała wywołać zamierzony szum, sprawić, by coś tam się w mediach gadało. Jeśli tak, to według mnie mamy tu do czynienia z wybitnym przykładem marketingu „po kosztach”.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA