Publicystyka filmowa
To nie Bóg, a JANUSZ TRACZ cię zbawi
W świecie telenoweli, JANUSZ TRACZ to postać budząca grozę i fascynację. Gangster z Tulczyna, który wplątuje nas w niebezpieczną grę.
W przedszkolu wszyscy się go baliśmy. Babcia kręciła głową i cmokała zdegustowana, kiedy tylko pojawiał się na ekranie; a mnie głupio było się przyznać, że tak naprawdę wyłącznie dla niego oglądam z nią ten serial. Do dzisiaj pamiętam, jaki dreszcz przeszedł mi po plecach, kiedy od starszej kuzynki usłyszałam, że jego nazwisko czytane wspak to CZART. Telenowela Plebania nauczyła mnie dwóch rzeczy. Po pierwsze, że mówi się „plebania”, nie „chlebania”, jak wcześniej nazywałam to miejsce (nie pytajcie czemu, pewnie kościół kojarzył mi się z chlebem, o którym tak często wspominano na mszy). Po drugie, że w życiu chcę być otoczona dobrymi ludźmi, ale w filmach wolę patrzeć na tych złych.
Janusz Tracz. Okrutnik i bezbożnik. Wygląd: słowiański Daniel Craig o nieruchomej twarzy zimnego sukinsyna z zamrożoną mimiką. Charakter: dziecko Gerarda Nowaka z Długu i któregoś z twardzieli z amerykańskiego kina klasy B. Zawód: gangster i biznesmen, rodzaj prowadzonych przez niego interesów jest mocno niejasny. Miejsce zamieszkania: zapomniana przez świat wieś Tulczyn, rządzona łagodną, ojcowską ręką księdza proboszcza Antoniego. Zainteresowania: pieniądze, whisky, ateizm i wkurzanie wspomnianego proboszcza oraz jego parafian. Jego posiadłość rzuca cień na tulczyński krajobraz jak domek Gargamela na wioskę smerfów. Tępienie Kościoła jest jego ulubioną rozrywką, bo jak sam twierdzi, tortury go uspokajają. Zapytacie: czy Janusz Tracz ma serce? A on odpowie: „Mam. I używam zgodnie z przeznaczeniem – do pompowania krwi”. Stwierdzicie, że działa jak człowiek bez sumienia? Cóż, on powie na to: „Nie zasłaniaj się sumieniem. Ty po prostu nie masz jaj”. Ocenzurowany przez ramy publicznej telewizji Tracz nie mógł ciskać kurwami zza zaciśniętych zębów czy zabijać swoich wrogów z wyjątkowym okrucieństwem, a mimo to, dzięki swej charyzmie, cichaczem awansował do grona najsłynniejszych gangsterów polskiego kina. Więcej: brak wulgarności odróżnia go od prostackich oprychów zaludniających rodzime produkcje sensacyjne, dodaje mu lordowskiej wręcz elegancji. I pomyśleć, że Dariusz Kowalski, który tak świetnie zagrał tego czarta w ludzkiej skórze, prywatnie jest gorliwym katolikiem chadzającym na pielgrzymki.
O Januszu Traczu przypomniałam sobie kilka lat temu, kiedy to Internet niespodziewanie zalała fala memów z jego osobą. Scenki wycięte z Plebanii osiągały po kilkaset tysięcy wyświetleń – tu postrach Tulczyna gasi wyłudzającą od niego pieniądze Agnieszkę Włodarczyk; tam prekursor Testovirona zalewa drogie zegarki równie drogą whisky, mrucząc pod nosem nonszalancko: „Rolex… stać mnie”. Gdzieś tam pojawiały się sugestie, by napisać petycję do TVP z prośbą o spin-off Plebanii – poświęcony losom wiadomego bohatera. Znaleźli się i tacy fanatycy Tracza, którzy wycinali z Plebanii wszystkie sceny z jego udziałem, by następnie je sklejać i tworzyć w ten sposób swoisty serial o najczarniejszym charakterze polskich telenowel. Założony tylko w tym celu kanał „Janusz Tracz” osiągnął na YouTube prawie 10 tys. subskrypcji, a publikowane na nim filmy oglądało kilkanaście razy więcej osób. Do ostatniego odcinka tej Traczowej epopei dotrwało najwierniejsze grono widzów w liczbie 16 tys. osób – w tym ja. Tak, przyznaję się – obejrzałam wszystkie sceny, w których kiedykolwiek wystąpił Janusz Tracz (#niewstydzesie). Czasem ze skupieniem, częściej puszczone gdzieś w tle podczas wykonywania codziennych, monotonnych czynności. Wnioski? Zaskakująco dobrze jak na telenowelę rozpisana historia. Pomijając grzechy typowe dla taśmowych seriali (dziury fabularne, niekończenie wątków – czasem intrygi Tracza zostają porzucone bez zapowiedzi, a kilkakrotnie sygnalizowane kiełkujące „nawrócenie” Szefa nigdy nie dochodzi do skutku), polecam – wciąga i odstresowuje.
W pierwszych odcinkach Plebanii Tracz wydaje się z lekka niedorobiony. Brakuje mu tej makiawelicznej aury i klasy, za jaką pokochali go internauci, przypomina byle ruskiego bandziora czy prymitywnego pruszkowskiego zbira. Szybko jednak szlachetnieje, a zarówno aktor, jak i scenarzyści telenoweli naprawdę rozsmakowują się w tej roli. Więcej: wątek Tracza jest napisany o dwie klasy wyżej niż pozostałe wątki Plebanii. Zupełnie jakby scenarzyści, zmęczeni ustawiczną produkcją słodkopierdzącego szajsu do kotleta, mogli sobie wreszcie ulżyć przy wymyślaniu kwestii dla Szefa.
Rozplanowują dla niego kryminalne intrygi, których nie powstydziłby się regularny serial sensacyjny. Wkładają w usta jedynego niejanuszowatego Janusza cięte riposty, elokwentne monologi i epickie one-linery. Jasne, to wszystko jest przerysowane, przegięte i znajduje się na granicy karykatury, ale która ikoniczna postać nie składa się z klisz? Nie od dziś wiadomo, że popkultura dlatego tak silnie na nas oddziałuje, że zaludniają ją ludzie bardziej wyraziści i ciekawsi niż życie; ludzie będący hiperbolą i uosobieniem kilku cech. A Janusz Tracz jest uosobieniem zła. Sam aktor, Dariusz Kowalski, tak po latach podsumował swoją rolę: „My się tym bawiliśmy, jechaliśmy po bandzie, żadnych odcieni szarości. Kręciliśmy bajkę. To jest proste jak w westernie. Jest dobry szeryf i jest bandyta. Szeryfem był proboszcz, a bandytą byłem ja”.
Nim Tracz rzuci się w ramiona rozmaitych kobiet (Milada, Konstancja, Irka i inne nietuzinkowe imiona), jest wiernym, choć zaborczym i raczej toksycznym mężem smętnej, przerastającej go o głowę Andżeliki. Żona z niej piękna i efektowna , choć swoją bezbarwną osobowością wnerwia mocno. Oto przykładowy dialog Andżeli i Janusza: Ona: „Wychodzę. On: „Dobrze, kochanie. Ona (dotknięta): „Nie zapytasz dokąd?”. On: „Dokąd, kochanie?”. Ona (na maksa obrażona, zarzuca wojowniczo torebkę na ramię): „To moja sprawa!”. A jednak rolą Andżeli u boku Tracza jest coś ważniejszego niż irytowanie go (i widza).
Kobieta jest w pewien sposób rzecznikiem widowni. Scenarzyści wprowadzili jej postać po to, by skomplikowane jak na telenowelę Traczowe intrygi stały się zrozumiałe nawet dla najmniej rozgarniętych oglądających – naiwna Andżelika nie nadąża za knowaniami męża, który wszystko cierpliwie i łopatologicznie jej (a zatem pośrednio widzowi) tłumaczy. Czasem w tej roli zastępują ją gapowate pachołki Szefa: Osa i Rumcajs, służący Januszowi i będący zarazem comic relief. Andżela jest także nieugiętym reprezentantem obiegowej, katolickiej moralności. W praktyce oznacza to, że kobieta każdorazowo dziwi się i przeraża złem męża, próbuje doprowadzać go do porządku besztającym okrzykiem: „Janusz!” albo z emfazą narodowca na wiecu rzuca hasłami typu: „Sumienie”. W skrócie: męczy bułę.
Plebania należy do starej szkoły polskiej telenoweli (takie pojęcie nie istnieje, to moja prywatna terminologia). Do jej reprezentantów zaliczam seriale takie jak M jak miłość, Klan, Złotopolscy; wszystkie przeżywały swoją świetność w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku i wszystkie emitowała TVP. Wspólnym mianownikiem produktów starej szkoły polskiej telenoweli jest sielskość, swojskość, rodzinność, polskość i wpisany w całość konserwatywny system wartości. Akcja działa się najczęściej na wsi, a fabuła krążyła wokół losów danego rodu oraz osób w jakiś sposób z tym rodem związanych.
Gdzieś mniej więcej w 2010 r. ten typ telenoweli został przyćmiony przez nową generację tasiemców, promowaną przez TVN i Polsat, w tym Na wspólnej, Barwy szczęścia, Magdę M., Pierwszą miłość. Te produkcje miały pokazywać nowoczesną, proeuropejską Polskę i przyciągnąć młodszą widownię. Efekt był, jak wiemy, jeszcze bardziej przypałowy – z kątów szklanych serialowych mieszkań wyglądały narodowe kompleksy względem zachodu, a z drogich butów super cool młodzieżowych bohaterów wystawała słoma. To ja już wolę szczerą prostoduszność Plebanii. Dlaczego o tym piszę? Bo telenowela należy do tych produkcji telewizyjnych, które próbują jak najwierniej dostosować się do przekonań, poglądów i marzeń średniej społecznej. Współcześnie z roli „zwierciadła narodu” wypchnęły ją nieco paradokumenty i pararealistyczne programy typu Chłopaki do wzięcia; emisja samej Plebanii zakończyła się natomiast w 2011 r. – pisząc o Januszu Traczu, cofam się więc w czasie. Jednak nawet założywszy, że Plebania obrazuje gusta i światopogląd Polaków sprzed kilkunastu lat, to i tak warto przyjrzeć się jej naczelnemu antagoniście i zapytać: co o naszym społeczeństwie mówi fakt, że na swoją nemezis wybrało właśnie Tracza?
Nietrudno zauważyć, że Janusz Tracz jest zbudowany ze wszystkich tych cech, których stereotypowy Polak nienawidzi lub zazdrości innym. Polacy lubią ludzi skromnych, normalnych, takich, co to się nie wyróżniają ponad przeciętność – a Tracz wręcz emanuje pewnością siebie i pogardą dla miernot wszelkiego rodzaju. Polacy czczą rodzinę i rozrodczość – a Tracz z pierwszą żoną się rozwodzi, drugą doprowadza do choroby psychicznej i w efekcie do samobójstwa, dzieci zaś nie znosi. Nawet syn, rudy Pawełek, choć szczerze kochany przez ojca, nie staje się bodźcem do przemiany z czarta w świętego człowieka.
Przeciwnie: Tracz wychowuje dziecko na miniaturową wersję siebie, ojcostwo nie czyni go ani trochę cieplejszym zimnym draniem. Użalanie się nad sobą, marudzenie na wszystko dookoła? Tracz nigdy nie marudzi, jak coś mu nie pasuje, to po prostu to zmienia lub usuwa. Patriotyzm? Ee, Tracz jest pragmatyczny, jego interesuje zysk, nie jakieś idealistyczne pierdoły. W jednej ze scen przyprawia proboszcza niemal o zawał, prowokacyjnie dając na mszę za swoich kolegów, zmarłych esbeków. Innym razem broni przy tym samym proboszczu Jaruzelskiego i jego decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego.
Janusz Tracz jest bogaty, bo – jak w tym kraju powszechnie wiadomo – pieniędzy nie zdobywa się ciężką pracą, talentem i zaradnością, a oszustwem, kłamstwem i po znajomości. Jak ktoś ma kasę, to na pewno ją ukradł. Uczciwi ludzie żyją skromnie. To dlatego tak często czarny charakter jest bogaczem albo biznesmenem (inny sławetny przykład to Jaroszy z M jak miłość). Serialowa panna Krystyna – notabene Tracz w pewnym momencie uwodzi ją tylko po to, by wkurzyć jej brata, księdza proboszcza – jest właścicielką jedynego baru w Tulczynie, czyli, na logikę, musi być całkiem bogatą babką na tle reszty lokalsów. Jednak Plebania konsekwentnie nie pokazuje nam śladów jej zamożności, panna Krysia pomyka w rozciągniętych ciuchach i mieszka bardzo skromnie. Powód? Bardzo prosty – Krystyna ma być lubiana przez widzów, nie może więc być od nich lepsza. Niech sobie ma pieniądze, ale tak, jak chciałyby tego dla nas wszystkie nasze ciocie, czyli po cichu, bez ostentacji, bez chwalenia się, a już najlepiej to przypadkiem, bo ambicję i staranie się zawsze obgadają jako pazerność. Co innego Tracz: ooo, ten niech się tarza w banknotach, niech demonstruje, że tym bogatym tylko na sianie zależy. Bo gdzie zło, tam pieniądze.
Polacy nie ufają ludziom bogatym, a ściślej: bogatszym od siebie. Można gdybać, na ile jest to bezzasadna zawiść, a na ile pokłosie złych doświadczeń zbiorowości, nauczonej przez lata komuny i dzikiej epoki transformacji, że w Polsce najłatwiej dorobić się cwaniactwem i naginaniem prawa. Faktem pozostaje, że telenowele nie oferują wielu przykładów przedsiębiorczych, zaradnych finansowo osób, które byłyby jednocześnie postaciami pozytywnymi i obliczonymi na wzbudzanie sympatii u widza. Co tam telenowele zresztą: Olbrychski rozkręcający interes życia w Ziemi obiecanej jest zły, ale ten sam Olbrychski zabijający w Potopie najeźdźców Częstochowy jest już dobry i po przemianie.
W telenowelach typu M jak miłość czy Plebania dobry człowiek to zawsze prosty człowiek. Intelektualiści to dziwacy, są oderwani od rzeczywistości, przemądrzali, zadzierający nosa; bliscy karykatury jak wybrakowane kopie pisarza z Rejsu. Na tle ciemnego tulczyńskiego ludu inteligencja Tracza świeci jakże jasnym blaskiem. Tu podzieli się on błyskotliwą refleksją, tu rzuci cytatem z literatury, tam wykorzysta swoją przewagę intelektualną do niecnych celów. Tracz jest samotny – nie ma wokół siebie ludzi na swoim poziomie. Jedyną osobą w całym serialu, która dorównywała mu inteligencją, była Wiki – jaka szkoda, że scenarzyści Plebanii nie zdecydowali się przypieczętować ich relacji romansem, chemia między Traczem a bohaterką graną przez Agnieszkę Włodarczyk aż rozsadzała ekran.
Znamienne, że Wiki także trudno nazwać postacią pozytywną (choć dla mnie plasuje się ona zaraz za Traczem w rankingu najlepszych bohaterów Plebanii). Jej błyskotliwość, niezależność, energię i pewność siebie „dobrzy” mieszkańcy Tulczyna (a zatem i modelowy widz) odbierają jako bezczelność i zarozumialstwo. Niestety, ten kult tępych i pokornych owieczek w telenowelach to pochodna tego, że żyjemy w kraju, który nie szanuje wartości intelektualnych. Którego elitę wymordowano w czasie wojny, a jej niedobitki zgnoił PRL. W którym system rzuca kłody pod nogi młodym przedsiębiorcom, artystom, wynalazcom, kobiecie bardziej opłaca się urodzić dwójkę dzieci niż iść na studia, ludzie kultury szarpią się o dotacje, a nawet nagradzani prestiżowymi statuetkami pisarze nie są w stanie wyżyć ze swej twórczości (głośny przypadek Kai Malanowskiej). Jak pokazał niedawny strajk nauczycieli, boleśnie nie docenia się u nas wagi edukacji i wykształcenia. Jak pokazują coroczne raporty czytelnictwa – coraz mniej się u nas czyta. A jak już się czyta, to tak, że Blanka Lipińska ląduje w top ten Empiku.
Przede wszystkim jednak Tracz wchodzi w inteligentną polemikę z katolicyzmem. Pojedynki słowne między Traczem a księdzem Antonim czy Adamem to bodaj jedyny przypadek w historii polskiej telenoweli, kiedy to zbliżyła się ona do filozofii. Proboszcz i Szef toczą ze sobą teodycealny bój, a twórcy przy pomocy niezbyt subtelnej symboliki wskazują nam, że ten pierwszy reprezentuje miłosiernego, nieskończenie dobrego Boga Ojca, ten drugi – samego szatana. W jednej z krótkich rozmów z księdzem Adamem Tracz zdobywa się na metarefleksję (tak, Plebania wskoczyła na poziom meta!), że nie mogliby bez siebie istnieć, że im bardziej ksiądz jest biały, tym bardziej Szef jest czarny, że są dwiema opozycyjnymi siłami bytującymi w symbiozie.
Trudno powiedzieć, aby księża wychodzili z tych słownych pojedynków zwycięsko. Scenarzyści jakoś lepiej radzili sobie z wymyślaniem argumentów dla Tracza. Jego zarzuty są konkretne, poparte przykładami, celne. Wytyka pazerność, zabobonność, staroświeckość kleru. Trafnie punktuje absurdy wiary katolickiej. Jedyne, co oferują mu księża w ramach odpowiedzi, to bogobojne komunały („W życiu nie chodzi tylko o pieniądze, panie Tracz”), randomowe cytaty z Biblii, wyniosłe milczenie i cierpiętnicze miny bożych męczenników. Bodaj najlepiej swoje antyklerykalne poglądy Szef wyłożył w trakcie kłótni z matką (wśród fanów Tracza nazywaną Truchłem), która usiłowała odnowić kontakt z synem po tym, jak wiele lat wcześniej porzuciła małego Janusza i wyjechała do Ameryki. W jednej ze scen matka strasznie dręczy Tracza tym, że nie wychowuje syna według zasad wiary katolickiej. Jedyny Janusz, z którego nikt się nie śmieje, odpowiada jej na to tak: „Na co mu taka wiara? Bezsensowny strach przed starcem z brodą, szacunek dla panów w czarnych sukienkach, kult cierpienia i ubóstwa – mój syn nie potrzebuje czegoś takiego.
Posłuchaj! Chcę, żeby moje dziecko wyrosło na silnego człowieka, który bierze swój los w swoje własne ręce i nie chowa się za postacią wiszącą na krzyżu”. Według tych zasad działa sam Janusz Tracz. Wypina się na stulecia polskiej martyrologii. Gardzi roszczeniową postawą, biernym tkwieniem w roli ofiary, czekaniem na mannę z nieba i pięćset plus. Nie przerzuca odpowiedzialności za własne życie na kogoś innego. Nie dopuszcza do tego, by jakakolwiek organizacja myślała za niego i oferowała mu gotowy model życia. Wybiera samodzielność i wolność. Sam jest sobie panem i bogiem. I w ten oto sposób scenarzyści Plebanii, budując Tracza z kompilacji naszych narodowych kompleksów, uprzedzeń i antypatii, stworzyli postać, która – chyba nie do końca zamierzenie – stała się najlepszą reklamą cech, jakie w założeniu miała piętnować. Tracz przyciągał Polaków przed ekrany. Stał się memem. Jest pamiętany po niemal dwudziestu latach, ba: przeżywa drugą młodość. A tak całkiem prywatnie – dla kilkuletniej mnie był zapowiedzią i namiastką kina gangsterskiego, które nieco później pokochałam dzięki starszemu bratu, mojemu filmowemu senpajowi.
Co z tych przydługich rozważań wynika? Pewnie nic. Zamiast zgrabnej puenty składam więc w ofierze podziękowanie dla Szefa – niech przyjmie tę skromną piosenkę dziękczynną i ten pochwalny psalm:
