nowości kinowe

DZIEDZICTWO. HEREDITARY. Porzućcie wszelką nadzieję

Sposób opowiadania historii przyjmuje w "Dziedzictwie" formę wiru, który wciąga wszystko w piekielną otchłań.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Zaczyna się to mniej więcej tak: Annie (wspaniała Toni Collette), która zawodowo zajmuje się budowaniem makiet, mieszka w wielkim, pięknym domu z mężem Steve’em (Gabriel Byrne), synem Peterem (Alex Wolff) i trzynastoletnią córką Charlie (Milly Shapiro). Całą rodzinę poznajemy na pogrzebie nestorki rodu, która odeszła w słusznym wieku i nie była specjalnie lubiana przez nikogo poza wnuczką. Wszyscy wracają do domu i właściwie od razu kierują się do swoich pokoi, by zająć się własnymi sprawami. W tym momencie można sobie pomyśleć, że wiemy już, w jaką stronę to pójdzie – babcia wyglądała cokolwiek złowieszczo, nierozwiązane rodzinne problemy zostały wyraźnie zasugerowane, a drewniane domostwo aż prosi się o jakąś zjawę.

Tak się jednak składa, że nic nie wiemy.

Kadr z filmu "Hereditary"

Gdy już dotrze do nas, że Dziedzictwo nie będzie horrorem o familii nękanej przez niespokojnego ducha, reżyser skupi się na Charlie. Dziewczynce daleko do statystycznej trzynastolatki – sypia w domku na drzewie, komunikuje się z rodziną za pomocą rysunków, zbiera dziwne przedmioty i buduje z nich figurki, nosi w kieszeni odciętą głowę ptaka. Może więc będzie to horror o demonicznym dziecku?

Nie, też pudło.

Debiutant Ari Aster robi ze swoim filmem – a w konsekwencji także i z nami – coś nawet nie tyle oryginalnego, ile zupełnie niebywałego. Ilekroć Dziedzictwo wpada w konkretne fabularne tory, reżyser z premedytacją wykoleja film i zmusza go do szukania nowej drogi. Jego debiut jest w efekcie we fragmentach podobny do tysięcy innych tytułów, ale jako całość niepodobny do niczego innego.

Nie chodzi tu jednak o mylenie tropów, znane chociażby z wybitnego Zła we mnie Oza Perkinsa, czy o sprytne ogrywanie mechanizmów narracji, które skutecznie budowało grozę w Coś za mną chodzi Davida Roberta Mitchella i Uciekaj! Jordana Peele’a. Choć Dziedzictwo wyrasta z tej samej nowej fali amerykańskiego kina grozy, jest filmem jeszcze bardziej zamaszystym i bezczelnym. Jeśli twórcy tamtych horrorów po prostu olewali zasady gatunku, to Aster z pogardą wrzuca podręcznik kina grozy do ognia; jeśli Peele czy Perkins wykazywali się ogromną oryginalnością i wyczuciem gatunkowej materii, to Aster stawia sobie za cel zrobienie horroru totalnego, przekraczającego wewnątrzgatunkowe granice w sposób niemożliwy do podrobienia. W jednej scenie reżyser straszy nas subtelnymi niuansami, w drugiej urwaną, gnijącą głową. Wszystko jest jednak spójne, wszystko jest na swoim miejscu. I właśnie to przeraża najbardziej.

W Dziedzictwie za potwora nie robi bowiem ani duch babci, ani tajemnicza dziewczynka. Potwory są u Astera dwa. Pierwszym jest sama narracja, za pomocą której reżyser z premedytacją i upiorną złośliwością uniemożliwia nam złapanie się czegokolwiek, co byłoby znane i oswojone. Im dalej w film, tym więcej tu narracyjnego obłędu. Jeśli początkowo rzeczywistość i wyobrażenia bohaterów są od siebie oddzielone, to pod koniec wszystko miesza się w jednym piekielnym garze – cięcia montażowe przenoszą nas z nocy w dzień lub z budowanej przez Annie makiety do rzeczywistości. Sposób opowiadania historii przyjmuje w Dziedzictwie formę wiru, który wciąga wszystko w piekielną otchłań.

Drugim potworem jest rodzina. To o tyle przewrotne, że w większości współczesnych amerykańskich horrorów właśnie rodzina jest źródłem pocieszenia, a jej konsolidacja pozwala na pokonanie zła. U Astera narracyjne przewrotki łączą się natomiast z przerażającą sztafetą – matka przekazuje fabularną pałeczkę córce, córka synowi itd. Każdy akt filmu ma innego bohatera, ale postaci nigdy nie działają razem, funkcjonują obok siebie, tworzą rodzinę skrajnie dysfunkcyjną, pozbawioną rdzenia, a co za tym idzie – szans.

Efektem jest horror, przed którego seansami powinno się wyświetlać cytat z Boskiej komedii Dantego. Jeśli udacie się na Dziedzictwo, możecie porzucić wszelką nadzieję – debiut Ariego Astera nie sprawi co prawda, że podskoczycie w fotelach, ale po seansie na pewno będzie do was wracał, niczym nigdy niezagojona rana. I możecie być pewni, że wybierze najmniej odpowiedni moment.

Ostatnio dodane