Publicystyka filmowa
5 rzeczy, które czynią z czwartego STRANGER THINGS dzieło wyjątkowe, i 5 rzeczy, które go POGRĄŻAJĄ
A ty co myślisz o najnowszej odsłonie popularnego serialu Netflixa?
Powoli opada kurz po finale czwartego sezonu Stranger Things. Muszę przyznać, że jestem tą odsłoną ukontentowany, nawet bardziej niż tymi poprzednimi, które były o wiele bardziej rozczarowujące. Kolejny rozdział przygód grupki małolatów z Hawkins ma niepodważalne zalety, które wypunktowałem w tym artykule, ale ma też kilka mankamentów, na które także pozwoliłem sobie zwrócić uwagę. Dajcie znać, czy zgadzacie się z moimi spostrzeżeniami.
Na TAK: Groza Vecny
Jamie Campbell Bower odwalił kawał dobrej roboty, wcielając się w głównego antagonistę. Ponoć pół dnia spędzał na nakładaniu charakteryzacji, a w postać Vecny wcielał się nawet wówczas, gdy kamera była wyłączona. Dużo pracy widać w tej kreacji. To wręcz niebywałe, jak wiele może dać serialowi zagospodarowanie pewnej dość oczywistej dziury, występującej w popularnym show od samego początku. Bo dotychczas nie mieliśmy do czynienia ze złem w postaci osobowej.
Dopiero teraz groza nabrała o wiele bardziej namacalnego charakteru. Postać Vecny z oczywistych względów przypomina mi Freddiego Kruegera z Koszmaru z ulicy Wiązów, z racji umiejętności wpływania na ofiary poprzez sen, ale jego historia zbudowana została na micie Lucyfera, jednego z upadłych aniołów. Jakkolwiek nie spojrzeć, zarówno charakteryzacja i wygląd, jak i przeszywający głos Vecny przekładają się na to, że ekranowa obecność tego antagonisty za każdym razem wywołuje ciarki.
Na NIE: Rozdzielmy się
Mam duże wątpliwości co do tego, czy rozdzielenie poczynań bohaterów na trzy grupy było w istocie dobrym pomysłem. Wątek związany z sowieckim łagrem, do którego trafia Hopper, oraz motyw podróży samochodem dostarczającym pizzę, w którym znaleźli się Mike, Will i Jonathan, wywoływały wrażenie, iż jeszcze barwniej zrobiło się nam w tym i tak kolorowym świecie Stranger Things, mieliśmy na moment okazję odetchnąć od grozy dziejącej się w Hawkins.
Natomiast nie wiem jak wy, ale ja miałem przez cały czas trwania tego sezonu nieodparte wrażenie, że te dwa wątki odgrywają w istocie podrzędną rolę względem tego, co dzieje się w Hawkins, a co za tym idzie, nie mają odpowiedniej wagi, można je oglądać na przewijaniu. Coś tu mimo wszystko nie zagrało tak jak należy. Miałem wrażenie, że to, co miało pełnić funkcję odskoczni, w istocie tylko ją zagwarantowało, nie wychylając się z tej pozycji ani na centymetr. A przecież nie zapominajmy, że te dwa wątki prowadzone były przez postacie dotychczas uznawane za główne w tym serialu, czyli Mike’a, po części także Nastkę (po części, ponieważ przez większy czas trwania serialu postać ta ma swój osobny wątek fabularny), a także Willa, jego matkę i rzecz jasna Hoppera.
Oni tylko prężą miny i muskuły, wytężają umysły, zastanawiając się, jak dotrzeć do swoich kolegów w Hawkins lub jak im pomóc. Nie mając tak na dobrą sprawę niczego do zrobienia dla siebie, nie mając osobnej drogi, która byłaby istotna dla fabuły.
Na TAK: Pobudka, śpiewa Kate Bush
Przy okazji czwartego sezonu Stranger Things dużo mówi się o brawurowym wykorzystaniu pewnej piosenki autorstwa Kate Bush, znanej wokalistki, popularnej w latach 80. Nie od dziś wiadomo, że Stranger Things bardzo dobrze radzi sobie z wykorzystaniem muzyki lat 80. w soundtracku. Serial sprawdza się poniekąd jako nowy, kolorowy teledysk dla dawnych, popularnych utworów. To, w jaki sposób wykorzystano utwór Running Up That Hill, traktować należy jednak jako majstersztyk.
Nie dziwię się kompletnie żywym reakcjom samej autorki utworu, ponieważ ewidentnie zrobiono jej tu niemałą reklamę. Dość powiedzieć, że przez jakiś czas utwór widniał przez to na szczycie przebojów iTunes. A o jakie wykorzystanie dokładnie chodzi? Ten utwór stał się dla jednej z bohaterek, rudowłosej Max, swego rodzaju talizmanem. Podczas jej słuchania jest ona w stanie wybudzić się i uwolnić od władania Vecny. Dzieje się tak w słynnej już scenie z czwartego odcinka najnowszego sezonu, w której jesteśmy świadkami sytuacji, gdzie Max jedną nogą jest już na tamtym świecie, gdy nagle rozbrzmiewa wspomniany utwór Kate Bush. Ku niezadowoleniu Vecny Max wraca wówczas do świata żywych. Kapitalna, zapierająca dech scena, będąca pięknym wykorzystaniem nostalgicznego utworu do nowych celów.
Na NIE: Mało odcinków, dużo czasu
W momencie, gdy Netflix ogłosił, że nowa odsłona ich hitowej produkcji będzie mieć dziewięć odcinków, ale będą one odpowiednio dłuższe, w sieci zawrzało. Bo i tym razem bracia Duffer postanowili zadziałać na przekór przyzwyczajeniom całego serialowego świata i dostarczyć odcinki tak długie, że niemal każdy z nich kwalifikował się na miano pełnometrażowego filmu. Jakkolwiek jakość produkcji do mnie przemówiła, a wrażenia, których odcinki dostarczyły, można porównać do tych kinowych, z racji przede wszystkim realizacyjnego rozmachu, tak szczerze mówiąc, mimo wszystko nie przekonała mnie zupełnie ta wydłużona ich forma.
Należę do tego grona widzów serialowych, którzy cenią sobie rutynę. Jestem przyzwyczajony do tego, że dzień kończę jednym odcinkiem (góra dwoma) ulubionego serialu, którego czas trwania nie przekracza jednej godziny. Jest to formuła, przez którą o wiele trudniej jest mi zdecydować się na kinowe widowisko, gdyż często w moich wieczorach nie mam czasu na dwugodzinny seans, dlatego wolę seans krótszy, serialowy. Przy czwartym Stranger Things musiałem mocno zmienić swoją rutynę i nagiąć przyzwyczajenia. Nie powiem, żeby się nie opłaciło, bo generalnie produkcję uznaję za udaną, aczkolwiek konstrukcja poszczególnych epizodów nieraz sugerowała, że bez poszczególnych scen twórcy mogli się spokojnie obejść. Nieraz miałem wrażenie, iż odcinki były wydłużane na siłę. Serial zdecydowanie dałoby się pomontować tak, by zrobić z niego standardowe trzynaście odcinków, wygodniejsze do seansu.
Na TAK: Włączamy pauzę
Wiele osób nie przestaje utyskiwać na nową politykę Netflixa, zakładającą robienie przerw w dostarczaniu odcinków nowego sezonu danego show. W tym roku produkcje takie jak Ozark, Zadzwoń do Saula czy właśnie Stranger Things były nam dostarczane partiami.
Jest to spora zmiana, szczególnie dla tych, którzy przez lata przyzwyczaili się do tego, iż w przypadku oryginalnej treści Netflixa zawsze otrzymywaliśmy wszystko naraz, co stwarzało możliwość do tzw. binge-watchingu. Jestem jednak przekonany, że Netflix odrobił lekcję i dobrze przenalizował decyzję o niedostarczaniu całego sezonu w całości, decydując się na dzielenie tego na etapy, a to dlatego, że najzwyczajniej przyjrzał się działaniom konkurencji. HBO, Disney, także Amazon i Apple – wszyscy w większym lub mniejszym stopniu praktykują dostarczanie odcinków raz w tygodniu. Myślę, że nowa polityka Netflixa raz, że uwzględnia działanie konkurencji, a dwa, najzwyczajniej w świecie wynika z faktu, iż na rynku seriali istnieje w tym momencie przesyt, dlatego ludzie znacznie częściej oglądają po kilka odcinków w tygodniu ale różnych produkcji z różnych źródeł, zamiast ciągiem pochłaniać jeden serial.
Dzięki temu, że Stranger Things zostało podzielone na dwie części, udało mi się nadrobić serial przed ukazaniem się jego finału. Według mnie była to więc bardzo dobra decyzja i będę jej bronił. Nie mówiąc już o tym, że jest to element umiejętnie stopniujący napięcie, pozwalający na wstrzymanie oddechu przed wielkim finałem.
Na NIE: Klisza
Wiem, że praca scenarzysty nie jest łatwa. Wiem, że niejednokrotnie musi on zastosować fabularne klisze, by mogły one stanowić łącznik z innymi, wiodącymi wątkami. Wiem też, że serial Stranger Things oparty jest na zasadach gatunku coming of age, traktującego o dorastaniu, w którym siłą rzeczy przewijają się wciąż te same tematy. Ale serio, czy w tak błyskotliwie rozpisanej produkcji, w której niejednokrotnie jesteśmy zaskakiwani takimi niuansami jak świetne dialogi czy nieoczywiste rozwiązania fabularne, musieliśmy otrzymać tak boleśnie wyświechtaną sztampę jak motyw Lucasa podlizującego się swoim nowym kumplom tylko po to, by zrozumieć, że jego starzy kumple są lepsi? Czy naprawdę musieliśmy otrzymać tak wybitnie nachalne, przerysowane sceny szkolnego dręczenia Nastki, by kolejny sztandarowy motyw kina traktującego o dorastaniu mógł zostać odhaczony? Czy naprawdę wątek romantyczny Robin i jej miłosny zawód musiał być tak ckliwy? Sprzeciwiam się tak wyraźnemu kpieniu z inteligencji widza.
To są elementy, na które przeciętny widz nie zwróci uwagi, bo traktuje je jako tło głównych wydarzeń, niemniej jeśli pretenduje się do miana najlepszej produkcji Netflixa, czegoś, co ma stanowić wzór (a wydaje mi się, że twórcy mają świadomość iż właśnie tworzą historię), to nawet w tak oczywiście brzmiących detalach wolałbym otrzymać coś bardziej dopracowanego.
Na TAK: A my tu gadu-gadu
Stranger Things to rzecz jasna serial, w którym przede wszystkim dużo się dzieje. Bracia Duffer niespecjalnie stawiają na fabularny marazm, wolą od razu przechodzić do konkretów. Nigdy wcześniej jednak nie dotarło do mnie, że te momenty akcji i wartkiej przygody bardzo umiejętnie przeplatane są – albo wręcz wzmacniane – bardzo ciekawie rozpisanymi dialogami. Oglądając czwarte Stranger Things, w końcu dotarło do mnie, że to właśnie dzięki pełnokrwistym dialogom tak łatwo jesteśmy w stanie kupić fakt, że mamy do czynienia z paletą wyjątkowo interesujących postaci, pomiędzy którymi zachodzą związki niczym w sieci neuronów.
Na szczególną uwagę zasługują siarczyste wymiany zdań zachodzące pomiędzy Steve’em a Dustinem (ale do tego mogliśmy się już przyzwyczaić), zabawne są też dialogi z uwzględnieniem nowej postaci – sympatycznego Argyle’a. Prawdziwą mistrzynią kwestii mówionych pozostaje jednak Maya Hawke, czyli serialowa Robin. Strzela nimi jak z karabinu maszynowego. Dużo w tych wypowiadanych przez bohaterów słów nie tylko ciętego humoru, ale także autentycznego wzruszenia. Najbardziej utknęła mi w pamięci scena, w której Eddie, bawiąc się z Dustinem, w pewnym momencie zwraca się do niego, patrząc mu głęboko w oczy – „Nigdy się nie zmieniaj”. Świetnie zostało to zagrane.
Na NIE: Kostuchy się nie boimy
Czwarty sezon Stranger Things znacznie mocniej niż poprzednie odsłony wszedł w stylistykę kina grozy. Wszystko za sprawą krwiożerczej, śmiertelnie niebezpiecznej postaci Vecny oraz jawnych nawiązań do takich klasyków jak Koszmar z ulicy Wiązów. Nie ma jednak horroru bez śmierci, gdyż to właśnie lęk przed nią stanowi przecież istotę strachu. Po pojawiających się w mediach zapowiedziach, że tym razem bracia Duffer zdecydują się na uśmiercenie jednej z kluczowych dla fabuły postaci, byłem ciekaw na kogo padnie.
Ku memu rozczarowaniu nie wywiązali się oni z tej obietnicy, zostaliśmy więc jako widzowie poniekąd oszukani, acz główny problem tej decyzji polega na tym, że przecież stoi ona w jawnej sprzeczności z klimatem grozy, który w tej odsłonie został uskuteczniony. Nie powiecie mi przecież, że uśmiercenie postaci Eddiego, czyli postaci nowej, ewidentnie drugorzędnej, można uznać za wywiązanie się z tej obietnicy. Nie powiecie mi, że uśmiercenie tej postaci to coś, co współgra z kreśloną dramaturgią tej historii oraz niebezpieczeństwem, z jakim mierzą się bohaterowie. Według mnie bracia Duffer nie tyle nie mieli pomysłu na śmierć któregoś z czołowych bohaterów, bo jestem pewien, że takie tematy musiały się podczas tworzenia scenariusza przewijać.
Oni po prostu nie mieli na to odwagi, gdyż bali się negatywnej reakcji fanów, wyjątkowo emocjonalnie związanych zarówno z produkcją, jak i z bohaterami. Jak by nie patrzeć, każdy z bohaterów jest inny, reprezentuje jakiś charakter, styl bycia, mniejszość etniczną czy nawet seksualną, więc uśmiercenie go oznaczałoby pokazanie drzwi tym fanom, którzy się z nim identyfikowali. Eddie był więc wyborem wygodnym i mało kolizyjnym. Śpiączki Max za śmierć nie uznaję, bo mimo wszystko jej funkcje życiowe zostały przywrócone, choć nie wiem po co. Innymi słowy – jeśli bawimy się w horror, jeśli chcemy być poważni i pokazać ryzyko działań bohaterów i ogrom zagrożenia, z jakim się mierzą, to powinno się zrobić coś jasno dowodzącego, że zabawa się skończyła, jesteśmy już duzi i wisi nad nami ryzyko śmierci.
Stranger Things to historia o dojrzewaniu w śmiertelnie niebezpiecznych okolicznościach, ale bohaterowie tej historii wciąż kryją się pod jakimś trudnym do zdefiniowania pancerzem ochronnym, by na końcu każdego sezonu móc przytulić się znowu do siebie i się grzecznie rozejść.
Na TAK: Nowe twarze
Sporo świeżości do czwartego sezonu dodały nowe postaci. Szczerze powiedziawszy, to chyba najlepsze wykorzystanie tego popularnego sposobu wietrzenia scenariusza w całej historii tego show. Nie pamiętam, bym wcześniej tak silnie zainteresował się nowicjuszami, którzy uzupełnili swoją obecnością paletę znanej nam gromadki sympatycznych nastolatków. Moje serce skradła głównie postać Eddiego, ale bardzo dobrze bawiłem się także z Argyle’em.
Odstającą od reszty obsady charyzmą popisał się z kolei Mason Dye, który wcielił się w uwielbianego przez publikę kapitana drużyny koszykarskiej, Jasona Carvera, o którego względy walczy na początku Lucas. Niekwestionowanym królem nowego drugiego planu pozostaje jednak Jamie Campbell Bower i jego interpretacja Vecny, ale jemu poświęciłem osobny akapit. Tak czy inaczej, zrobiło się tu jeszcze bardziej różnorodnie, mamy okazję poznać jeszcze więcej postaw w obliczu rosnącego w siłę zła; oglądając serial, nie da nie znaleźć w tej bardzo szerokiej obsadzie kogoś, z kim nie dałoby się sympatyzować. Dość powiedzieć, że nawet postacie dalszego planu dostały od scenarzystów na tyle wyraźne kwestie i momenty do odegrania, że stały się przez to wypukłe i nie stanowią tylko tła dla grupki głównych bohaterów.
Na NIE: Jedenastka nie trafia w dziesiątkę
Nazwijcie mnie ignorantem. Nazwijcie mnie ślepcem. Obrzucajcie mnie pomidorami za to, co powiem, ale dla mnie Millie Bobby Brown to filmowe beztalencie i jedna z najbardziej przereklamowanych aktorek współczesnego Hollywood. Kompletnie nie trafia do mnie hajp towarzyszący tej gwieździe wątpliwego blasku. Nie trafia ona do mnie swoją grą, według mnie jej aktorska metoda jest boleśnie wręcz schematyczna, sprowadza się do właściwie dwóch min, tej, w której Nastka jest spokojna i zachowuje się tak, jakby nie do końca wiedziała, co się wokół niej dzieje, i tej, w której Nastka krzyczy i używa swej mocy.
Ta postać mnie nie elektryzuje, nie ma według mnie charyzmy, czasem wręcz irytuje swoją nieporadnością. Oczywiście, przyznaję, buźkę Bobby Brown ma śliczną, bardzo łatwo jest przejąć się jej losem, bo po prostu wzbudza ona z miejsca miłe uczucia swą urodą, natomiast szczerze mówiąc, mnie ani jej postać nie przekonuje, ani aktorstwo do mnie nie przemawia. Nie wiem, czy większa tu wina scenarzystów, czy też samej aktorki, która tak samo jak na ekranie irytuje mnie także poza nim, gdyż robi z siebie Bóg wie jaką gwiazdę, a ma raptem osiemnaście lat. Być może oceniam ją niesprawiedliwie, nie wiem, ile w konsekwencji wkłada wysiłku w tę postać, nie wiem, co od siebie do niej daje, natomiast efekt końcowy mnie nie przekonuje.
