Publicystyka filmowa
KOMEDIE ROMANTYCZNE, które dowodzą, że NIE JEST to najgłupszy gatunek na świecie
Walentynki to świetna okazja, by przyjrzeć się sztandarowym komediom romantycznym i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę są tak głupie, na jakie wyglądają.
Komedia romantyczna to chyba najbardziej pogardzany przez kinomanów gatunek filmowy. Przewidywalna i jednocześnie nieprawdopodobna fabuła, stereotypowi bohaterowie, przezroczysta forma, suche żarty i poziom lukru, który może przyprawić o mdłości nawet największego fana słodyczy – to cechy, z jakimi kojarzone są komedie romantyczne, i główne powody, dla których miłośnicy sztuki filmowej szerokim łukiem omijają ten obszar kinematografii zwany obraźliwie „babskim kinem”. Zdarzają się oczywiście wyjątki, jak Annie Hall czy Ich noce, które zapisały się w historii jako obsypane nagrodami arcydzieła.
Wśród nowszych produkcji za tego typu diament wśród kryształków cukru uznaje się też film 500 dni miłości Marca Webba, który na każdym kroku podważa gatunkowe prawidła, jednocześnie zachwycając uzasadnioną fabularnie kolorystyką, pomysłowym montażem i nielinearną narracją. W tym artykule honoru komedii romantycznych nie będą jednak bronić autorskie kino czy screwball comedies sprzed niemal wieku. Skupimy się na filmach, które są po prostu sprawnie napisanymi, dobrze wyreżyserowanymi i świetnie zagranymi przedstawicielami swojego gatunku, dzięki czemu uderzają dokładnie w te tony, w które powinny, a czasem niosą nawet ze sobą dodatkowe przesłanie.
Przygotowując się do napisania tekstu w obronie komedii romantycznych, przejrzałam dziesiątki artykułów poświęconych różnym klasykom gatunku. Większość z nich zaczynała się od słów – Nienawidzę rom-comów, ale ten film… (tu wstaw dowolne słowa uznania). Zastanowiło mnie to, dlaczego tak bardzo wstydzimy się przyznać, że oglądanie komedii romantycznych sprawia nam przyjemność. Dlaczego nikt nie robi takich wstępów, pisząc o horrorach, filmach akcji czy superhero movies, które również nie mają zbyt wiele wspólnego z otaczającą nas rzeczywistością i bardzo rzadko ukazują pogłębionych psychologicznie bohaterów.
A jednak jest coś, co sprawia, że łatwiej przyznać się do fascynacji twórczością Zacka Snydera niż Richarda Curtisa czy Nancy Mayers. Śmiem twierdzić, że nie są to różnice jakościowe, lecz kwestia tematyki i tonacji. Świat spowity mrokiem, który trzeba uratować przed złem, na starcie otrzymuje lepszą pozycję niż ten widziany przez różowe okulary. Nawet wtedy, gdy w obydwu przypadkach mamy do czynienia z dużym przekoloryzowaniem.
Na naszym rodzimym rynku nie pomagają też na pewno tytuły nadawane komediom romantycznym przez polskich dystrybutorów. Są wyrazem ich braku wiary zarówno w gatunek, jak i w publiczność, którą usiłują przyciągnąć. W miejsce He’s Just Not That Into You otrzymujemy więc Kobiety pragną bardziej, zamiast 10 Things I Hate About You – Zakochaną złośnicę, a The Big Sick oglądamy jako I tak Cię kocham. Człowiek, który mówi, że jednym z jego ulubionych filmów młodości jest Zakochana złośnica, brzmi jakoś mniej poważnie niż ten, który wskazuje na Mroczne widmo.
Tymczasem w obrębie komedii romantycznych, tak jak w każdym innym gatunku, występują zarówno filmy słabe, średnie, jak i takie, które można rozpatrywać w kategoriach rasowego kina gatunkowego. Można, a czasem nawet trzeba. Przed wami 7 wspaniałych produkcji o miłości, które potwierdzają tę tezę.
1. Dziennik Bridget Jones (2001)
Bridget Jones to ikona popkultury, której nikt nie powinien sadzać w kącie, odmawiając równorzędnego miejsca z Harrym Potterem czy Darthem Vaderem. Stworzona przez Helen Fielding w połowie lat 90., nie zestarzała się tak brzydko jak Carrie Bradshaw i jej bogate psiapsiółki z Manhattanu (i w żadnym wypadku nie mówię tu o wyglądzie aktorek). Bridget nigdy nie była ikoną feminizmu, a niektóre jej wypowiedzi z dzisiejszej perspektywy można uznać za rażące, dzieło Fielding dawało jednak kobietom coś, co rzadko oferowała im kultura masowa ćwierć wieku temu – prawo do bycia nieidealną.
Poza trójkątem miłosnym bazującym na wątkach z Dumy i uprzedzenia (którego Bridget jest zresztą fanką) najważniejszy w tym filmie jest sposób bycia głównej bohaterki, która ciągle liczy kalorie, biczuje się w myślach za każdą popełnioną gafę, bezskutecznie próbuje rzucić palenie i nieudolnie stara się zrobić karierę. Wszystko po to, by spełnić oczekiwania, jakie przed współczesną kobietą u progu XXI wieku stawiał świat, napędzany z jednej strony przez konserwatywne podejście do roli kobiety w społeczeństwie, a z drugiej przez Cosmopolitan i Seks w wielkim mieście. Czyż to nie smutne? – zapytasz.
Ależ oczywiście – odpowiem. Tyle że postać stworzona przez Fielding, której kształt na ekranie nadała Renée Zellweger, nie jest wzorem do naśladowania. Jest efektem podążania za niedościgłymi wzorcami, jakimi karmi ją kultura. Nie pokazuje, jak żyć, lecz oferuje pełne humoru i czułości zapewnienie, że niezależnie od tego, co widzisz w telewizji (na Instagramie, Facebooku czy TikToku), nie wszystkie kobiety sprawnie godzą karierę, udane życie seksualne i macierzyństwo, zachowując przy tym zdrową dietę, cerę i idealną sylwetkę. Dziś trudno uznać to za objawienie. Drażni także fakt, że to Mark musi wypowiedzieć słynne I like you just as you are, by poczuła się wystarczająca. Wciąż jednak miło patrzy się na dziewczynę, która jest po prostu taka jak my.
W Dzienniku Bridget Jones zachwyca także jego intertekstualność. Ukochany Bridget nie tylko odziedziczył cechy i nazwisko bohatera Dumy i uprzedzenia, którego serialowe wcielenie ubóstwia panna Jones. Do roli Marka Darcy’ego zaangażowano Colina Firtha, a więc tego samego aktora, który zagrał w produkcji BBC z 1995 roku i w którym podkochuje się tytułowa bohaterka.
2. Kocha, lubi, szanuje (2011)
Niezależnie od tego, ile masz lat i jakie doświadczenia na swoim koncie, masz prawo tańczyć i cierpieć z miłości, i nie daj sobie wmówić, że to miłość głupsza i mniej ważna od innych – zdają się głosić Glenn Ficarra i John Requa w swoim filmie z 2011 roku, do którego scenariusz napisał Dan Fogelman. Crazy, Stupid, Love zupełnie zasłużenie ma swoje stałe miejsce w rankingach najlepszych komedii romantycznych wszech czasów. Jest to bowiem film autentycznie dowcipny, uroczy i seksowny, a do tego pełen dialogów i ujęć, które znają dziś wszyscy, nawet ci, którzy nie widzieli całości. Twórcy Kocha, lubi, szanuje mają świadomość, że rzeźbią w gatunku opartym na kliszach i banalnych rozwiązaniach, co często komentują ustami swoich bohaterów. Jednocześnie jednak nie tworzą parodii kina romantycznego, lecz dzieło świeże i oryginalne, które zgodnie z konwencją opowiada o znajdowaniu bratniej duszy.
Ten doskonały efekt nie mógłby zostać osiągnięty, gdyby nie świetnie napisane postaci i grający je fantastyczni aktorzy. W uczuciowy galimatias wplątani zostają bohaterowie w różnym wieku, w których wcielają się m.in. Julianne Moore, Kevin Bacon, Marisa Tomei, Analeigh Tipton i Jonah Bobo. Na czele obsady stoją zaś Steve Carrell i Ryan Gosling, tworząc niezapomniany duet, nienachalnie oparty na przeciwieństwach, a także Emma Stone, która finalnie staje się przyczyną konfliktu między mężczyznami, ale nie w tak standardowy sposób, jakiego się spodziewasz. Jacob i Hannah, w których wcielają się Gosling i Stone, również nie kroczą ścieżką wydeptaną przez swoich poprzedników z podobnych produkcji, co wprowadza do filmu powiew świeżości i dodatkowy element zaskoczenia.
Największy szok czeka nas jednak w finale, kiedy na scenie spotykają się wszystkie osoby dramatu. Jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, zazdroszczę wam, że wciąż macie ten spektakularny finał przed sobą.
3. Kiedy Harry poznał Sally (1989)
Romantyczny klasyk, który jak żaden inny film bada zjawisko przyjaźni damsko-męskiej, ukazując dwunastoletnią znajomość tytułowych bohaterów. Harry i Sally przechodzą długą drogę od niechęci, przez zacieśniającą się przyjaźń, po prawdziwą miłość (albo raczej moment, kiedy oboje wreszcie ją dostrzegają), wpadając na siebie w różnych nieoczekiwanych miejscach i spędzając czas na rozmowach o rzeczach istotnych i błahych. Oglądając film Roba Reinera, widz nie tylko przygląda się kiełkującemu uczuciu, ale ma także okazję zastanowić się nad wieloma okołozwiązkowymi kwestiami poruszanymi w dyskusjach głównych bohaterów.
Jest to jeden z głównych atutów filmu, wyróżniający go na tle pozostałych przedstawicieli gatunku. Harry i Sally naprawdę ze sobą rozmawiają, a nie tylko wzdychają do siebie. Obchodzi ich coś więcej niż to, jak skończy się ich wspólna historia, której nie poświęcają tak naprawdę zbyt wiele uwagi. Ci nieromantyczni bohaterowie, podchodzący z dużym dystansem do miłości, zostali z dużym wyczuciem wykreowani przez Billy’ego Crystala i Meg Ryan, jednak nie można zapominać o pracy, jaką wykonała tutaj Nora Ephron, której scenariusz został wyróżniony nominacją do Oscara. Harry i Sally nie są utkani ze stereotypów, jak większość bohaterów komedii romantycznych, lecz prezentują się jako zwykli ludzie, na których faktycznie można czasem wpaść w kawiarni czy samolocie.
I choć rzadko zdarza nam się widzieć na żywo sceny pokroju kultowego orgazmu nad szarlotką, historia Harry’ego i Sally jest na tyle wiarygodna, że rozstajemy się z nią w poczuciu, że mogłaby przytrafić się każdemu z nas.
4. Zakochana złośnica (1999)
Zanim Heath Ledger został uznanym aktorem i niezapomnianym Jokerem, wystąpił w uwspółcześnionej wersji komedii Williama Szekspira, będącej młodzieżową wariacją na temat Poskromienia złośnicy. Film Gila Jungera jest jedną ze wspomnianych na wstępie ofiar polskiego tłumacza, który nawiązując do dramatu z XVI wieku, liczył chyba na szkolne wycieczki na seans. Nie wierzę jednak, że to dzieło angielskiego dramaturga przyciągało nastolatki do kin. Myślę, że działało to raczej w drugą stronę, dzięki czemu można przypisać tej wypełnionej aluzjami do Szekspira produkcji dodatkowy walor edukacyjny.
Niezależnie od tego, z jakiego powodu młodzież sięgała po film 10 Things I Hate About You, to, że da się go oglądać z przyjemnością ponad 20 lat po jego premierze, jest niewątpliwym sukcesem jego twórców. Przyczyn należy szukać w doborze doskonałej obsady, świetnej muzyki i ułożenia głównych bohaterów w takiej konfiguracji, która pozwoliła osiągnąć zarówno efekt romantyczny, jak i komiczny. Kat i Patrick nie są przedstawicielami dwóch różnych światów. Oboje są szkolnymi odludkami, których kompletnie nie obchodzi, co myślą o nich inni. Początkujący wówczas Ledger i Julia Stiles wcielają się w nich bez cienia przesady, zaś Joseph Gordon-Levitt, Larisa Oleynik, Gabrielle Union, David Krumholtz i Andrew Keegan zapewniają im pełne humoru i młodzieńczego uroku tło.
Śledząc perypetie Kat i Patricka w 2022 roku, natkniemy się wprawdzie na kilka cringe’owych momentów, jednak warto zacisnąć zęby podczas dwóch czy trzech scen i przebrnąć do końca. Chociażby po to, by zobaczyć wokalno-taneczny popis Ledgera czy posłuchać wiersza Kat, od którego wziął się oryginalny tytuł filmu. Podobno praca domowa głównej bohaterki tak wzruszyła grającą ją aktorkę, że łzy w finałowej scenie nie były udawane.
5. Palm Springs (2020)
Podobnie jak 500 dni miłości, Palm Springs debiutował w Sundance, gdzie zaliczył rekord jako najdrożej sprzedany film w historii festiwalu. W przeciwieństwie do dzieła Marca Webba podbił jednak serca publiczności nie dlatego, że obala gatunkowe konwencje, lecz dlatego, że wykorzystuje je w świeży i pomysłowy sposób. Nyles i Sarah przechodzą przez wszystkie etapy rom-comowego związku, przy okazji zmagając się z osobliwym problemem, jakim jest… utknięcie w pętli czasowej. Tak naprawdę problem w zaistniałej sytuacji widzi tylko Sarah, która postanawia wydostać się z tej pułapki za wszelką cenę (z czasem poznajemy główną przyczynę jej zachowania). Zanim to jednak następuje, za namową Nylesa daje się ponieść swoim najbardziej szalonym fantazjom. Bo przecież jutra naprawdę nie będzie.
Wyjątkowość filmu Maxa Barbakowa nie wynika z samego wprowadzenia elementu science fiction, lecz z tego, w jaki sposób został on wykorzystany. Nyles, akceptując fakt, że przeżywa w kółko ten sam dzień, ucieka od odpowiedzialności za swoje życie – za wszystko, co było wczoraj, i za wszystko, co mogłoby zdarzyć się jutro. Poczucie, że nic tak naprawdę nie ma znaczenia, nie jest obce pokoleniu Y. Wielu współczesnych trzydziestolatków wolałoby utknąć w limbo, niż z niepokojem spoglądać w niepewną przyszłość. To właśnie do nich skierowany jest film Palm Springs, który poza romantyczną historią z happy endem przynosi także pole do refleksji na tematy egzystencjalne.
Nie bez znaczenia jest tutaj także casting, gdyż jako Nyles i Sarah pojawiają się kultowe dla milenialsów postaci – lider The Lonely Island Andy Samberg oraz Cristin Milioti, czyli matka z Jak poznałem waszą matkę.
6. I tak cię kocham (2017)
Choć powiedzenie „życie pisze najlepsze scenariusze” może wydawać się tandetne, film The Big Sick jest dowodem na to, że czasem jest też prawdziwe. Kumail Nanjiani, gwiazdor Doliny Krzemowej i Eternals, napisał scenariusz tej komedii romantycznej wraz ze swoją żoną Emily V. Gordon na podstawie ich własnej historii. A było o czym opowiadać, gdyż ta pochodząca z dwóch zupełnie różnych światów dwójka już na początku znajomości musiała zmierzyć się ze sporymi różnicami kulturowymi, kłótniami, rozstaniami, a także ciężką chorobą i śpiączką dziewczyny.
Fakt, że ta historia wydarzyła się naprawdę, zaskakuje, jednak tym, co w niej urzeka, jest niesamowita lekkość i naturalność, z jaką została opowiedziana. Choć w The Big Sick przyglądamy się autentycznym dramatom, nie ma tu żadnych pompatycznych gestów czy słów, dzięki czemu film Michaela Showaltera bardziej niż hollywoodzką produkcję przypomina anegdotę opowiadaną przez znajomych. Efekt autentyczności wzmacnia fakt, że Nanjiani zagrał tu samego siebie. W rolę Emily wcieliła się natomiast Zoe Kazan.
7. To właśnie miłość (2003)
To właśnie miłość od lat jest przedmiotem dyskusji krytyków, którzy nie potrafią zgodzić się co do tego, czy jest to arcydzieło czy pozbawiony jakiegokolwiek romantyzmu gniot. Jak to możliwe, że jedna z wielu komedii romantycznych napisanych przez Richarda Curtisa budzi aż tak skrajne emocje i wywołuje tak zaciekłe debaty? W jednym z artykułów opisujących ów spór pada najtrafniejsze z wyjaśnień – to, co myślisz na temat Love Actually, pokazuje twój stosunek do całego gatunku. Debiut reżyserski Curtisa jest bowiem kwintesencją i apoteozą komedii romantycznych.
Na film składa się aż dziesięć luźno powiązanych ze sobą historii, w których pojawiają się wszystkie słynne motywy znane z rom-comów – nieprawdopodobne początki romansów, pocałunki w śniegu, gonitwy po lotnisku, wielkie wyznania i niemożliwe do zrealizowania w prawdziwym życiu gesty. Curtis wykazał się doskonałym warsztatem, wyposażając każdy z wątków w początek, rozwinięcie i zakończenie oraz głównego bohatera, którego los autentycznie nas obchodzi. Co istotne, skupił się nie tylko na miłości romantycznej, ale także na jej innych obliczach, ukazując relacje rodzicielskie i przyjacielskie. Wszystko to przyprawił dodatkowo angielskim humorem i świąteczną atmosferą, w związku z czym Love Actually zyskało także status bożonarodzeniowego klasyku, zaś pochodząca z niego piosenka Christmas Is All Around, będąca parodią hitu z Czterech wesel i pogrzebu, stała się autentycznym świątecznym przebojem.
Zawiedzie się ten, kto szuka w To właśnie miłość prawdopodobieństwa i autentyczności. Musi mieć jednak świadomość, że nie o realizm w kinie gatunkowym chodzi, lecz o powielanie utartych schematów, narracyjnych konwencji i rozpoznawalnej ikonografii. Curtis czasem myli tropy i umiejętnie zwodzi widza, jednak jego mistrzostwo polega przede wszystkim na tym, że spójnie połączył wszystkie elementy, z jakich składają się komedie romantyczne. I właśnie to czyni z Love Actually arcydzieło gatunku.
Powyższa lista nie wyczerpuje oczywiście tematu świetnych i niegłupich komedii romantycznych. Stanowi jedynie zestawienie kilku słynnych produkcji, które osobiście darzę największym sentymentem. A jakie są wasze ulubione filmy z tego gatunku? Dajcie znać w komentarzach!
