Connect with us

Recenzje

ZABÓJCZA BROŃ. 30 lat od premiery

„Zabójcza broń” w reżyserii Richarda Donnera, mistrzowskie połączenie policyjnego dramatu, komedii i kina akcji, kończy 30 lat!

Published

on

ZABÓJCZA BROŃ. 30 lat od premiery

„Jestem już na to za stary”, mówi kilkakrotnie w filmie Roger Murtaugh, co staje się swoistym leitmotivem tego bohatera. W rzeczywistości Murtaugh, kończący pięćdziesiąt lat sierżant z dużą rodziną i domem w trakcie remontu, chciałby być tak stary, jak mówi o sobie – może wtedy nie przydzielono by mu za partnera Martina Riggsa, narwanego policjanta, który podejmuje się najbardziej ryzykownych i niebezpiecznych zadań, mając nadzieję, że prędzej czy później zginie. I jak to bywa w pozornie niedopasowanych duetach, obaj wyciągają z tej współpracy więcej, niż początkowo myśleli – Riggs trochę mniej chce umrzeć, a Murtaugh odkrywa, że daleko mu do emeryta. Zabójcza broń Richarda Donnera kończy dzisiaj trzydzieści lat i nie musi podzielać obaw jednego ze swoich bohaterów.

Advertisement

Trudno o bardziej rozpoznawalny przykład tak zwanego buddy cop movie, czyli filmu, w którym dwóch kompletnie różnych bohaterów łączy siły, aby rozwiązać sprawę lub zagadkę kryminalną. Na pewno nie jest tak, że Donner zapoczątkował ten rodzaj sensacyjnej fabuły – przed Zabójczą bronią mieliśmy choćby 48 godzin Waltera Hilla (1982), Zapomnieć o strachu Petera Hyamsa (1986) czy dekadę wcześniejszych Szalonych detektywów Richarda Rusha (1974). Również później pojawiły się popularne tytuły, które nadal funkcjonują w świadomości widzów, by wymienić tylko Tango & Cash Andrieja Konczałowskiego (1989) oraz Bad Boys Michaela Baya (1995).

Każdy z tych filmów bardzo udany, w każdym duet działał nie tylko na korzyść intrygi, ale i generował duże pokłady humoru. Czym zatem to Riggs i Murtaugh zasługują na palmę pierwszeństwa wśród najlepszych ekranowych policyjnych partnerów?

Advertisement

Pierwszy i najważniejszy powód to oczywiście aktorzy. Mel Gibson jako Riggs, tytułowa zabójcza broń, człowiek, który odnajduje się tylko w akcji. W sposób oczywisty postać ta budzi skojarzenia z poprzednim wcieleniem Gibsona, czyli Szalonym Maxem z filmów George’a Millera – obaj wydają się być straceńcami, gotowymi do najbardziej karkołomnych zadań, naznaczonymi traumą śmierci ukochanych osób. Ale świat, w którym przyszło żyć Riggsowi, to nie australijska pustynia zaludniona przez degeneratów, lecz Los Angeles AD 1987, gdzie na placu z choinkami można kupić kilo heroiny, a widok mieszkającego w przyczepie na plaży gliniarza nikogo nie dziwi.

Hollywood rządzi się własnymi prawami, dlatego moment, w którym Riggs chce się zastrzelić, skontrowany jest z lecącą właśnie w telewizji kreskówką z Królikiem Bugsem. I jeśli dobrze się zastanowić, bohater Gibsona świetnie by się odnalazł zarówno jako tragiczna figura (wspomniana scena dała aktorowi angaż do nakręconego trzy lata później Hamleta), jak i postać z animacji. Bowiem szaleństwo Riggsa, z wiecznie nastroszonym crittersem na głowie, przybiera nierzadko komediowy odcień, a on sam zamiast wybrać proste rozwiązanie, ucieka się do najbardziej kuriozalnych decyzji. Jak w scenie z potencjalnym samobójcą na dachu – zamiast sprowadzić go na ziemię tradycyjnymi metodami, woli z nim skoczyć kilka pięter w dół, ciesząc się później jak dziecko z dobrze wykonanego zadania. Gibson łączy te dwie sprzeczności w sposób doskonały, czyniąc ze swojego bohatera najbardziej rozrywkową postać dramatyczną, jaką widziało kino sensacyjne.

