Zestawienie

5 powodów, dla których MROCZNY RYCERZ to najbardziej przereklamowany film superbohaterski

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Dzisiaj mija dokładnie dziesięć lat od światowej premiery Mrocznego Rycerza Christophera Nolana. To druga część kultowej dziś trylogii brytyjskiego reżysera poświęconej postaci Batmana, zamaskowanego obrońcy Gotham. Film okazał się wielkim sukcesem komercyjnym, zebrał niezwykle pozytywne opinie krytyków, fanów i widzów, a przez tragiczną śmierć Heatha Ledgera, który w filmie wcielił się w demonicznego Jokera, jeszcze przed premierą okrył się smutną legendą.

Mroczny Rycerz szybko został uznany za najlepszy film superbohaterski w historii (i do dziś wygrywa większość tego typu rankingów i plebiscytów, w tym ten przygotowany przez naszą redakcję), dumnie zajmuje czwarte miejsce na liście najwyżej ocenianych przez użytkowników serwisu IMDb produkcji oraz zdobył, chyba rekordowe, jeśli chodzi o ekranizacje komiksów, osiem nominacji do Oscarów. W związku z tym, że sam mógłbym długo wymieniać filmy superbohaterskie dużo lepsze od produkcji z 2008 roku, uważam Mrocznego Rycerza za najbardziej przereklamowaną tego typu produkcję w historii. Co chciałbym krótko uargumentować.

Zgubiona konwencja

Batman – Początek, którego Mroczny Rycerz stanowi kontynuację, zaproponował realistyczny ton, który był jedynie umowną konwencją – podkreśloną przez obecność złej organizacji ninja oraz skąpanego w deszczu i mroku Gotham. Niestety, w kontynuacji Nolan stał się zakładnikiem tejże konwencji – odarł ją z umowności, a z gotyckiego miasta zabrał do chłodnej metropolii. Całość niebezpiecznie poszła w kierunku zwyczajnego kina sensacyjnego, przez co wszystkie liczne uproszczenia, dziurawe wątki i nierealne elementy zaczęły mocno kłuć w oczy.

Kiepski protagonista

Christopher Nolan, tworząc pierwszą część swojej trylogii, krytykował poprzednie filmy o Batmanie za skupienie się na antagonistach i lekceważące traktowanie przy tym głównego bohatera. Rzeczywiście Batman – Początek stawiał w centrum uwagi Bruce’a Wayne’a. W drugiej jednak części reżyser poszedł dokładnie w tę samą stronę, z której obrania czynił zarzut wcześniejszym twórcom. Wayne zszedł na drugi plan i okazał się najmniej ciekawym bohaterem produkcji. Brakuje też sposobu działania Batmana, do którego Nolan przyzwyczaił nas w poprzedniej odsłonie, gdzie bohater krył się w mroku, działał z zaskoczenia i podsycał własną legendę. Sam Christian Bale, odtwórca roli Wayne’a, tak po latach mówił o swojej roli:

Heath Ledger pojawił się i całkowicie zniszczył moje plany. Pomyślałem sobie wtedy: „on jest znacznie bardziej interesujący niż ja i to, co robię”.

Drętwe dialogi

To, co absolutnie rzuca się w oczy (a właściwie uszy) po latach, to jak bardzo nienaturalne dialogi prowadzą bohaterowie filmu Nolana. Wspomniana już wcześniej konwencja nie pomaga w wygłaszaniu topornych mądrości, które z pewnością znakomicie brzmiały w głowie scenarzystów, ale w ustach aktorów już zaledwie sztucznie i teatralnie. Także Christian Bale, który postanowił mocno względem Początku podkręcić charakterystyczny growl Batmana, nie miał łatwego losu, będąc zmuszony wygłaszać kilkulinijkowe kwestie. Uszy bolą na samą myśl.

Niedojrzała dojrzałość

W zbiorowej świadomości Mroczny Rycerz funkcjonuje jako bardzo dojrzały film i ekranizacja komiksu superbohaterskiego dla dorosłych. Jest to niezwykle mylące wrażenie, kiedy przyjrzymy się produkcji Nolana, ponieważ chyba dowolny, losowy film Marvela zawiera więcej krwi (w Mrocznym Rycerzu zdarzają się sceny, w których bohaterowie wykrwawiają się na posadzkę… nie krwawiąc), wszystkie niby dorosłe rozwiązania przedstawione są w bardzo bezpieczny sposób (wysadzenie PUSTEGO szpitala jako akt terroryzmu), a koniec końców – mimo upadku Denta – puentą filmu jest przesłanie, że mieszkańcy nie są w środku tak brzydcy (cytat z filmu) jak Joker (groteskowa scena z barkami).

Joker, od którego nie chcemy się oderwać

A skoro o Jokerze mowa, ten – mimo ograniczeń scenariusza i pluszowej przemocy – jest moim zdecydowanie ulubionym filmowym antagonistą, stanowi fenomenalny pokaz talentu nieodżałowanego Heatha Ledgera i zdecydowanie najmocniejszy punkt filmu. I tutaj właśnie pojawia się problem, bo wszystko, co nie dotyczy Jokera, nawet jeśli nie najgorsze, to stanowi “poczekalnik”, wymuszoną przerwę od podziwiania spektaklu Księcia Zbrodni w interpretacji Ledgera. Strach pomyśleć, gdyby Nolan nie miał tak fenomenalnego nosa i obsadził w tej roli kogoś innego.

Dajcie znać, co sądzicie o wyżej postawionych zarzutach i jak sami odbieracie Mrocznego Rycerza po dziesięciu latach od jego światowej premiery. Dyskusja na pewno będzie gorąca.

Ostatnio dodane