Świetne filmy nakręcone za MNIEJ NIŻ MILION dolarów

Jeśli mielibyśmy podsumować tegoroczną oscarową galę jedną prostą refleksją, z pewnością byłby to triumf niezależnego kina; sukcesywnie zdaje się ono spychać z piedestału produkcje wysokobudżetowe, za którymi stoją najważniejsze branżowe wytwórnie. Flow, Brutalista, Anora czy Wybraniec są tego najlepszym przykładem – żaden z wymienionych tytułów nie przekroczył w budżecie 20 milionów dolarów, a i tak udało mu się wywołać piorunujące wrażenie zarówno na widzach, którzy tłumnie ruszyli na ich kinowe seanse, jak i krytykach doceniających je znacznie częściej niż ich „bogatszych” konkurentów (3,5-milionowa animacja łotewskich twórców pokonująca 200-milionowy hit Disneya mówi tu sama za siebie). Ta skądinąd intrygująca zmiana podejścia Amerykańskiej Akademii Filmowej napawa nadzieją filmowców stawiających swoje pierwsze kroki w biznesie, jak i przywołuje wspomnienia o innych genialnych dziełach, które zrealizowane za – z dzisiejszej perspektywy – śmieszne pieniądze, zyskały międzynarodową sławę i/lub pokazały dotychczasowym gigantom, iż do stworzenia pełnokrwistej opowieści nie zawsze wystarczy nieograniczone finansowe wsparcie. Przyjrzyjmy się więc przykładom filmów, których realizacja kosztowała twórców mniej niż milion dolarów, a które do dziś mogą zachwycić nas na wielu płaszczyznach.
„Halloween” (reż. John Carpenter) – 325 tysięcy dolarów
Halloween Johna Carpentera – tytuł dziś uznawany za prapoczątek ery filmowych slasherów to pozycja obowiązkowa dla każdego pełnoprawnego fana horrorów i dreszczowców. Niezapomniany, niepokojący motyw muzyczny, debiutancka rola znakomitej Jamie Lee Curtis, przełomowe jak na tamte czasy zabiegi służące podbudowywaniu atmosfery grozy i, co najważniejsze, jeden z najmroczniejszych i zarazem najbardziej kultowych filmowych obłąkańców – Michael Myers. Choć z perspektywy współczesnego widza, na którym tanie jumpscare’y Halloween czy Koszmaru z ulicy wiązów nie wywołują już tak skrajnych emocji jak na kinomanach sprzed blisko pięciu dekad, to między innymi fenomen twórczości Carpentera sprawił, iż slashery na dobre zadomowiły się w amerykańskiej popkulturze. Trudno dziś zresztą wymienić współczesnych reżyserów kina grozy, którzy nawet raz – mówiąc o swoich artystycznych inspiracjach – nie wspomnieliby nazwiska autora They Live czy równie kultowego The Thing.
„Rocky” (reż. John G. Avildsen) – 960 tysięcy dolarów
Rocky Balboa jest jedynie przynętą dla osławionego pięściarza Apollo Creeda. Walka, do której znany sportowiec zaprasza amatora z ulicy, ma pokazać, iż w amerykańskiej krainie marzeń praktycznie każdy ma szansę stoczyć pojedynek z legendą. Ku zaskoczeniu wszystkich zebranych (a w szczególności – przekonanego o swym zwycięstwie Creeda) dla nieposkromionego Rocky’ego mecz ten staje się symboliczną bitwą na śmierć i życie, dzięki której albo zapewni sobie uznanie i szacunek kibiców, albo skończy jako największe pośmiewisko w historii tej dyscypliny. Sylvester Stallone o nakręcenie Rocky’ego na własnych zasadach walczył niemal tak zaciekle, jak jego bohater w emocjonującej finałowej scenie kultowego już dziś tytułu. Scenariusz napisany zaledwie w trzy dni, wielomiesięczne treningi i utarczki z producentami, którzy proponowali mu „oddanie” głównego bohatera innemu aktorowi – mało który film może pochwalić się tak frapującą zakulisową historią, jak zrealizowany za 960 tysięcy dolarów laureat Oscara w reżyserii Johna Avildsena. Na niemal pół wieku po premierze dzieła, które zrewolucjonizowało współczesne kino sportowe, Rocky na obu płaszczyznach – czysto fikcyjnej i tej pozaekranowej – dowodzi o sile ludzkiej determinacji w podążaniu za nieraz i ekstremalnymi marzeniami.
„Blue Valentine” (reż. Derek Cianfrance) – 1 milion dolarów
Kiedy Dean próbuje podbić serce tajemniczej, introwertycznej Cindy, ze szczyptą arogancji przekonuje ją, że nigdy nie umrze, nie spłodzi dzieci i nie da się wciągnąć w pospolite małżeństwo. Uczucie, jakie rodzi się między nim a poznaną wskutek zbiegu okoliczności dziewczyną, szybko weryfikuje jednak snute w głowie teorie i już wkrótce zafascynowana sobą nawzajem para decyduje się iść wspólnie przez życie. Niestety, czy to ze względu na brak perspektyw zawodowych, wypalenie w związku czy zwyczajną chęć wyrwania się codziennej rutynie w Cindy w końcu coś pęka i nie potrafi dłużej udawać, iż młodzieńcze zauroczenie jest tą jedyną prawdziwą miłością, jakiej chciałaby zaznać.
Derek Cianfrance opowiada melodramatyczną historię miłosną głównych bohaterów na dwóch przestrzeniach czasowych – szalonego, choć niepozbawionego rozczarowań, wchodzenia w dorosłość i przykrej konfrontacji z młodzieńczymi marzeniami po wielu latach małżeństwa, istniejącego już chyba tylko na papierze. Blue Valentine to w poruszające studium rozpadu związku, który pozostaje bezsilny wobec upływającego czasu, sprzecznych charakterów i coraz bardziej oddalających się od siebie życiowych wartości. Jedno z najbardziej intymnych i genialnych aktorsko dzieł w karierze Goslinga i Williams zostało zrealizowane z budżetem liczącym zaledwie milion dolarów – nie przeszkodziło mu to w zjednaniu bobie krytyków, którzy dwójkę wspomnianych artystów nominowali m.in. do Złotych Globów.
„Mandarynka” (reż. Sean Baker) – 100 tysięcy dolarów
Amerykański twórca kina niezależnego Sean Baker – na ponad dekadę przed swoją oscarową nocą marzeń, na której zdobywszy aż 4 statuetki wyrównał, z pozoru nieosiągalny rekord Walta Disneya z 1966 roku – nakręcił Mandarynkę: niskobudżetową queerową komedię, która utorowała mu drogę do realizacji choćby The Florida Project czy, rzecz jasna, Anory. Z zaledwie 100 tysiącami w budżecie i trzema iPhone’ami rejestrującymi fenomenalną grę aktorską Kiki Rodriguez i Myi Taylor Baker udowodnił młodym filmowcom, jak marginalne znaczenie w zetknięciu z siłą satyryczno-dramatycznego scenariusza i błyskotliwie wykreowanych postaci mają w tym przypadku finanse i najwyższej jakości sprzęt. Reżyser, który nie ukrywa, iż w swojej filmografii skupia się przede wszystkim na marginalizowanych społecznościach, w Mandarynce odwraca mit hollywoodzkiego snu o 180 stopni, z charakterystyczną dla siebie mieszanką ironii i dramatu społecznego odkrywając ten zdecydowanie mniej atrakcyjny, pełen dysproporcji i absurdów obraz współczesnej Ameryki.
Jeśli tak jak i ja należycie do zagorzałego grona miłośników Bakera i pewnego dnia postanowicie spełnić marzenie o wizycie w muzeum Amerykańskiej Akademii Filmowej, znajdziecie tam jeden ze smartfonów użytych do nakręcenia Mandarynki, którymi reżyser hojnie obdarował to legendarne miejsce.
„Once” (reż. John Carney) – 150 tysięcy dolarów
Emocjonalny kopniak dzieł pokroju trylogii Before czy 500 dni miłości to dla was za mało? Z pomocą przychodzi zatem Once – mały-wielki film z gatunku tych, po których seansie zwyczajnie nie możecie znaleźć sobie miejsca, poddawszy najbardziej czułe duchowe struny potężnej próbie. Kameralne dzieło, które wedle wszelkich teoretycznych ram gatunku moglibyśmy określić jako musical, jest jednocześnie jedną z najpiękniejszych i przy tym najmniej pretensjonalnych opowieści o złamanych sercach i usilnych próbach posklejania ich nowymi, często nie w pełni dopasowanymi i odpowiednimi na dany moment relacjami. Główny bohater (Glen Hansard), uliczny grajek obdarzony niebywałym muzycznym talentem, doświadczenie bolesnego rozstania skrywa w autorskich piosenkach, które grywa jednak dopiero wieczorami – za dnia ludzie chcą w końcu słuchać popularnych kawałków, jakie dobrze znają. Ona (Markéta Irglová) swoją muzyczną pasję rozwija dopiero, gdy decyduje się zakończyć związek, który do tej pory ograniczał ją w podążaniu za marzeniami. Kiedy dwójka zagubionych postaci spotyka się, by nagrać album pieczętujący ich nowy życiowy rozdział, dzieje się magia. Porywający soundtrack Once doceniła zresztą nawet Amerykańska Akademia Filmowa, przyznając filmowi statuetkę za najlepszą piosenkę roku. Fabuła filmu zrealizowanego za jedyne 150 tysięcy mogłaby zdarzyć się praktycznie każdemu z nas i być może właśnie dlatego to minimalistyczne, sentymentalne dzieło wchodzi pod skórę tak głęboko.
„Following” (reż. Christopher Nolan) – 6 tysięcy dolarów
Patrząc na kwoty, jakimi dziś Christopher Nolan operuje przy tworzeniu swoich niezapomnianych dzieł (nadchodząca Odyseja ma bowiem do dyspozycji całe 250 milionów), aż trudno uwierzyć, iż pierwszy pełnometrażowy film wytwórni reżysera powstał za około 6 tysięcy dolarów! Ze względu na wspomniany mikrobudżet, jak i inne zawodowe zobowiązania obsady występujący w Following aktorzy spotykali się na planie wyłącznie w soboty, dlatego zdjęcia do debiutu reżyserskiego Nolana powstawały aż przez 12 miesięcy. Historia przechodzącego emocjonalny kryzys niespełnionego pisarza, który – tłumacząc to poszukiwaniem inspiracji -zaczyna śledzić życie przypadkowych osób. Choć owiana szarością i zrealizowana wyjątkowo skromnie, już wtedy ujawniła charakterystyczny styl Nolana w budowaniu scenariusza na podobieństwo zawiłej intelektualnej zagadki. Co ciekawe, kolejne dzieło Nolana – przełomowe Memento z udziałem Guya Pearce’a – miało już do dyspozycji nieporównywalny z Following budżet w wysokości 9 milionów dolarów i diametralnie zmieniło przebieg kariery dotychczas mało znanego brytyjskiego adepta sztuki filmowej.
„Potężny i szlachetny” (reż. Peter Chelsom) – 100 tysięcy dolarów
Jako prawdziwy przełom w karierze aktorskiej Kierana Culkina przeważająca część publiki wymieni zapewne rewelacyjną rolę w Sukcesji czy – co dość oczywiste – nagrodzony Oscarem udział w Prawdziwym bólu. Tymczasem młodszy brat filmowego Kevina McCallistera już jako dorastający chłopak swoją charyzmą i buntowniczą naturą skradał dla siebie całe show i zaliczył udane występy w Ucieczce od życia czy Potężnym i szlachetnym, którego wyprodukowanie kosztowało twórców jedyne 100 tysięcy dolarów. W tej niskobudżetowej rozczulającej opowieści o próbie dopasowania się do rówieśniczego środowiska i radzenia sobie z demonami przeszłości w, wydawałoby się, zdecydowanie zbyt młodym wieku 15-letniemu wówczas Culkinowi partneruje równie Elden Henson w roli szkolnego wyrzutka, którego surowa aparycja przyćmiewa nieco introwertyczną osobowość, naznaczoną wieloma trudnymi doświadczeniami. Relacja ponadprzeciętnie inteligentnego jak na swój wiek Kevina i jego wycofanego kumpla Maxwella to wychodzący naprzeciw ogólnie przyjętym kanonom obraz przyjaźni dwóch chodzących przeciwieństw, która dla obu bohaterów podróżujących przez baśniowe światy staje się w pewnym momencie nauką dorastania potężniejszą i szlachetniejszą, niż kiedykolwiek mogliby się tego spodziewać.
„Fruitvale Station” (reż. Ryan Coogler) – 900 tysięcy dolarów
Twórca Czarnej Pantery Ryan Coogler w 2014 roku na festiwalu Sundance zachwycił krytyków swoim niezależnym, nakręconym za jedyne 900 tysięcy dolarów dramatem społecznym Fruitvale Station, opartym na prawdziwych wydarzeniach będących przykrą kontynuacją wstydliwego rozdziału historii rasizmu we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Wraz z Michaelem B. Jordanem, którego obecność jest dziś w zasadzie cechą reprezentatywną jego filmografii, Coogler przedstawia ostatnie chwile z życia Oscara – ekskryminalisty, który dawno już odpokutował za błędy młodości i dziś robi wszystko, by zapewnić matce (Octavia Spencer) i pięcioletniej córeczce Tatianie (Ariana Neal) godziwy byt. Sylwester 2008 ma być dla niego początkiem zmian na lepsze, jednak znalazłszy się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie, zostaje zatrzymany przez policjantów, dla których kolor skóry chłopaka jest idealnym pretekstem do tego, by oskarżyć go o wzbudzenie zamieszek i śmiertelnie postrzelić.
We Fruitvale Station Coogler bez popadania w egzaltację i patos rozlicza się z bezlitosnym systemem półjawnego rasizmu i za pomocą prostych, niemniej jednak niebywale poruszających środków przekazu uzupełnia swoją filmografię o jedno z najlepszych dzieł wprost komentujących wstrząsające wydarzenia najnowszej historii Ameryki.