Connect with us

Publicystyka filmowa

CO POWINIEN MIEĆ W GARBIE QUASIMODO? Niepełnosprawnym aktorom nie wolno grać?

CO POWINIEN MIEĆ W GARBIE QUASIMODO? to refleksja nad rolą niepełnosprawnych aktorów w kinie, ich prawem do autentyczności i godności.

Published

on

Zanim powstało kino, pokazywano ich w objazdowych cyrkach, a w codziennym życiu wytykano palcami i odmawiano prawa do nazywania się ludźmi. Mówiono, że stworzył ich tzw. gorszy Bóg, diabeł, szatan albo inny demon. Żyli jako wystawiane na pokaz kurioza, dopóki byli zdrowi i silni i ktoś mógł na nich zarobić. Gdy niektórzy zdołali dożyć do starości lub wcześniej wypadli poza nawias cyrkowego taboru, umierali w samotności i nędzy. Powstanie kina niewiele zmieniło, chociaż mogło dużo. Do dzisiaj pozostają dla mainstreamowego świata Hollywoodu dziwolągami (podobnież dla innych kinematografii, w tym polskiej), chociaż otwarcie już nikt nie odważy się ich tak nazywać, bo to obraźliwe i niepoprawne politycznie.

Advertisement

To jednak znaczące, że od czasów Dziwolągów Toda Browninga, czyli przez ponad 80 lat, nikt nie miał odwagi nakręcić bogatszego obrazu, w którym niepełnosprawni aktorzy zagraliby faktycznie siebie w swoim własnym świecie i wykreowali tak plastyczne, godne zapamiętania, LUDZKIE postaci.

Żeby uświadomić sobie sytuację – zanim jednostkowe przypadki uzna się za jakąś szerzej obowiązującą normę, co często jest mydlącym oczy argumentem – warto przypatrzeć się liczbom. Wyspecjalizowana w adaptacji osób niepełnosprawnych Fundacja Rodziny Rudermanów ocenia, że około 20 procent społeczeństwa amerykańskiego posiada jakąś niepełnosprawność. Równocześnie niewiele ponad dwa procent wszystkich filmowych postaci jest niepełnosprawnych. Przy tym są to głównie role charakterystyczne i epizodyczne. W telewizji jest podobnie, a dodatkowo w rolach niepełnosprawnych w większości występują pełnosprawni, tak samo zresztą jak i w produkcjach kinowych.

Advertisement

Prince Randian (Człowiek-tułów) i Johnny Eck (Półchłopak) na planie Dziwolągów Toda Browninga

Mimo tych danych środowiska filmowe, które należą głównie do ludzi pełnosprawnych i to oni mają w nich decydujący głos, twierdzą, że sytuacja zmienia się dla niepełnosprawnych na lepsze. Dostają oni coraz więcej ról. Powstają nawet specjalne agencje aktorskie zajmujące się promocją wyłącznie aktorów niepełnosprawnych (np. Agencja VisABLE działająca na angielskim rynku telewizyjnym). Na jej przykładzie warto jednak dokładnie sprawdzić, czym się chwali, i może tu znajdziemy odpowiedź na coraz ostrzejszy sprzeciw niepełnosprawnych co do ich traktowania w dostępie do poważniejszych ról filmowych.

Kogo zobaczymy na stronie VisABLE? Np. mistrza fechtunku, paraolimpijczyka Kevina Davidsa, znanego m.in. z roli jednego z klientów w brytyjskim tasiemcu Coronation Street. Jest też Grace Mandeville występująca w serialu science fiction Sparticle Mystery. Pojawia się również Sam Barnard – widziałem go ostatnio na CDA w niewielkiej roli Roberta w Podejrzeniach pana Whichera: Morderstwie w domu na Road Hill.

Myślę, że chociażby dzięki przykładom z tej agencji aktorskiej można zrozumieć, na czym polega to podnoszone larum przez organizacje dbające o integracjr niepełnosprawnych z normalnym, ukulturalnionym społeczeństwem, jak i ich samych. Oni nie chcą byle jakich rólek epizodycznych, nawet gdy chodzi o postaci negatywne, zdeformowane czy odmienne psychicznie od reszty „normalsów”. Niepełnosprawni chcą zagrać role „swoich”, kalibru profesora Charlesa Xaviera z serii X-Men. Oni chcą zastąpić Joaquina Phoenixa w Bez obaw, daleko nie zajdzie Gusa Van Santa. Chcą zagrać garbusa Quasimodo zamiast Hopkinsa, treserkę orek Stéphanie w Z krwi i kości zamiast Marion Cotillard i zdeformowanego Josepha Merricka zamiast Charliego Heatona w najnowszej adaptacji Człowieka słonia. Rozsądnym minimum dla nich jak na początek jest rola głuchej Millicent Simmonds w Cichym miejscu Johna Krasinskiego.

Advertisement

To jest kaliber, o który walczą i który ich zadowala, bo właśnie ci filmowi i przecież fikcyjni niepełnosprawni wpisali się i wciąż to robią w historię współczesnej społeczności jako współtwórcy naszej literacko-medialnej zachodniej świadomości i symbolicznej orientacji w świecie. A tak naprawdę w tej chwili robią to ludzie, którzy jedynie mogą sobie nieudolnie wyobrazić, jak to jest nie chodzić albo ustami zastępować ręce.

Anthony Hopkins jako Quasimodo

Na naszym lokalnym poletku jest jeszcze gorzej, a można by sądzić, że ze względu na umiłowanie rodzimych twórców do skomplikowanych obyczajowo historii niepełnosprawność zagrana przez niepełnosprawnych okaże się wyśmienitym materiałem na psychologiczne i kontrowersyjne fabuły. Niestety, oprócz Piotra Swenda (Klan) i niewielkiej roli Daniela Cyglera (Barwy szczęścia) obecnie w świecie polskiego filmu z rzadka widoczni są jeszcze tylko głuchoniema Iwona Cichosz (Leśniczówka) i cierpiący na karłowatość Iwo Pawłowski, którego filmografia jest zresztą dość wymowna. Zagrał m.in. klauna, ufola, karła z tubą i nagiego karła. Jak łatwo się domyślić, nie są to nawet trzecioplanowe role.

Iwona Cichosz w Tańcu z gwiazdami

Z historii naszego filmu pamiętam jeszcze Tadeusza Rzepkę. W 1979 roku zagrał niepełnosprawnego pracownika w Amatorze Kieślowskiego. Poza tym na uwagę zasługuje też dokument Bogdana Dziworskiego z niesamowitymi zdjęciami Krzysztofa Ptaka o Jerzym Orłowskim, człowieku bez rąk, który maluje stopami, uprawia sport i robi wszystko, by go nie zaszufladkować jako kalekę. Orłowskiego można uznać za znakomitego aktora, gdyż jest sobą. Tak wiele energii wkłada w to, by się nie różnić od „normalnych”, jakby tylko ta walka o siebie zapewniała mu wystarczającą siłę, by nie popaść w rozpacz, marazm i odrzucenie.

Ostatnim przykładem z bardziej obszernymi rolami niepełnosprawnych, który sobie przypominam, jest krótkometrażowa produkcja Zebrzydowskie sianokosy, nakręcona przez Stowarzyszenie Dobroczynne im. Mikołaja Zebrzydowskiego. Trzydziestominutowy film w dość specyficzny sposób opowiada o wymordowaniu niepełnosprawnych pensjonariuszy Konwentu Bonifratrów w Zebrzydowicach. Stało się to 23 czerwca 1942 roku, w ramach nazistowskiej akcji T4. Pacjentów zagrali faktycznie niepełnosprawni umysłowo aktorzy z Konwentu Bonifratrów w Zebrzydowicach. Szkoda tylko, że twórcom produkcji religijny charakter filmu przesłonił racjonalną faktografię i umiejętność opowiadania trudnych historii dostosowaną do percepcji współczesnego odbiorcy, który niekoniecznie jest stałym bywalcem niedzielnych mszy.

Advertisement

Niemniej jednak każda taka inicjatywa, niezależnie od ideologicznego nacechowania, jest cenna, bo integruje nas ze środowiskami niepełnosprawnych, a kto wie, czy na równi z nimi, nie jest to właśnie nam potrzebne. Gdy chodzi o film, to chyba by było na tyle, jeśli chodzi o większe role (statystów nie liczę). Jeśli sobie kogoś przypominacie, koniecznie napiszcie w komentarzach pod tekstem. To ważne, żeby takie postaci nie zostały zapomniane, nawet gdy są to epizody, ale jakże dla sytuacji niepełnosprawnych w polskim kinie znaczące. Co ciekawe, inaczej jest z teatrem.

Krzysztof Globisz

Można po przecinku spisać przynajmniej całą stronę grup teatralnych, festiwali, wydarzeń związanych z dramatyczną i szeroko pojętą artystyczną twórczością chorych na przeróżnego rodzaju niepełnosprawności intelektualne i fizyczne. W reklamie, telewizji i pełnometrażowym filmie kinowym tacy ludzie aktorsko właściwie nie istnieją, chociaż zdarzają się ważne role niepełnosprawnych postaci grane właśnie przez pełnosprawnych – np.

Zbigniew Zamachowski jako poruszający się na wózku Edzio w Cześć, Tereska, Dawid Ogrodnik jako chorujący na porażenie mózgowe Mateusz Rosiński w Chce się żyć, Andrzej Chyra jako niewidomy nauczyciel Kacper Bielik w Carte Blanche, Maciej Musiał w roli Janka Meli w Moim biegunie. Te przykłady wystarczą mi, żebym stwierdził, że w powyższych rolach nie ma żadnej, w szczególności marketingowej, konieczności, żeby występowali w nich „normalni” aktorzy po tzw. studiach. Upada również ewentualny argument, że nie ma fabuł, w których osoby kalekie mogłyby wystąpić. Może więc po prostu nie ma u nas zdolnych ludzi niepełnosprawnych wykształconych dramatycznie?

Advertisement

Właśnie, à propos studiów. Jak wykształcić niepełnosprawnego aktora w polskich warunkach? Krzysztof Globisz, jeszcze jako prorektor krakowskiej PWST, twierdził, że niepełnosprawni nie tylko powinni studiować aktorstwo, ale i żeby im to umożliwić, należy zaprojektować dla nich specjalny tok nauczania. Globiszowi imponowały pod tym względem Czechy i postać Martina Frysa, absolwenta praskiej Akademii Teatralnej. Frys mimo zdeformowanych rąk jest czynnym aktorem. Znalazł swoją niszę w tzw. teatrze antropologicznym, terapeutycznym i pedagogicznym, wciągającym widzów do zgłębiania wiedzy o teatrze nie tyle w sposób pasywny, na widowni, ile aktywny – warsztaty, samodzielne próby uporządkowania własnej rzeczywistości przez dramę itp.

Ale znów zatrzymaliśmy się na teatrze, gdzie nawet aktorzy niepełnosprawni bez wykształcenia grają główne role w przedstawieniach. Polska edukacja artystyczna wciąż nie zapewnia równego dostępu do studiów. Aktor z szansami na tzw. rynku musi mieć dwie sprawne nogi i takież ręce, a najlepiej jeszcze śliczną twarzyczkę i zgrabny tyłek.

Advertisement

Dla Globisza znalazło się jednak miejsce i w teatrze, i w filmie po chorobie, prawda? Mateusz Pakuła napisał dla niego specjalną sztukę (Wieloryb The Globe), uwzględniając chorobę i umożliwiając genialnemu aktorowi zagranie samego siebie i skonfrontowanie się na scenie z własnymi ograniczeniami. Spektakl można było oglądać m.in. w krakowskim Teatrze Starym w reżyserii Evy Rysovej. Jak widać, udar mózgu wcale nie pozbawił Globisza zdolności – zmienił tylko ich wizualnie odbieraną formę. Widzowie ją zaakceptowali, bo mieli do czynienia z aktorem już bardzo znanym.

Renata Dancewicz w Diabelskiej edukacji

Jak więc zareagowaliby, gdyby Renata Dancewicz w Diabelskiej edukacji pokazała się tylko z jedną piersią? Zapewne podobnie, gdyby miała obydwie piersi, lecz siedziała na wózku, a jej łydki z powodu zaniku mięśni były tak cienkie jak nadgarstki dziecka. Czy więc chodzi faktycznie o niepełnosprawność, czy może wyłącznie o zależny od czasów estetyczny szablon? I co z kolei stoi za potrzebą jego oglądania?

Obrońcy pełnosprawnych w castingach na Zachodzie często podnoszą argument, że nie tyle nie da się znaleźć wystarczająco zdolnego człowieka do zagrania danej roli niepełnosprawnego, ile reklamowa machina promocji filmu wymaga znanego nazwiska, które przyciągnie ludzi do kin. Stąd faktycznie niepełnosprawni z anonimowymi osobowościami raczej odstraszają widzów, zwłaszcza jeśli ci uświadomią sobie, że człowiek, którego właśnie oglądają na ekranie naprawdę ma zespół Downa albo stwardnienie zanikowe boczne. Jest to bolesne, ale reklama stawia sobie za cel pasywną odpowiedź na już utarte potrzeby odbiorcy, natomiast brak jej ambicji, żeby owe pragnienia na nowo wykreować.

Advertisement

Z takim podejściem spotykam się codziennie w swojej pracy zawodowej. Mało który polski reklamodawca z tzw. masowego rynku usługowego chce pokonać jakiś stereotyp, wyważyć od dawna zamknięte drzwi, sprzeciwić się społecznym przesądom, chlasnąć klienta w pysk dwuznacznością reklamowego przekazu i zmusić do głębszych emocji niż sztucznie podtrzymywana, mechaniczna potrzeba nabywania niepotrzebnych dóbr. Pocieszam się, że na zachodnim filmowym rynku nie jest lepiej. Która z wielkich amerykańskich wytwórni zaryzykuje i wyda miliony dolarów na wypromowanie w świadomości widza np. aktora bez nogi, zamiast uciąć mu ją w postprodukcji.

Przypomina mi się teraz Forrest Gump, Gary Sinise (porucznik Dan Taylor) i całe to buńczuczne podkreślanie, jak to twórcom świetnie udało się usunąć mu na ekranie kończyny.

Advertisement

Gary Sinise (porucznik Dan Taylor) w Forreście Gumpie

Można dopatrywać się wielu źródeł obecnego stanu rzeczy. Można zwalać winę na marketing, aktorskie znajomości, gorsze wykształcenie, wyszukiwać przeróżne, systemowe bariery itp. Wszystko to będzie jednak zwykłym mydleniem oczu, poprawnym politycznie samousprawiedliwianiem się filmowego establishmentu. Na dnie niedopuszczania osób niepełnosprawnych do pierwszoplanowych ról zarówno niepełnosprawnych, jak i pełnosprawnych postaci tkwi uznawana aktualnie przez społeczeństwo definicja człowieka. Defaultową istotą ludzką jest pełnosprawny człowiek, a nie gość bez ręki, z zespołem Downa czy z uszkodzeniem słuchu.

Stąd ułomność może być albo sceniczną maską zdrowego aktora, albo ostrożnie dozowanym niemal jak silny antybiotyk kinematograficznym smaczkiem, żeby widzowie śmiali się, bali lub melodramatycznie litowali. Sytuacja nie zmieni się, dopóki nie zrozumiemy, że tzw. „normalność” nie jest definiowana przez statystycznie największe szanse gatunkowego przeżycia, nie jest jednorodna, nie jest darwinistycznym szablonem. Już taka nie musi być.

Adam Pearson

Garb Quasimodo jest emblematycznym przykładem tego, jak sytuacja z niepełnosprawnymi aktorami wygląda naprawdę, a nie jak mainstream chciałby, żeby niepełnosprawni i widzowie ją widzieli. Pytanie, co w tym garbie potrzebują dostrzegać widzowie? Nie neguję tego, że sytuacja niepełnosprawnych powoli się zmienia, nie tyle na aktorskiej niwie, ile w ogóle w społeczeństwie. W dziedzinie kinematografii, jak dla mnie jednak, jest to zmiana zbyt niewielka, by w ogóle ją zauważyć, wręcz kosmetyczna i realizowana dla utrzymania tzw. świętego spokoju. Symbolicznym dowodem na to jest najnowszy casting BBC do roli Johna Merricka (Człowiek słoń), który wygrał Charlie Heaton (Stranger Things), a cierpiącego na nerwiakowłókniakowatość Adama Pearsona nawet nie powiadomiono, o tym, że ktoś z jego schorzeniem jest poszukiwany. Z góry założono, że grający Merricka aktor ma być „normalny”.

Pearson skwitował całą sytuacją dość jednoznacznie:

Advertisement

To nie tylko problem BBC, ale całego przemysłu filmowego. Praca oczywiście powinna trafiać do najlepszych aktorów, lecz artyści z warunkami fizycznymi, które chce się wykorzystać w filmie, absolutnie powinni być na pierwszym miejscu, niezależnie od tego, jak dużo wysiłku to wymaga.

Zatem kolejne argumenty producentów na temat ogólnych trudności pracy z niepełnosprawnymi aktorami, którzy wymagają specjalnych warunków na planie filmowym, zdają się wyssane z palca. To ekipa powinna zadbać, aby podczas zdjęć niepełnosprawny czegoś sobie nie zrobił albo żeby odnaleźć z nim taką drogę komunikacji, żeby produkcja filmu szła gładko. Jakoś kosmiczne fanaberie wielkich gwiazd są do zaakceptowania, a kiedy aktor np. nie słyszy, już się podnosi larum, że trudno się z nim pracuje i opóźnia to zdjęcia, więc lepiej zatrudnić pełnosprawnego. Piję tu do Kształtu wody i Sally Hawkins w roli głuchoniemej Elizy Esposito. Czyżby bano się, że głuchoniema aktorka będzie odstraszająco jęczeć podczas masturbacji, nie tak jak słysząca? W tym przypadku odpada marketingowy argument, że to główna rola damska miała przyciągnąć widzów do kina, bo Hawkins wcale nie jest taka znana. Jej postać jest za to idealna do pokazania, że niepełnosprawni również są seksualnymi istotami, że im też wolno się zaspokajać. Niestety w społeczności „normalnych” uznawani są za odmieńców, więc prawdziwą seksualną realizację znajdują w ramionach równie zdewaluowanych etycznie i radykalnie innych osobnikach (człowiek-płaz).

Sally Hawkins jako Eliza Esposito (Kształt wody)

Wracając do tytułowego garbu, wygląda na to, że lepiej, gdyby Quasimodo miał w nim watolinę niż kostną tkankę. Sorry, wszyscy garbaci aktorzy-naturszczycy i cudem wykształceni pionierzy zgarbionego aktorstwa. Nie zagracie garbusa z Notre Dame. Niepełnosprawni są właśnie jak ten garb ciążący na marketingowych analizach specjalistów od reklam superprodukcji. Coś z nimi trzeba zrobić, ale nie na zbyt dużą skalę, bo niby ludzie się wystraszą, mimo że, o dziwo, przyjmują z entuzjazmem telewizyjne role np. głuchych lub sparaliżowanych aktorów, czy też takich dziennikarzy.

Najwidoczniej nie dojrzeliśmy, żeby dostrzegać piękno w niedoskonałości, bo nie znamy lub nie przywykliśmy do tego kanonu. Jeśli niepełnosprawny aktor nie zyskał wpierw sławnego nazwiska (np. wyjątkowy jako Tyrion Lannister Peter Dinklage), jest zwykłym dziwolągiem w objazdowym cyrku nazywanym kinem. Należy go grzecznie TOLEROWAĆ i od czasu do czasu PODGLĄDAĆ.

Advertisement

Peter Dinklage jako Tyrion Lannister (Gra o tron)

Z punktu widzenia filozoficzno-socjologicznego sytuacja niepełnosprawnych aktorów na rynku filmowym wygląda mi na traktowanie ich ułomności jako tzw. tolerowanego przewinienia, co jest charakterystyczne dla KONFORMIZMU KULTUROWEGO naszego kapitalistycznego świata. Jego korzenie spoczywają głęboko w chrześcijaństwie, które zaadaptowało do swojego rytu wiele pogańskich rytuałów. Z jednej strony więc odkupienie, a z drugiej naturalna i brutalna selekcja najsilniejszych. W sensie najpierwotniejszym niepełnosprawny aktor jako niepełnosprawny człowiek zawsze będzie winny niedostosowania formy swojego cielesnego jestestwa do bożego projektu.

Jego personalną winę bierze na swoje barki społeczność i zamyka w przekazywanej z pokolenia na pokolenie symbolicznej podświadomości wspólnoty. Z drugiej strony przez tyle lat rozwoju humanistycznych wartości nieco dorośliśmy do akceptacji różnych odmian kalectwa. Kulturowy konformizm polega więc teraz na podporządkowaniu się owym zmianom, jednak bez głęboko umotywowanej odwagi i chęci, by faktycznie coś konkretnego i rewolucyjnego zrobić. To tak, jakby przyznawać, że za rządów króla Belgii Leopolda II Koburga zmarło około 10 mln Kongijczyków i jednocześnie wciąż utrzymywać jego pomniki, albo dawać ONZ Pokojową Nagrodę Nobla, wiedząc, ilu cywili każdego dnia zostaje bestialsko zgładzonych.

Na tym polega KULTUROWY KONFORMIZM, który w połączeniu z rozwijającą się od XX wieku KULTURĄ PODGLĄDACZY wpływa na taką, a nie inną sytuację niepełnosprawnych aktorów. Tak, tak, osoby bez nogi, bez ręki, opóźnieni w rozwoju, zdeformowani, karły, garbaci – na nich lubimy patrzeć i podświadomie cieszyć się, że ani my, ani nikt z naszych bliskich taki nie jest. Kalecy wciąż są atrakcją, chociaż kto ma odwagę ich tak nazwać – chyba tylko Tod Browning w Dziwolągach, stąd taki sprzeciw wobec tego filmu. Kinematografia jest jedynie efektownym odpryskiem tych socjokulturowych procesów.

Advertisement

Składa ku naszej voyerystycznej uciesze wymyślone historie z ruchomych obrazów, które niby są fikcją, a przecież wynikają z tego, jaki kształt ma nasze realne myślenie, zarówno to twórcze, jak i odbiorcze.

Leopold II Koburg

Bo może być też tak, jak to celnie pokazał Krzysztof Kieślowski w Amatorze, kiedy dyrektor fabryki (Stefan Czyżewski) natyka się na Filipa Mosza (Jerzy Stuhr) filmującego niepełnosprawnego pracownika Wawrzyńca (Tadeusz Rzepka) i cynicznie pyta – Dlaczego właśnie on, a nie inny? Mosz odpowiada – Może po prostu, dlatego, że jemu jest trudniej być dobrym. – Sprytnie to wykombinowane – stwierdza Dyrektor i ciągnie temat dalej: – A nie uważa pan, że to trochę nieuczciwe? No, że o kalece robicie, że wykorzystujecie, a przecież… wyśmiewacie się?

Tadeusz Rzepka

Dyrektor u Kieślowskiego jest strażnikiem pewnego „naturalnego” w jego rozumieniu porządku społecznego, w którym uważa się, że większość ludzi nigdy nie będzie dojrzała do zrozumienia np. tego, że ukazanie na filmie historii niepełnosprawnego pracownika niekoniecznie musi narazić go na szyderstwa oraz samo w sobie nim być. W gruncie rzeczy takie podejście nie oznacza nic innego, jak społecznie niedopuszczalną akceptację inności, zwłaszcza wtedy, gdy o tym, że wcale nie jest ona taka niebezpieczna, dowiedzą się tzw. masy. Dlatego odbiorcy tak przerazili się w latach 30.

Dziwolągami, a raczej poddali się autorytatywnym świadectwom, na mocy których ludziom dozuje się świadomość wolności jak paszę kurczakom, by zręcznie nimi rządzić. Bo zasugerowano im, że niepełnosprawność może być niemal zaraźliwa i będzie dla nich zagrożeniem. Dlatego dzisiaj aktorzy niepełnosprawni nie są dopuszczani do ról niepełnosprawnych. Neochrześcijański kapitalizm obawia się inności bardziej niż ateistyczny komunizm, tyle że sprytniejszymi metodami ukrywa ten lęk.

Advertisement

Celnie podsumował sytuację James Moore, cierpiący na ataksję aktor znany z brytyjskiego serialu Emmerdale:

Myślę, że stosunek społeczeństwa do pełnosprawnych aktorów grających niepełnosprawnych jest zbyt pobłażliwy. To znaczy nie pozwolilibyśmy komuś białemu używać czarnego makijażu do zagrania Murzyna. Mogłoby być to odebrane jako niewłaściwe. A więc dlaczego pozwalamy pełnosprawnym grać niepełnosprawnych?

Obłuda jak nic. Wygląda na to, że nawet czarni są w lepszej sytuacji niż niepełnosprawni, o ironio, ci biali również.

Advertisement

James Moore

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *