Publicystyka filmowa
PREDATOR. Łowca doskonały
PREDATOR. ŁOWCA DOSKONAŁY to ikona kina akcji, która na zawsze zmieniła popkulturę, wprowadzając mroczny, nieuchwytny łowcę.
John McTiernan zasługuje na ołtarzyk w domu każdego fana kina akcji. Jego Szklana pułapka zrewolucjonizowała cały gatunek, wyznaczając mu nowy kurs. Polowanie na czerwony październik i Bohater ostatniej akcji dokładają swoje cegiełki do dorobku reżysera i pod wieloma względami stanowią wzór do naśladowania dla młodszych twórców. Predator jest jednak ważniejszy od każdego z tych filmów. Nie za sprawą samej (i tak wysokiej) jakości produkcji, ale dzięki wprowadzeniu postaci, która dziś uznawana jest za drugie najbardziej ikoniczne kosmiczne monstrum w historii kina (ksenomorf jednak jest niekwestionowanym liderem).
Koncept tajemniczego łowcy, który zakamuflowany śledzi i poluje na swoje ofiary dla czystego sportu, momentalnie rozpalił wyobraźnię widzów. Od czasu mającego premierę w 1987 roku Predatora morderczy obcy pojawił się w pięciu oficjalnych produkcjach, wielu grach i komiksach – praktycznie wszędzie. Tym samym na stałe dołączył on do elitarnego kanonu popkultury, gdzie zajął miejsce obok Terminatora, postaci z Gwiezdnych wojen oraz Star Treka, no i oczywiście Obcego, z którym niejednokrotnie przyszło mu walczyć. Przejdźmy przez dotychczasowe filmy serii (zatrzymując się na dłużej przy tym najważniejszym). Pierwszą część będziecie mogli obejrzeć już w sobotę 14 marca o godzinie 20:00 w Stopklatka TV.
Predator
Pomimo otwierającej film sceny ze statkiem kosmicznym cały pierwszy akt nie zwiastuje niczego wychodzącego poza ramy standardowego kina akcji. Mamy charyzmatycznego protagonistę (weteran Dutch, w którego wciela się jedyny w swoim rodzaju Arnold Schwarzenegger), grupę nieustraszonych wojaków i zwyczajną misję zakładającą odbicie zakładników. Zmartwieniem bohaterów nie jest jakieś pozaziemskie zagrożenie, a przyziemny konflikt człowieka z człowiekiem.
Choć znalezienie oskórowanych zwłok budzi pewne podejrzenia, to winą zostają obarczeni powstańcy przetrzymujący zakładników. Po spektakularnym i krwawym rozprawieniu się z zastępami wrogów nie mamy wątpliwości, że prawdziwy przeciwnik wciąż jest gdzieś w dżungli. Bohaterowie nie mają pojęcia, że są obserwowani, ale my już wiemy, że są w niebezpieczeństwie.
Nie widzimy tego, który za nimi podąża, ponieważ obserwujemy oddalających się żołnierzy przez jego oczy. To niesłychanie błyskotliwy zabieg, który pozwala ustanowić zagrożenie i podkręcić napięcie przy jednoczesnym utrzymaniu aury tajemnicy. Kolejny świetny moment ma miejsce, kiedy jeden z bohaterów (Indianin, a jakże) wiedziony przeczuciem wpatruje się w dżunglę, próbując dostrzec śledzącą ich osobę. Po chwili ujęcie przeskakuje na widok z oczu łowcy, który patrzy dokładnie na czujnego żołnierza. Kiedy jednak znów mamy okazję razem z nim szukać niebezpieczeństwa, nie widzimy nic poza bujną roślinnością. Napięcie rośnie i staje się wręcz nieznośne.
Można by było się spodziewać, że pierwsza konfrontacja ukaże nam agresora w pełnej krasie. Nic bardziej mylnego. Tajemnicza i na wpół niewidzialna istota momentalnie zabija jednego z członków oddziału i bierze ze sobą jego zwłoki. Śladem stwora podążają bohaterowie, w dalszym ciągu nie zdając sobie sprawy, z czym mają do czynienia. Kiedy jeden z nich zostaje trafiony energetycznym pociskiem przez łowcę, reszta oddziału otwiera ogień, desperacko strzelając do czego się da. Potwór oddala się, ale zostaje raniony. Kiedy schowany w koronach drzew opatruje swoje rany, mamy pierwszą okazję zobaczyć, jak on właściwie wygląda.
Projekt Predatora zachwyca oryginalnością i pomysłowością. Stwór jest częściowo nagi – nosi tylko niezbędne elementy ubioru i wyposażenia, żeby być tak zwinnym, jak tylko się da. Jego dredy w zamyśle musiały wydawać się poronionym pomysłem, w rzeczywistości jednak dodają mu oryginalności i egzotycznego wyglądu. Fantastycznie brzmią także dziwaczne i niepokojące dźwięki, które wydaje. Największe wrażenie robi zaś maska zakrywająca jego twarz – odpowiednio złowieszcza i niepozwalająca dostrzec żadnych emocji i reakcji łowcy. Budzi to pewne skojarzenia z ksenomorfami, zawdzięczającymi dużą część swojej grozy temu, że nie mają oczu, w które moglibyśmy spojrzeć.
Po swoim ujawnieniu się Predator stopniowo porzuca subtelność i wykańcza bohaterów jednego po drugim. Pomimo swojej oczywistej przewagi wciąż pozostaje ostrożny i wykorzystuje strach i dezorientację ludzi przeciwko nim. Kiedy na ziemię pada protagonista, zaczynamy wątpić, czy ktokolwiek wyjdzie cało z tej masakry. To ważny moment dla głównego bohatera, który po raz pierwszy zostaje pokonany. Dotychczas jego siła i spryt czyniły go niezniszczalnym w walce z powstańcami, a i sam Predator nie zdołał wcześniej go dorwać. W desperackiej próbie ocalenia pochwyconej wcześniej kobiety Dutch ściąga na siebie uwagę łowcy, który trafia go pociskiem.
Po kultowym „Get to the chopper!” nasz bohater nieludzkim wysiłkiem wstaje i ucieka oprawcy, by chwilę później, po wygrzebaniu się z rzeki, wreszcie zobaczyć go w pełnej krasie. Zabójca nie potrafi jednak dostrzec swojej ofiary, ponieważ jego wzrok reaguje na ciepło, a Dutch jest w całości pokryty maskującym go mułem. Mam wrażenie, że ta sytuacja nieco uczłowiecza protagonistę, gdyż tym razem udaje mu się przeżyć wyłącznie dzięki łutowi szczęścia – gdyby Predator widział świat tak jak my, to bez większego problemu zlokalizowałby swoją ofiarę. Miło, kiedy bohater pomimo swoich kompetencji czasem przegrywa i jest zdany na łaskę losu. Dzięki temu łatwiej w niego uwierzyć.
Po dotychczasowych walkach i spotkaniu nad rzeką Dutch wie, że nie ma szans w bezpośredniej walce z łowcą. Stwór jest większy i lepiej wyposażony, a on stracił swoją broń. Bohater dopiero w tym momencie rzeczywiście pokazuje, skąd się bierze jego legendarna reputacja. Wykorzystując poznane informacje na temat swojego przeciwnika, rozstawia pułapki i przygotowuje się do ostatecznego starcia. W tym samym czasie Predator, doceniwszy ducha walki pokonanego wcześniej żołnierza-Indianina, zdobywa swoje ikoniczne trofeum – wyrwaną czaszkę z kręgosłupem. To biologicznie niemożliwe (niezależnie od użytej siły), ale kogo to obchodzi, skoro wszyscy mogą się zgodzić w kwestii tego, jak kapitalna jest ta scena i cały pomysł.
Wszystko to prowadzi do końcowej walki Dutcha z łowcą, a ta jest realizacyjnym majstersztykiem. Mistrzowsko budowane napięcie, fantastyczna scenografia i efekty specjalne oraz kapitalny Schwarzenegger, który potrafi połączyć przerażenie z komicznymi odzywkami – wszystko to składa się na wielki spektakl. Kiedy Predator wreszcie lokalizuje swoją ofiarę, następuje kolejna kultowa scena – zdjęcie maski i pokazanie światu ohydnego świadectwa wielkiego kunsztu zmarłego mistrza efektów specjalnych – Stana Winstona.
Co kochamy tak bardzo w Predatorze? Po pierwsze, to rasowe staroszkolne kino akcji. Relikt wspaniałych dla gatunku czasów, gdzie nikt nie obawiał się chlusnąć wiadrem krwi i flaków w widza. Gdzie eksplozje, zniszczenia i śmierć trzeba było ukazać za pomocą praktycznych efektów specjalnych, nie komputera. Jasne, kamuflaż Predatora to przestarzała już magia komputerów, ale porównajcie sobie strzelaninę z pierwszego aktu filmu z tymi z Niezniszczalnych, gdzie fatalne CGI psuje całą wizję powrotu do korzeni gatunku. Tutaj eksplozje są prawdziwe, a bryzgająca krew to rzeczywiście płyn, a nie odrobina pikseli.
Nie zrozumcie mnie źle – cyfrowa krew może wyglądać przekonująco, czego dowodem są filmy Davida Finchera, ale zazwyczaj tak nie jest. Predator dużą część swojego sukcesu zawdzięcza temu, że wygląda prawdziwie i nie szczędzi brutalnych scen i przekleństw.
Jest tam jednak miejsce również dla silnej kobiety, która nie traci głowy w krwawym zamieszaniu ani nie rzuca się w ramiona głównego bohatera przy pierwszej okazji. Podobać się mogą także piękne zdjęcia tropikalnego lasu (film był kręcony w naprawdę trudnych warunkach, co się opłaciło) i niepowtarzalna ścieżka dźwiękowa Alana Silvestriego. Ta czasem zdaje się trochę żyć własnym życiem i przytłaczać obraz, ale w większości sytuacji sprawdza się fenomenalnie. Motyw przewodni i jeżące włos na karku bębny to klasyka muzyki filmowej – całkowicie zasłużenie. Słuszną legendą obrósł także tytułowy łowca.
Predator nie wygląda i nie zachowuje się jak żaden dotychczasowy filmowy stwór. Ogromnym plusem całości było przybliżenie nam jego niektórych zwyczajów. Wieszanie obdartych ze skóry zwłok, cierpliwe śledzenie i poznawanie swoich ofiar, pozyskiwanie krwawych trofeów, trzymanie się kodeksu honorowego i wysadzenie się w powietrze w obliczu klęski – to wszystko zbudowało ogromny potencjał, który jest wykorzystywany przez ostatnie 30 lat.
Predator 2
O ile tonację pierwszego Predatora można określić jako „z lekkim przymrużeniem oka”, tak jego sequel zdecydowanie wymaga mocno zaciśniętych powiek. Jego twórcy chyba zupełnie nie zrozumieli, co tak dobrze zagrało w pierwowzorze. Predator 2 to głośny, niedorzeczny i brzydki film. Nigdy za nim nie przepadałem, ale na potrzeby tego artykułu trochę go sobie odświeżyłem i momentami nie dowierzałem w to, ile tu jest złego (pomimo pewnych zalet). Ale po kolei – akcja ma znowu miejsce w dżungli, tyle że tym razem miejskiej. Niezły pomysł, bo metropolia, jaką jest Los Angeles, to świetne miejsce na polowanie dla kosmicznego zabójcy.
Skakanie po dachach to dobry sposób na przemieszczanie się, zwierzyny łownej jest pod dostatkiem, a i kryjówek tam od groma. Choć już od pierwszej sceny wiemy, że stwór śledzi bohaterów, to nie od razu zostaje on pokazany w pełnej krasie. Napięcie nie jest tak umiejętnie budowane jak w pierwszej części, ale udaje się oddać stopniowo narastające zagrożenie ze strony Predatora.
O ile zaś wcześniej oglądaliśmy interesujące tropienie powstańców i emocjonującą walkę z nimi, tak tym razem zostajemy wrzuceni w sam środek niedorzecznego konfliktu policji z gangami narkotykowymi. Już pierwsza strzelanina pokazuje nam, z jakim filmem mamy do czynienia – kiedy obszarpane, drące mordę ćpuny w podkoszulkach, strzelając chaotycznie na wszystkie strony, masakrują oddziały wyszkolonych funkcjonariuszy, ja mówię: „pas”. Ileż w tym wszystkim zgiełku i zamieszania! Kolumbijczycy wrzeszczą jak opętani, policjanci przekrzykują się w panice, żenująco karykaturalny dziennikarzyna wydziera się w najlepsze do kamery, wszędzie padają strzały, coś gdzieś wybucha – to dobry przykład tego, jak nie należy przedstawiać chaosu na ekranie.
Cała ta akcja nie trzyma w napięciu tak, jak równanie z ziemią wioski przez Dutcha i kolegów, a tylko irytuje. Pierwsze spotkanie Predatora z bohaterem również nie wypada jak należy – nasz łowca stoi na widoku jak idiota i jest zupełnie wystawiony na ogień zamiast zachowywać ostrożność. Skoro już jesteśmy przy bohaterze – Danny Glover nie ma wdzięku swojego poprzednika (nieco obciachowy strój mu w tym nie pomaga), ale nadrabia to dużą charyzmą i praworządnością.
Policjanci, którzy towarzyszą naszemu protagoniście, to całkiem interesujące postaci (zwłaszcza Jerry grany przez Billa Paxtona), choć nie zapadają w pamięć jak żołnierze z pierwowzoru. Pozostali bohaterowie to przeważnie karykatury. Dziennikarz, przywódca gangu Jamajczyków, rządowy ważniak – wszyscy są wybitnie przeszarżowani i działający na nerwy. Tak samo można zresztą określić tonację całej produkcji. Momentami można odnieść wrażenie, że fala upału, która nawiedza miasto w filmie, była obecna także podczas jego kręcenia, a reżyser był na takim samym haju jak przedstawieni gangsterzy.
Niedbałe ruchy kamery, potwornie poszarpane ujęcia, brzydkie kadry, kiczowate zbliżenia – czasem aż przykro na to patrzeć. Nawet jedyna scena seksu to jakiś żart – za każdym razem zastanawiam się, czy ta biedna kobieta przeżywa najlepszy orgazm swojego życia, czy może straszliwy atak padaczki. W tym morzu brzydoty na plus zdecydowanie wyróżnia się tytułowy łowca, który dostał parę fajnych gadżetów i ma na swoim koncie kilka bardzo satysfakcjonujących akcji. Pod koniec możemy również zobaczyć jego pobratymców, a także ścianę z trofeami, gdzie w samym centrum wisi czaszka ksenomorfa – niezwykle błyskotliwy smaczek dla fanów, który przerodził się w ogromny fenomen i mitologię dzieloną przez oba potwory.
W tym momencie naprawdę trudno powiedzieć, czy oglądamy sequel czy pastisz. To może się podobać, ale jak dla mnie za dużo tu sprzeczności w tonacji, nie mówiąc już o odejściu od klimatu filmu z 1987 roku. Efekty specjalne naturalnie wyglądają lepiej niż wcześniej, a Alan Silvestri znów porządnie się spisał (choć momentami muzyka brzmi zbyt egzotycznie jak na miasto). Szkoda, że momentami fatalny montaż utrudnia zobaczenie czegokolwiek. W ostatecznym rozrachunku Predator 2 to rozczarowanie. Nie jest to fatalny film, gdyż ma kilka świetnych elementów, ale od bycia dobrym powstrzymuje go przynajmniej drugie tyle okropnych.
Mam wrażenie, że ani reżyser, ani producenci nie do końca wiedzieli, co chcą osiągnąć, i dlatego wyszło jak wyszło, a na kolejną część serii (nie uwzględniam tutaj crossovera z Obcym) musieliśmy czekać aż 20 lat.
Predators
Oczekiwanie na ten film wymagało cierpliwości, ale może to lepiej – twórcy przynajmniej mieli czas na wyciągnięcie wniosków z błędów poprzednika. Po miejskich rozróbach zdecydowano się wrócić do dżungli, z tym że na obcej planecie. Czapki z głów za ten pomysł – tym razem nie ma żadnej misji, a ósemka wybrańców po prostu spada z nieba na powierzchnię obcego świata. Okazuje się, że to rezerwat łowiecki dla Predatorów, którzy wybierają swoją zwierzynę na Ziemi i innych planetach, a następnie puszczają ją w las i bawią się w najlepsze. Bohaterowie nie mogą więc liczyć na wsparcie, nie przyleci też po nich żaden śmigłowiec. Są zmuszeni znaleźć wspólny język, zrozumieć sytuację, w której się znaleźli, i podjąć działania.
Wszyscy (początkowo wydaje się, że z jednym wyjątkiem) są mordercami, najemnikami czy żołnierzami i wszyscy stanowią wyzwanie dla łowców. Ciekawym wątkiem jest odnajdywanie przez nich podobieństw między taktykami Predatorów, a ich własnymi czynami na Ziemi – okazuje się, że wcale nie jesteśmy tak odmienni od zamaskowanych zabójców, jak byśmy tego chcieli. Podoba mi się też, że bohaterowie starają się podchodzić do sytuacji analitycznie i zamiast miotać się bez celu, wspólnie próbują interpretować to, co ich spotyka. To zdecydowanie ciekawsza zgraja niż postaci z Predatora 2 i w mojej opinii wcale nie brakuje im wiele do oddziału Dutcha (choć oczywiście nie uświadczymy tu perełek na miarę seksualnego tyranozaura czy braku czasu na krwawienie).
Ich liderem jest grany przez Adriena Brody’ego Royce i sprawdza się on w tej roli świetnie. Spotkałem się z prześmiewczymi opiniami dotyczącymi głównie budowy jego ciała (poza klasycznym „Arnie jest tylko jeden!!!!”), co mocno mnie dziwi, jako że lata 80. się skończyły i chyba każdy wie, że żołnierze nie wyglądają jak kulturyści. Brody dobrze gra charyzmatycznego twardziela, nawet jeśli jego niski głos czasem brzmi trochę teatralnie. Nie ma sensu porównywać Royce’a do Dutcha – Dutch jest kultowy, obaj są świetni, koniec tematu. To inna wizja postaci, chyba nikt nie chciałby oglądać podróbki Schwarzeneggera.
Niezłego szyku zadają też Predatorzy. Tym razem bohaterów ściga trójka łowców, którzy mają swoje psy gończe i bardziej zaawansowany sprzęt niż wcześniej. Jakby tego było mało, antagoniści są czarnymi owcami gatunku, ale bynajmniej nie z racji swojej pierdołowatości. To wredne i bezlitosne maszyny do zabijania, które za nic mają kodeks honorowy, a do tego polują na „klasycznych” Predatorów. Są od nich większe, silniejsze i mordują wszystko, co im się nawinie na ostrze lub celownik. Trochę szkoda, że nie posługują się większą liczbą gadżetów, ale i tak nie mogą się nie podobać.
Wyjątkowo ciekawie wypada ich przywódca (widoczny na zdjęciu powyżej), który swoim wyglądem i zachowaniem doprowadza do tego, że łowcy z poprzednich części sprawiają wrażenie względnie sympatycznych gości. Naturalnie ma tu miejsce walka między nim a uwięzionym wcześniej przedstawicielem starych dobrych Predatorów i nietrudno chyba przewidzieć jej krwawy finał. Zaskakujące jest natomiast pojawienie się (a później dziwna i przedwczesna śmierć) Nolanda granego przez Laurence’a Fishburne’a. Jemu udało się przetrwać w rezerwacie wystarczająco długo, by dobrze poznać swojego przeciwnika i do reszty stracić zmysły. Fishburne odstawia tu niezły teatr, ale wychodzi mu to całkiem dobrze, znacznie sprawniej niż przeszarżowane występy niektórym aktorom z dwójki.
Lepiej niż wcześniej prezentują się także aspekty wizualne filmu. I nie chodzi mi tu o z oczywistych względów atrakcyjniejsze efekty specjalne (miejscami dość tanie, ale ogółem przyzwoite), a o zdjęcia i montaż. Reżyser wie, jak poprowadzić kamerę podczas scen akcji, plenery są piękne, a ujęcia przemyślane. Dobrze brzmi także muzyka, która pożycza sporo z dorobku Silvestriego, a w kilku momentach zmyślnie go rozwija – motyw przewodni serii wzbogacony o dźwięk gitary elektrycznej ma potężną moc. Ogółem to pierwszy rzeczywiście dobry film z Predatorem po 1987 roku. Nie jest on wolny od problemów, pewne kontrowersje może wzbudzać nieco komiksowa przemoc, co prawdopodobnie jest zasługą produkującego całość Roberta Rodrigueza.
Z kolei niektóre odwołania do pierwowzoru sprawiają, że obraz niebezpiecznie zbliża się do bycia remakiem. To jednak wszystko w kwestii większych wad, cała reszta trafia w punkt i godnie rozwija uniwersum. Zaskakujące jest, że znowu potrzeba było długiego czasu, żeby coś ruszyło w kwestii kontynuacji serii.
The Predator
Początkowo następna część serii miała być kontynuacją Predators. Zarówno reżyser, jak i Rodriguez i Adrien Brody deklarowali otwartość na zaangażowanie się w taki projekt. Zakończenie filmu z 2010 roku było także zdecydowanie bardziej otwarte niż poprzednie. Potencjał planety-rezerwatu i konfliktu między Predatorami aż się prosił o rozwinięcie. Trudno powiedzieć, co poszło nie tak – krytycy przyjęli Predators raczej pozytywnie (znacznie lepiej niż dwójkę), a i zyski były zadowalające. Niemniej o projekcie było cicho aż do czasu, kiedy zapowiedziano The Predator, który nie podjął wspomnianych wątków.
Reżyserem jest Shane Black, który miał okazję być pierwszą ofiarą Predatora w dziele McTiernana. Black ma na swoim koncie kilka filmów, przede wszystkim The Nice Guys. Równych gości, Iron Mana 3 i Kiss Kiss Bang Bang oraz scenariusze do m.in. Zabójczej broni i Bohatera ostatniej akcji (o którym wspomniałem we wstępie – taka ładna klamra nam powstała). Niestety przy Predatorze popisał się kompletnym brakiem wyczucia.
Przekleństwa wplecione w niemalże każdy dialog sprawiają wrażenie wymuszonych i wpisanych do scenariusza na siłę. Podobnie nienaturalnie wypadają takie rzeczy jak kamera zatrzymująca się podczas akcji, by pokazać nam zwisające flaki – trwa to naprawdę długo, biorąc pod uwagę dynamikę całej sceny, i każe się zastanawiać: po co? Równie bezcelowe jest podarowanie jednemu z bohaterów zespołu Tourette’a, czego efektem są oczywiście losowe bluzgi wykrzykiwane w losowych momentach. To naprawdę leniwy sposób na rozbawienie widza, a zamiast śmiechu w ten sposób osiągnięta zostaje przede wszystkim konsternacja. Shane Black zwyczajnie przeszarżował, choć niektóre żarty trafiają w dziesiątkę, a kilka scen (np. masowa dekapitacja) wywołuje sadystyczny uśmiech.
Nowemu Predatorowi bliżej jest do kanapki z tuńczykiem i dżemem niż do kurczaka w miodzie. Otrzymujemy bowiem miks komedii i filmu akcji z domieszką horroru i dramatu rodzinnego. Szkopuł tkwi w tym, że przez większość czasu zdecydowanie dominuje komedia, a pojedyncze wstawki z autystycznym synem protagonisty pasują do tego jak pięść do nosa. Dodatkowo, kiedy pod koniec filmu humor próbuje ustąpić grozie i wzniosłości heroicznej walki o życie, można odnieść wrażenie, że w trakcie produkcji podmieniono reżysera i scenariusz. Przez to wszystko trudno czuć napięcie i znaczenie stawki całego konfliktu, a pozostaje dezorientacja. Średnie CGI i niezbyt ciekawe lokacje sprawiają, że otrzymujemy znacznie mniej atrakcyjny wizualnie film niż Predators z 2010 roku (film o znacznie mniejszym budżecie).
Wbrew pozorom, pomimo wszystkich opisanych problemów bawiłem się na tym filmie całkiem nieźle – cieszyłem się czerstwymi one-linerami, podziwiałem wymyślne sceny mordów dokonywanych na ludziach, doceniałem wysiłki obsady i chemię między poszczególnymi aktorami. Było całkiem przyzwoicie! A potem obejrzałem zakończenie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem tak zażenowany finałem jakiegoś filmu.
Powyższe fragmenty pochodzą z zestawienia.
korekta: Kornelia Farynowska
