Szybka piątka
Filmy, które nam OBRZYDZONO
W „FILMY, KTÓRE NAM OBRZYDZONO” odkrywamy tytuły, które z powodu hype’u lub powtórek straciły swój urok. Zajrzyj po dawkę refleksji!
Szybka piątka #161
Tym razem w naszym cyklu skupiamy się na tytułach, które zostały nam obrzydzone – albo przed premierą, albo na skutek licznych powtórek, albo z jeszcze innych powodów. Zapraszamy do zapoznania się z naszymi typami i przedstawiania swoich!
Tomasz Raczkowski
- Avengers – zanim obejrzałem ten film przetoczył się przez moją świadomość przeolbrzymi hype związany z tym filmem. A że niespecjalnie przypadły mi do gustu wcześniejsze części MCU (wiem, herezja) to Avengers oglądałem już z pokaźną negatywną nakładką, trochę na zasadzie przekory. Trochę wepchnięto mi ten film do gardła, a szkoda, bo to przyzwoity blockbuster.
- Król lew (2019) – sama koncepcja aktorskich remake’ów Disneyowskich klasyków z lat 90. jest dla mnie dość wątpliwa i średnio mnie grzeje, ale w tym wypadku szum narosły wokół cyfrowej wersji Króla lwa aktywnie zniechęcał do zapoznania się z filmem. Na myśl cisnęło mi się słowo „przerost” i to nie tylko szumu, co i formy. Bo ileż można wałkować temat technologicznie współczesnego remake’u?
- Kształt wody – znów zadziałał mechanizm przekory i intuicyjnego oporu wokół niebywałego hype’u, jaki otoczył film del Toro. Doszedł też sceptycyzm wobec bardzo wyraźnego wbicia się Hollywood, wraz z całą przesadą retoryczną i marketingowym walcem w przestrzeń festiwalu w Wenecji (co od tamtej pory już trochę mi się opatrzyło, ale rok po weneckim triumfie slow cinema Lava Diaza raziło), generujący we mnie niemal organiczną niechęć do Kształtu wody. Zresztą przez seans zaleczoną w niewielkim stopniu.
- Kevin sam w domu – przedświąteczna herezja, ale nie przepadam za filmem Columbusa (ani zresztą jego sequelem, choć palmę wątpliwego pierwszeństwa dzierży wigilijny klasyk). Nieustanne powtórki, towarzyszący narodzinom „ery memów” pseudoironiczny hype na ten film i jego generyczna dramaturgia sprawiają, że nawet uwielbiany przeze mnie Joe Pesci nie skłania mnie do świątecznych seansów. Nie moja para butów.
- Ziemia obiecana – a na koniec „redemption story. Był moment, że filmu Wajdy nie znosiłem ze względu na nieustanne peany na jego cześć i poczucie, że wymusza się na młodszych kinomanach koncepcję „Wajda wielkim Reżyserem jest, a Ziemia obiecana jego arcydziełem też.
Jednak po jakimś czasie i drugim seansie adaptacji powieści Reymonta zachwyciłem się nią i dziś żałuję niektórych wygłoszonych na jej temat kąśliwych uwag. Wniosek – po pierwsze, nie obrzydzać.
Odys Korczyński
- Znachor – żyję z tym filmem od dziecka.
Leciał w TV z tą samą regularnością, kiedy miałem dwa programy i leci teraz, kiedy mam ich ponad sto. Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z lepszych polskich filmów, ale ileż można go oglądać przy wszelkich, świątecznych okazjach. Dość.
- Szklana pułapka – kolejny, świetny tytuł akcji obrzydzony przez częstotliwość powtarzania w TV. Co ciekawe, okazuje się, że jest to film świąteczny, tyle że prócz świąt nadawany jest regularnie bez okazji.
- Requiem dla snu – w tym przypadku obrzydzenie nie nastąpiło z winy TV, gdyż Requiem dla snu właściwie nie pojawia się w TV. Obrzydzenie wywołali sami twórcy. Pierwszy seans zaliczyć trzeba było ze względu na ciekawość, poszerzenie wiedzy itp. Nie był przyjemny. Kolejne już wyłącznie ze względów czysto zawodowych. Masochistą nie jestem.
- Cast Away – do niedawna sądziłem, że jest to produkcja z tych, które nigdy się nie znudzą.
Niestety pomyliłem się. Najwyraźniej nuda kroczy wraz ze znajomością każdej ze scen, a z tym nie jest trudno, ponieważ tytuł regularnie jest wyświetlany raz na tym kanale, a raz na tamtym, i tak bez końca.
- Polskie komedie romantyczne produkowane przez TVN – może nawet niektóre nie byłyby takie złe, gdyby nie nachalna ich promocja w TVN. Sposób jej prowadzenia jest dosłownie odstręczający – napompowany, buńczuczny, patetyczny, jakby nigdy nie nakręcono lepszego filmu. A potem napakowana takimi bzdurami świadomość człowieka doznaje bolesnego zawodu podczas seansu.
Łukasz Budnik
- Kevin sam w domu – powtórzę za kolegą Tomkiem, ale z Kevinem (jednym i drugim, bo pozostałe odsłony trudno zaliczyć mi do tej samej serii) mam bardzo podobnie. Podczas kolejnych powtórek w telewizji raczej omijam, bo gagi w postaci gnębienia bandytów prześladujących Kevina nie są według mnie na tyle uniwersalne, by bawiły za każdym razem.
- Shrek – może „obrzydzono” to nieco za duże słowo, ale nie potrafiłbym się chyba zmusić do powtórnego seansu Shreka, ponieważ dziś ta postać jest tak przemielona przez popkulturę, że funkcjonuje w mojej głowie wyłącznie jako internetowy mem, a sam film nigdy mnie szczególnie nie zachwycał.
- Tenet – a to świeżutki przykład. Lubię filmy Nolana, bardzo cenię Roberta Pattinsona, ale nie mogę się przemóc, żeby sięgnąć po Tenet – stworzenie z niego symbolu ratunku światowego box-office połączone z kampanią samego Nolana, by koniecznie wrzucić widowisko do kin w środku pandemii, jak również sporo nieprzechylnych ocen, na tę chwilę skutecznie mnie zraziły.
- Kac Vegas – gdy zasiadałem do seansu, miałem w głowie mnóstwo opinii, że to jedna z najlepszych komedii ostatnich lat (a może i dekad). Taka reklama okazała się zgubna, bo moje wrażenia zupełnie nie pokryły się z recenzjami. Sięgnąłem jednak po sequele – te były już całkowitą stratą czasu.
- Mroczny Rycerz – i znów Nolan (grabię sobie!), w dodatku Mroczny Rycerz, którego wielu fanów kina uznaje za najlepszą adaptację komiksu.
Ja także lubię ten film, ale złapałem się na tym, że coraz mniej, zwłaszcza gdy (nieraz dość fanatycznie) forsuje się wspomnianą opinię, że to absolutne arcydzieło gatunku i najlepsze, co w nim osiągnięto. Sam nie potrafię przeboleć choćby całego trzeciego aktu z barkami. Szczęście, że Heath Ledger gra tu tak wybitną rolę.
Filip Pęziński
- Służące – widziałem ten film dobrych kilka lat temu i wtedy bardzo mi się podobał, jako lekka i zabawna pozycja sprawnie mierząca się z poważnym problemem.
Z biegiem lat woja wiedza, przekonania i zrozumienie pewnych spraw rozwinęło się na tyle, że zrozumiałem, że Służące są typowym filmem z tzw. białym zbawcą na pierwszym planie. Kiedy jedna z gwiazd produkcji, Viola Davis, w jednym z wywiadów niejako potwierdziła moje przekonania, zdjąłem wcześniej zakupiony film z półki, bo wiedziałem, że już nigdy do niego nie wrócę.
- To: Rozdział 2 – bardzo podobała mi się pierwsza część horroru, toteż przed premierą drugiej postanowiłem przeczytać książkę Stephena Kinga, na której oba filmy podstawie powstały.
Gargantuiczna cegła zajęła mi tak dużo czasu, że kiedy już przez nią przebrnąłem, film zniknął z kin, a negatywne opinie sprawiły, że nawet mnie ten fakt nie zasmucił.
- Życie Adeli – Rozdział 1 i 2 – film długo był na mojej liście pozycji do nadrobienia. Zniknął z niej, kiedy dowiedziałem się, że główne gwiazdy produkcji fatalnie wspominają okres pracy na planie. Reżyser miał się nad nimi znęcać – Abdellatif Kechiche wpadał na planie w gniew, niszczył sprzęt filmowy, zmuszał aktorki do nagrywania scen seksu w absolutnie dla nich niekomfortowy sposób.
- Mroczny Rycerz – powtórzę za kolegą Łukaszem, ale rzeczywiście film Nolana – po pierwsze swoją łatką WIELKIEGO ARCYDZIEŁA, po drugie fatalnym sequelem – dość skutecznie mnie odrzuca. A szkoda, kiedyś lubiłem.
- Forrest Gump – lub inny feel-good movie z lat 90., który uwielbiany jest przez niedzielnych kinomanów, a których w tamtej dekadzie produkowano na pęczki (trochę chyba w ramach równowagi dla mrocznych produkcji Burtona czy Scorsese). Odrzucające.
Gracja Grzegorczyk
- To właśnie miłość – pierwszy raz film obejrzałam na lekcji angielskiego w liceum i zakochałam się w nim po uszy. Kiedy jednak produkcja stała się „świątecznym ulubieńcem” niektórych stacji telewizyjnych, z dobrego świątecznego klasyka stała się filmem nie do zniesienia, który nie zasługuje na naszą miłość.
To teraz dla mnie bezduszna i nieszczera propozycja filmowa, która warta jest, by wylądować w koszu na śmieci obok brukselki.
- Adwokat diabła – w czasach liceum i braku Internetu wszyscy oglądali w piątek telewizyjny hit na Polsacie. Pech chciał, że wtedy puszczono Adwokata diabła, o którym słyszałam dzień w dzień w szkole przez kolejne dwa tygodnie. To była niekończąca się tyrada na temat dość przeciętnego filmu, który może być polubiła, gdyby wcześniej skutecznie mi go nie obrzydzono.
Sorry, Keanu.
- Filmy von Triera – Mój związek z twórczością von Triera był cudowny, dopóki nie okazało się, że jest „nazistą”. I tak wiem, że oficjalnie to tylko żarty, ale sprawiły one, że cała jego twórczość została mi skutecznie obrzydzona. Może nie mam poczucia humoru, za co bardzo przepraszam, ale żartowanie z bycia nazistą to żart niezwykle niskich lotów.
- Titanic – Kiedy wszyscy twoi znajomi non stop opowiadają jak dobry filmem jest Titanic, to po pewnym czasie na samo słowo dostajesz odruchu wymiotnego. Kilka lat słuchania tyrad na temat tego filmu sprawiło, że dziś jawi mi się jako przesadnie romantyzowane dzieło, które niesłusznie zyskało status ulubieńca wszechczasów. Jedyne, co sprawia, że nie znienawidziłam tego dzieła totalnie, to finałowa piosenka, po której do dziś mam ciary.
- Sherlock – Uwielbiany i kochany przeze mnie serial, którego każdy odcinek trwa tyle, co niejeden film, dlatego znalazł się na tej liście. Został mi on jednak skutecznie obrzydzony przez samych twórców, którzy zagalopowali się w swojej próbie przeskoczenia rekina. Kolejne dziwactwa, leniwe scenopisarstwo oraz wątki, nic nie wnoszące do serii, sprawiły, że nawet nie odważyłam się kupić sezonu 4 na DVD z powodu poczucia totalnego zażenowania.

