Publicystyka filmowa
11 NAJLEPSZYCH ról w HORRORACH ostatniej dekady
Odkryj fascynujący świat ról w HORRORACH ostatniej dekady, gdzie aktorstwo spotyka się z nieprzewidywalnością i emocjami.
Ostatnia dekada okazała się prawdziwą gratką dla fanów horroru; nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że przeżywamy właśnie renesans gatunku. Z jednej strony nostalgiczne powroty do estetyki lat 80., z drugiej artystyczne próby redefiniowania gatunku – a pośrodku masa mniej lub bardziej kompetentnie skrojonych produktów pokroju Obecności. Zdecydowanie jest tu w czym wybierać, zwłaszcza w kwestii występów aktorskich. Akademia Filmowa w swojej ignorancji wciąż pomija większość tego typu kreacji w swoich nominacjach, a szkoda, bo praktycznie każda z opisywanych tutaj ról zasługuje na liczne nagrody i wyróżnienia. Zapraszam do zapoznania się z nimi i podzielenia się własnymi sugestiami w komentarzach.
Florence Pugh – Midsommar. W biały dzień
Zestawienie otwiera jeden z najlepszych występów, jakie widziałem w tym roku. Florence Pugh zrobiła na mnie ogromne wrażenie już dwa i pół roku temu w intrygującej Lady M. i od tamtej pory z zainteresowaniem wypatruję jej kolejnych projektów.
Wieść o jej roli w nowym filmie Astera zaciekawiła mnie, ale kompletnie nie byłem gotów na tak niesamowitą rolę. Pugh w Midsommar po prostu zmiotła mnie z planszy i pozostawiła oniemiałym z zachwytu. Młoda aktorka kreuje bohaterkę niezwykle złożoną, która w tym samym czasie walczy z potworną traumą, próbuje uratować toksyczny związek i robi wszystko, by nie ulegać swoim słabościom. Poczucie autentyzmu tej postaci i sprzeczność jej emocji hipnotyzują i nie pozwalają odwrócić wzroku od ekranu. Wierzymy w to, że jej bohaterka jest kobietą z krwi i kości nawet bez porażająco wiarygodnych załamań nerwowych, przez które kilkakrotnie przechodzi.
Jamie Lee Curtis – Halloween
Długo na to czekaliśmy, ale warto było. Po latach posuchy legenda slasherów powróciła i to w jakim stylu! Jak można było się spodziewać, po feralnym Halloween 1978 roku życie Laurie już nigdy nie było takie samo. Na stałe zagościły w nim strach przed ponownym spotkaniem z zamaskowanym zabójcą oraz pełna determinacji chęć wyjścia z tego spotkania zwycięsko.
To zmieniło Laurie w twardą i wyćwiczoną survivalistkę, która każdego dnia jest gotowa na kolejne mordercze starcie. Curtis odgrywa tę rolę bez cienia fałszu i z dużo większym przekonaniem niż Linda Hamilton w tegorocznej inkarnacji Terminatora (zamiast którego warto obejrzeć kilka innych filmów). Tym samym Laurie przyćmiewa swoją dość bezbarwną wnuczkę, w zamierzeniu protagonistkę filmu (w praktyce znacznie ciekawiej wypada przyjaciółka bohaterki, grana z niemałym urokiem przez Virginię Gardner). W przyszłoroczne Halloween będzie nam dane zobaczyć kolejną część serii, na co niecierpliwie czekam właśnie ze względu na zaangażowanie w projekt Jamie Lee Curtis.
Lupita Nyong’o – To my
W tym filmie Lupita Nyong’o dosłownie dwoi się, żeby ująć widza swoimi kreacjami i wychodzi jej to bez pudła. Już po pierwszym akcie nie mamy wątpliwości co do tego, ale dopiero pojawienie się złowrogiego sobowtóra bohaterki ujawnia geniusz tej nagrodzonej Oscarem aktorki. Raczej nie będzie naciągane stwierdzenie, że tegoroczny film Jordana Peele’a spoczywa w dużej mierze na jej barkach, a większość ekranowego dramatyzmu to niezaprzeczalnie zasługa aktorki. Niedowiarków odsyłam zaś do finałowej sceny zabójczego tańca; pomimo doskonałej muzyki i reżyserii to właśnie występ Nyong’o czyni ją tak pamiętną.
Natalie Portman – Anihilacja
Ostatni film Alexa Garlanda w pierwszej kolejności określiłbym jako science fiction, ale grozy także tu nie brakuje. Reżyser straszy nas obcością eksplorowanego przez bohaterki świata, zamieszkującymi go potwornościami i niewytłumaczalnym charakterem wielu zjawisk. Wszystko to pomaga sprzedać świetna Natalie Portman, której bohaterka próbuje zachować trzeźwość umysłu pomimo narastającej dezorientacji i przerażenia. Jednocześnie zmaga się ona z koszmarnym poczuciem winy i obawami o los swojego męża. Mimo tego jej rola jest dość stonowana i subtelna i być może właśnie dlatego robi tak duże wrażenie.
Toni Collette – Hereditary. Dziedzictwo
Powiedzmy to wprost: Ari Aster doskonale dobiera aktorów i doskonale z nimi pracuje. Występ Toni Collette w Hereditary to bezsprzecznie jedno z największych osiągnięć w jej karierze. Scena konfrontacji przy kolacji jeży włos na karku, a potworne wrzaski bohaterki reagującej na nagłą tragedię to coś, co trudno wyrzucić z głowy.
Rozpacz i wściekłość, którymi tutaj emanuje Collette, wraz z rozwojem fabuły wchodzą na coraz wyższe poziomy, zmieniając film w prawdziwe aktorskie tour de force. Postępujący obłęd kobiety przeraża bardziej niż pięć demonów Jamesa Wana razem wziętych.
Daniel Kaluuya – Uciekaj!
Pierwszy mężczyzna w tym zestawieniu swój wybuch popularności zawdzięcza właśnie roli w debiucie reżyserskim Jordana Peele’a. Kaluuya bezbłędnie odgrywa (?) dyskomfort, jaki powoduje u niego nacechowane uprzedzeniami rasowymi traktowanie, nie kreując przy tym wizerunku biernej ofiary. Jego bohater jest sympatycznym mężczyzną, niepozbawionym woli walki i buntu wobec niesprawiedliwości.
Jednocześnie potrafi on złamać widzowi serce swoją reakcją na zdradę i okrucieństwo, z którymi się spotyka. Scena pogrążenia się w nicości bez dwóch zdań przejdzie do klasyki gatunku i to w dużej mierze zasługa Kaluuyi.
Kurt Russell – Bone Tomahawk
Wśród opisywanych ról nie mogło zabraknąć także starego wyjadacza. Kurt Russell fantastycznie odnajduje się w konwencji westernu, co kilkukrotnie udowodnił przy różnych okazjach. Tym razem jednak nie staje on naprzeciwko parszywych bandytów – jego przeciwnik w Bone Tomahawk nie zna bólu, litości ani jakichkolwiek norm moralnych.
Plemię Indian-kanibali, których śladem podąża szeryf (Russell) ze swoją grupką straceńców to wcielenie bezrozumnego zła i czyste okrucieństwo w pozornie ludzkiej formie. Szeryf zdaje sobie sprawę, że udaje się na samobójczą misję, a pełen determinacji wzrok Russella wyraża więcej niż tysiąc słów. Ulubiony aktor Johna Carpentera zalicza w tym świetnym filmie swój najlepszy występ od lat i można to dostrzec jeszcze przed niezwykle wymagającym aktorsko finałem.
Maika Monroe – Coś za mną chodzi
Coś za mną chodzi to film wzbudzający u widza poczucie zaszczucia, klaustrofobii (choć większość czasu spędzamy na otwartych przestrzeniach) i niepewności. Wszystko to przeżywa także główna bohaterka będąca celem tajemniczej klątwy, której upiorne manifestacje widzi tylko ona sama. Narastająca paranoja i bezradność są wymalowane na twarzy dziewczyny; Monroe świetnie radzi sobie też z erotycznym aspektem tej historii, prezentując całą gamę sprzecznych emocji, tak typowych dla osoby mającej niewielką wiedzę o aktywności seksualnej, która niespodziewanie pojawia się w jej życiu.
Anya Taylor-Joy – Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii
Przez większość filmu Anya Taylor-Joy wzbudza przede wszystkim współczucie i troskę widza. Jej postać spotyka się z bezlitosnym traktowaniem ze strony własnej rodziny, a dookoła niej dzieją się przerażające i niewyjaśnione zjawiska. Nie sposób z nią nie sympatyzować, zwłaszcza kiedy okazuje się, że jej własny ojciec chce się pozbyć dziewczyny jak zbędnego balastu. Z czasem jednak ton filmu i rola jego protagonistki ewoluuje – ostatecznie sytuacja się odwraca, a finalne sceny fascynują i zmuszają do spojrzenia na niewinną bohaterkę w nieco inny sposób.
Emily Blunt – Ciche miejsce
Ciche miejsce to interesujący przykład udanej rodzinnej kolaboracji. John Krasinski, reżyser filmu i zarazem mąż bohaterki granej przez Emily Blunt, to także jej małżonek w prawdziwym życiu. Tym samym chemia i zażyłość między tą dwójką są wręcz namacalne (bo prawdziwe), co bardzo sprzyja opisywanej roli.
Ta jest niezwykle wymagająca i stawia przed Emily szereg wyzwań; od cichej żałoby i rozpaczy po rodzinnej tragedii, przez dramatyczny poród w świecie, w którym hałas sprowadza śmierć, aż po morderczą determinację i odwrócenie ról zwierzyny i łowcy. Aktorka kreuje złożoną i ewoluującą postać, której na sam koniec mamy ochotę bić brawo.
Essie Davis – Babadook
Żałoba i depresja rzadko kiedy bywają tak autentyczne i przerażające jak tutaj. Essie Davis prezentuje nam niewygodnie przekonujący portret przygniecionej przez życie kobiety, która z dnia na dzień ma coraz mniej siły, a jej dobroć pochłaniają mrok i mordercze myśli. Jej wycieńczenie (deprywacja snu robi swoje) i nerwowość wyglądają tak prawdziwie, że byłbym skłonny uwierzyć w to, że aktorka podczas zdjęć sypiała raz na kilka dni i sama znajdowała się na skraju załamania nerwowego. Jej późniejsza furia i obłęd wzbudzają silny dyskomfort, co stanowi dobrą wizytówkę tej świetnej roli. Postępujący obłęd kobiety przeraża bardziej niż pięć demonów Jamesa Wana razem wziętych (2).
Emma Roberts i Kiernan Shipka – Zło we mnie
Na koniec doskonały duet z jednego z ciekawszych horrorów ostatnich lat. Odstawiając intrygująco rozdwojoną narrację na bok, siłą tego filmu są mocno odmienne, ale równie hipnotyzujące występy Emmy Roberts i Kiernan Shipki. Obie do samego końca pozostają dla widza chodzącymi zagadkami.
Obrazowana przez nie mieszanka bardzo silnych ludzkich emocji i upiornej beznamiętności nieustannie podważa nasze podejrzenia i interpretacje, a końcowe objawienia pozostawiają widza z szeroko otwartymi oczami i niemałą satysfakcją. Rzadko kiedy mam ochotę powtórzyć seans nawet najlepszego horroru, ale do tego filmu z pewnością wrócę i to właśnie z powodu opisywanego duetu.