Advertisement

Na drugim biegunie Danny Glover jako Murtaugh. Pozornie stateczny, rozsądny i ten bardziej normalny w duecie, choć w rzeczywistości wcale nie różniący się od Riggsa tak znacząco. Na każde wariactwo swojego nowego partnera reaguje oburzeniem graniczącym z szałem, co najlepiej widać, gdy postanawia sprawdzić jego rzekome skłonności samobójcze – w tej scenie to bardziej Murtaugh wydaje się tym szalonym. Później Riggs nie musi dużo robić, aby uczynić z drugiego policjanta kłębek nerwów. Glover, podobnie jak Gibson, idealnie wyczuwa konwencję, powagę i humor zespalając w jedno, zaś w scenach akcji korzystając ze swoich warunków fizycznych (czarnoskóry aktor góruje nad swoim partnerem o prawie dwadzieścia centymetrów, a gdy w finale biega w zakrwawionym podkoszulku po Hollywood Boulevard, wyraźnie widać, skąd się wziął pomysł, aby zastąpił Arnolda Schwarzeneggera w Predatorze 2).

Scenariusz debiutanta Shane’a Blacka jest kolejnym elementem czyniącym z całości perłę gatunku. Można zarzucić dużo samej intrydze, którą nawet główni bohaterowie ciągle określają mianem „cienkiej”, ale siła tekstu Blacka, późniejszego autora Ostatniego skauta, Długiego pocałunku na dobranoc, Kiss Kiss Bang Bang czy całkiem niedawnych Równych gości (dwa ostatnie również wyreżyserował), polega na łączeniu tradycyjnej konstrukcji filmu policyjnego z czasem wręcz szokującą brutalnością, która dotyka bohaterów w nieoczekiwany sposób.

Advertisement

W jaki sposób Black rozpoczyna Zabójczą broń? Każąc półnagiej, zaćpanej dziewczynie wyjść na balkon wieżowca i skoczyć. Śmierć na miejscu, a scena porażająca, bo niepojęta – podniecający początkowy obraz leżącej z odsłoniętymi piersiami dwudziestolatki zostaje wkrótce zastąpiony innym, gdy jej zwłoki dekorują dach zaparkowanego przed budynkiem samochodu. Później dowiadujemy się, że było to zabójstwo, choć przecież dziewczyny nikt nie popchnął. Zatem niewidzialny przeciwnik, tym potężniejszy, bo bezosobowy. Ale gdy w końcu przybiera rysy Gary Buseya, z czarnymi jak u rekina ślepiami, wcale nie robi się przez to łatwiejszy do pokonania.

Ponownie zawdzięczamy to Blackowi. Zamiast przedstawić czarny charakter w akcji, w pierwszej scenie scenarzysta przypala rękę pana Joshuy zapalniczką, aby pokazać jego odporność na ból, siłę charakteru i brak jakichkolwiek zahamowań. Gdy Riggs zalewa się łzami, wspominając zmarłą żonę, Joshua odmawia sobie typowo ludzkiej reakcji na poparzenie. Bez względu na śmieszno-poważną tonację, tekst Blacka prezentuje zło nie tylko pod postacią standardowych, jak na lata osiemdziesiąte, handlarzy narkotyków, ale przede wszystkim jako bezduszną, amoralną i sadystyczną siłę, zagrażającą zwłaszcza dzieciom.

Advertisement

Jedna dziewczyna zabija się, skacząc, wcześniej wciągnięta w narkotyki i porno biznes, inna staje się zakładnikiem, z możliwym podobnym losem. Nic dziwnego, że tymi, którzy mogą ich powstrzymać, są piewca życia rodzinnego i cierpiący po śmierci ukochanej desperat. W filmografii Blacka aż roi się od takich duetów, pozornie słabszych i w jakiś sposób skrzywdzonych przez los, w rzeczywistości czerpiących siłę właśnie dzięki swojemu człowieczeństwu.

GORĄCY TEMAT. Gdy obleśność dostaje po łapach

W końcu ten, który Zabójczą broń podpisał, czyli Richard Donner. Do tamtego momentu reżyser kojarzony z różnymi odmianami kina gatunkowego (Superman, Omen, The Goonies, Zaklęta w sokoła), przez resztę swojej kariery utożsamiany głównie z filmami akcji. I nie ma się czemu dziwić. Donner, obecnie już na zasłużonej emeryturze, potrafił uwiarygodnić nawet najbardziej nieprawdopodobne momenty, stwarzając pozór realizmu, przede wszystkim jednak dbając o efektowność obrazu. Oglądając film, łatwo dostrzec, jak przez cały czas buduje sobie grunt pod to, co najbardziej przyciąga miłośników sensacji, nigdy nie kręcąc scen akcji tylko dla samego technicznego popisu.

Advertisement

Dzięki temu najlepszą sekwencją nie jest wcale pustynna strzelanina, ale poprzedzające je oczekiwanie na pana Joshuę, kiedy ku samotnemu Murtaugh zmierza karawana złożona z kilku samochodów i śmigłowca. Pokaz siły rozpoczyna się i kończy właśnie wtedy – to, co dzieje się później, jest już tylko tego przypieczętowaniem.

Co nie znaczy, że gdy do akcji ostatecznie dochodzi, nie robi ona wrażenia. W pierwszej Zabójczej broni może jej jeszcze nie być tak dużo, jak w kontynuacjach, lecz za każdym razem odznacza się mistrzowskim wykonaniem i doprowadzoną do granic przesady pomysłowością. Wtedy imponowała świeżością, dziś należy ją docenić za klasyczny wręcz sznyt, nic nie tracący na jakości. Duża w tym zasługa Stuarta Bairda, prawdopodobnie najlepszego montażysty filmów sensacyjnych, potrafiącego nadać wewnętrzną logikę w nawet najbardziej skomplikowanych scenach akcji. Zdjęcia Stephena Goldblatta nigdy nie popadają w efekciarstwo; służą fabule, a nie próbują zagarnąć jak najwięcej uwagi widza dla siebie.

Advertisement

Całość zaś podkreśla cudowna, wiecznie żywa muzyka Erica Claptona i Michaela Kamena, którzy wespół z saksofonistą Davidem Sanbornem stworzyli ścieżkę dźwiękową jednocześnie melancholijną i doskonale oddającą aurę niebezpieczeństwa.

Można rozłożyć każdy film na czynniki pierwsze, a nie dojść do tajemnicy jego sukcesu lub porażki. W przypadku Zabójczej broni suma wszystkich elementów, jakie złożyły się na niesłabnące powodzenie dzieła Donnera, wydaje się przewyższać części składowe. Nic nie ujmując twórcom odpowiedzialnym za realizację filmu, stworzyli oni unikatowe połączenie policyjnego dramatu, komedii oraz kina akcji, które nie tylko przyczyniło się do rozkwitu tego ostatniego w pełnoprawny gatunek (późniejsza o rok Szklana pułapka postawiła kropkę nad i), nie tylko doprowadziło do nakręcenia trzech udanych kontynuacji, ale wytrzymało również próbę czasu.

Advertisement

Przypominając sobie zaledwie parę dni temu pierwsze przygody Riggsa i Murtaugh, nie odniosłem wrażenia, że cofam się w czasie, co w przypadku produkcji z lat osiemdziesiątych jest nagminne. Zamiast tego zrozumiałem, że Zabójcza broń nigdy się nie zestarzeje. A ja nigdy nie powiem: „jestem już na to za stary”.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *