Publicystyka filmowa
STAROSZKOLNE KINO AKCJI. Trup ściele się gęsto, radość terkocze jak karabin
W STAROSZKOLNYM KINIE AKCJI przeszłość łączy się z dziś, a niestrudzeni bohaterowie wciąż walczą o widza w rytmie nieprzemijającej przygody.
Kochacie kino akcji, więc widzieliście Niezniszczalnych, Johna Wicka czy Bez litości. I dobrze, warto sprawdzać, jak obecnie sobie radzi ten gatunek. Z drugiej strony macie świadomość, że nic, co powstało w ciągu ostatnich lat – choćby nie wiem jak solidnie zrobione – nie zastąpi seansu Zabójczej broni, Szklanej pułapki, serii Rambo, Terminatora, Robocopa czy Cobry. Co klasyka, to klasyka. Jednakże ile razy możecie powracać do Nakatomi Plaza czy Riggsa wsuwającego sobie broń do ust? Pewnie część z was odpowie, że wiecznie; jasne, rozumiem to. Ale chyba każdy chce czasami obejrzeć coś nowego (przy czym mamy tu na myśli wcześniej nie oglądany tytuł, a nie metrykalnie świeży film).
Oto nasza lista mniej znanych lub nieco zapomnianych akcyjniaków, które jak mało co ożywią pochmurne lato, przynosząc zapach prochu, adrenaliny i testosteronu. Odbijamy od głównego nurtu nieco w bok, zatem Arnold chwarzenegger, Sylvester Stallone i Bruce Willis nie brylują dziś u nas. Gradacja w zestawieniu zależy od stężenia rozwałki: ruszamy od najbardziej zadymiarskich tytułów po ciut spokojniejsze.
Najemnicy (Men At War, 1994), reż. Perry Lang. Dolph Lundgren i jego proto – niezniszczalni, czyli czysta akcja w egzotycznej scenerii
Nick Gunar to najemnik, męczący się właśnie z nadmiarem wolnego czasu i brakiem świszczących dookoła pocisków. Ale pojawia się nadzieja. Pewna korporacja chce eksploatować cenne złoża na jednej z wysp Morza Chińskiego. Gunar ma zebrać i poprowadzić ekipę, która zmusi pokojowo nastawionych tubylców do podpisania niekorzystnych papierów.
Nick, urzeczony usposobieniem wyspiarzy, nie chce ich „naciskać”. Wkrótce w jego grupie dojdzie do rozłamu, a wyspa stanie się polem walki. Postać grana przez Lundgrena nosi tu nazwisko zbliżone do imienia granego przez niego bohatera Niezniszczalnych – Gunnera. Przypomina go także pod innymi względami – ma skłonność do nałogów i potrafi nieoczekiwanie zmienić stronę konfliktu, a dodatkowo jest prawdziwą machiną wojenną, stworzoną do dźwigania wielkiego karabinu i siejącego z jego pomocą sprawiedliwość oraz popłoch wśród mętów tego świata. Zresztą cali Najemnicy przypominają nieco ten rodzaj kina, którym Niezniszczalni próbują być, a któremu z pewnością składają hołd.
Oto szeregowy z plutonu o nazwie VHS – dobrze uzbrojony i znający swoje miejsce. Mamy tu zróżnicowaną grupę zabijaków (wśród nich charakterna kobieta wojownik, hipis, który nie utracił zmysłu zachwytu, i kilka innych barwnych postaci), misję, której tłem będzie piękna wyspa, i taką dawkę strzelaniny, że po seansie zostanie nam w głowach kilka przyjemnie przepalonych bezpieczników. Jest to kino skrajnie nieoryginalne, proste i szczere. Solidnie nakręcone i nieprzekombinowane. Ma się dziać i się dzieje. Pirotechniki pod dostatkiem. Lundgren w formie, a reszta ekipy nie odstaje. Przesłanie – pacyfistyczne, ale nabłyszczane testosteronem.
Nemezis (Nemesis, 1992), reż. Albert Pyun. Jak oni strzelają, czyli cyberpunk w rytmie pif-paf
Twórca Cyborga z Jeanem-Claude’em Van Damme’em zaproponował nam apokaliptyczną wizję przyszłości – świat, w którym coraz trudniej odróżnić człowieka od maszyny. Wiele filmów tego reżysera potrafi uśpić widza w dziesięć minut, ale ten ma w sobie to coś, co sprawia, że mimo jego licznych wad seans daje sporo radości i pozostaje w pamięci na dłużej. Pewnie większość z was już go widziała, ale zachęcam do ponownego kontaktu z tym obrazem. Mamy tu fabułę, która scala motywy z klasyków SF (Mad Max, Łowca androidów, Terminator, Robocop i co się jeszcze nawinęło) i kino akcji, w którym główną rolę grają Osamotniony Twardziel, Wybuchy, Pościgi i Strzelaniny. Wszystko to w ramach niewielkiego budżetu i bez większych ambicji, by dokładać do tych elementów coś od siebie. A jednak udało się stworzyć całkiem fajny składak, niepozbawiony pewnego charakteru. Implozję oryginalności rekompensuje nam ciągła akcja, którą upakowany jest ten film. Strzela się tu więcej, niż mówi. Strzela się z broni krótkiej, długiej.
Strzela się, mówiąc, biegnąc i pijąc piwo. Skacząc z wodospadu i – jednocześnie – koziołkując w powietrzu. Strzela się klasycznie i z dwóch rodzajów broni naraz. Ba, tutaj nawet opuszcza się hotel, przestrzeliwując się przez podłogę. Żeby uniknąć monotonii, wymianę ognia gęsto okraszono eksplozjami. Grający głównego bohatera Olivier Gruner miał być nowym Van Damme’em. Nie stał się nim, a skoro zaczął w pewnym momencie grywać w polskich filmach (Skorumpowani), to znaczy, że nie działo się u niego najlepiej. Tu jest drętwy, ale jakoś daje radę. To samo można powiedzieć o całym Nemezis, które mogłoby nosić podtytuł Jak oni strzelają! Kino klasy B i przykład zarzucenia większych ambicji, a jednocześnie całkiem porywająca wizja i uderzeniowa dawka akcji.
Żywy cel (Deadly Prey, 1987), reż. David A. Prior. Inny wymiar kina akcji
Ten film ma już pewną ustaloną pozycję – obrazu tak złego, że aż wywołującego niedowierzanie. Tytuł Priora nigdy nie stał się obiektem powszechnego kultu, ale istnieją kręgi, w których uważa się go za rarytas VHS-owego chłamu, a także potencjalną przyczynę raka siatkówki oka i paru pęknięć przepony.
Bohater nazywa się Mike Danton (gra go brat reżysera). Wyszedł z domu wyrzucić śmieci, lecz został uprowadzony. Oprawcy ściągają mu gustowny biały sweterek, zostawiając go tylko w szortach, i nakazują uciekać do lasu. Są grupą najemników, która właśnie szlifuje swoje umiejętności unicestwiania dowolnego żywego celu. Mocarny, ale nieuzbrojony Danton zdaje się nie mieć szans. Błąd. Jest byłym komandosem, więc już wkrótce pokaże, na co go stać.
Żywy cel wygląda tak, jakby paru kolesi pojechało za miasto napić się piwa, ale któryś zaproponował , że można pobawić się też w wojnę i nakręcić całość. Zmielono tu Rambo i Komando (a także każdy inny istniejący film akcji) i wciśnięto w kawałek gumy, tworząc jakąś ordynarną i biedną parówkę. Nic tu nie jest dobre. Dialogi brzmią, jakby scenarzysta spisał po najgorszej linijce z każdego słabego sensacyjniaka świata. Wykonawcy musieli uczęszczać do szkoły aktorskiej Po Trzech Piwach Jakoś To Będzie.
A na ekranie odbywa się prawdziwa parada militariów: noże, pistolety, karabiny, baooki, czołgi i helikoptery. A przede wszystkim nasz bohater – najskuteczniejsza broń w tym lesie śmierci. Nieustępliwy i supersprawny Danton łamie przeciwników na pół, przebija ich patykiem lub spuszcza na nich lawinę kamieni. Wyje jak zwierzę i walczy do krwi ostatniej, prężąc naoliwione muskuły. Nieoczekiwanie jego misja sprawiedliwości stanie się także naszą. Bo pomimo fatalnych zdjęć, muzyki i atmosfery całości, przypominającej zapadanie się w bagnie, Żywy cel wywołuje uśmiech, chwilami nawet śmiech. To produkt doszczętnie nieudany, zjawiskowo poroniony. W świecie, który coraz bardziej przypomina ciągły konkurs na dobra i usługi idealne, byt tak siermiężny i bublowaty musi wywoływać ciepłe uczucia.
Zimny jak głaz (Stone Cold, 1991), reż. Craig R. Baley. Harleyowy glina
Kolejny glina większy niż życie, niż regulamin, niż ty, ja i całe hordy zbirów. Jak wychodzi do sklepu po piwo, to wraca do domu z sześciopakiem i jeszcze dymiącą spluwą. Niesubordynowany. Niezależny. Nie do zdarcia. Dzięki tym właściwościom dostaje też niecodzienną misję: zinwigilować bezwzględny gang motocyklowy, żyjący niczym banda wikingów, podejrzany o morderstwa i wszystko, co się tylko da. Schemat znany z późniejszego Na fali, tylko z silniej akcentowanym macho sznytem: brody, tłuste włosy i poczucie wspólnoty w byciu renegatem na błyszczącym rydwanie.
Gratka dla miłośników stylówki w rodzaju skórzane spodnie oblane piwem, z których wylewa się brzuch jak dzwon, powiewający na motorze (w takt hard rocka) jak brudna flaga niezależności. Znajdziemy tu ostre teksty, strzelaniny, cycki, wybuchy, obskurne bary, skórzane kurtki i dziarską muzę w tle. Ten film jest jak mocny amerykański jeans, który tak ci ściśnie cojones, że poczujesz je w gardle. Fryzura głównego bohatera to jankeska wariacja na temat czeskiego piłkarza – tleniona rzeźba obciachu, utwardzona żelem czy gumą. O tak, Zimny jak głaz jest ejtisowy aż do bólu.
Lance Henriksen i William Forsythe – spece od ról typów spod ciemnej gwiazdy – stworzyli mocne bandyckie tło. Reżyser zadbał o potoczystą narrację i niezłe sceny akcji. Brian Bosworth – wtedy bujający się z Madonną i typowany na nowego Stallone’a – wypadł całkiem nieźle, ale szybko spadł do drugiej ligi. Film za to nadal się broni jako relikt dzikich lat 90. I sprawia, że masz ochotę otwierać puszkę piwa zębami.
Śmiertelne manewry (Southern Comfort, 1981) reż. Walter Hill. Grupa rednecków vs. niewydarzony oddział żołnierzy
Walter Hill – twórca 48 godzin czy Czerwonej gorączki – to specjalista od kina akcji. Od lat udowadnia nam, że świat twardzieli, którzy przetrwają wszystko, nie ma przed nim tajemnic. W tym zestawianiu weźmiemy pod lupę jego nieco zapomniany film, w którym fascynacja etosem macho nie przyczyniła się jeszcze do manierycznej stylizacji czy skostnienia w schemacie, ale pozwoliła na nakręcenie realistycznego dzieła o niepokojącym klimacie.
Członkowie Gwardii Narodowej odbywają ćwiczenie na bagnach. Jeden z nich strzela w stronę płynących w pobliżu miejscowych. Ci odpowiadają ogniem, w wyniku czego ginie żołnierz. Od teraz oddział będzie celem dla rozdrażnionych myśliwych. Żołnierze nie mają ostrej amunicji, nie panują nad nerwami. Czy skłócona, rozłażąca się w szwach grupa ma szansę przetrwać?
Hill nakręcił film angażujący i przekonujący. Bez zbędnego efekciarstwa przygląda się ludziom, którzy powinni współpracować, ale nie potrafią dojść do zgody. Wiarygodna psychologicznie sytuacja sprawia, że napięcie nie spada ani na chwilę. Kapitalnie sfilmowane bagna. Przekonujące aktorstwo. Niezła, nietypowa ścieżka dźwiękowa autorstwa Ry Coodera (brzmiąca jak lightowa wersja tego, co Neil Young zrobił na potrzeby Truposza). Przed wami surowy, ale naprawdę klimatyczny tytuł. To bardziej filmowy survival w stylu Uwolnienia Johna Boormana niż typowe kino akcji, ale myślę, że wszyscy miłośnicy staroszkolnego klimatu powinni być zadowoleni.
Kolonia karna (No Escape, 1994), reż. Martin Campbell. Wyspa zapomnienia
Dziwna sprawa z tym filmem. Oto dorodne, świetne nakręcone (reżyserował późniejszy twórca Goldeneye i Casino Royale) i efektowne kino rozrywkowe. A jednak ten obraz zniknął gdzieś w mrokach niepamięci.
Rok 2011. Marine skazany za zabicie przełożonego trafia na wyspę-więzienie. Ma tu zostać do końca swych dni – oczywiście o ile przetrwa w tym trudnym miejscu, w którym ścierają się dwie grupy więźniów. Nasz bohater postanawia nie tylko zachować życie, ale także uciec wkrótce z wyspy.
Można odnieść wrażenie, że tytuł ten został zesłany na jakąś wyspę zapomnienia. Trudno go gdziekolwiek obejrzeć, a nawet miłośnicy kina akcji i SF (Kolonia karna to miks tych gatunków) nie mają często pojęcia o jego istnieniu. Szkoda. Obraz Campbella nie jest specjalnie oryginalny (Mad Max spotyka Ucieczkę z Nowego Jorku), ale nadrabia energią i realizacyjną sprawnością. Szybkie tempo, dobre zdjęcia i muzyka, nieźli aktorzy (Ray Liotta, Lance Henriksen, Stuart Wilson). Producentką obrazu była Gale Ann Hurd, eksżona Jamesa Camerona, mająca swój udział w sukcesach Obcego: decydującego starcia, Terminatora czy Głębi. Zresztą nad całością unosi się duch solidnej, bardzo profesjonalnej roboty. Historia jest spójna, logiczna i wciągająca. Wyspa nie składa się z tektury ani zer i jedynek. Jest dzika, zielona i groźna. Kolonii karnej nie brakuje ani rozmachu, ani napięcia. Ten film to prosta historia, która najzwyczajniej w świecie daje frajdę. Przekonuje. Zaciekawia. Wciąga. Jest dobrze. Kto wie, czy nie lepiej niż w przypadku znacznie głośniejszej, a zbliżonej tematycznie Fortecy z Christopherem Lambertem.
Mr. Majestyk (Mr. Majestyk, 1974), reż. Richard Fleischer. Zastrzelone arbuzy
Kino akcji nie jest wymysłem lat 80. czy 90. Istniało już wcześniej, choć w nieco odmiennej formie. Zwało się filmem sensacyjnym. Oto bardzo udany reprezentant gatunku – jędrny, mięsisty i orzeźwiający.
Małomówny plantator arbuzów wiedzie spokojne i uczciwe życie. Do czasu. Grupce bandytów nie podoba się, że zatrudnia Meksykanów i dobrze im płaci. Chcą podsyłać mężczyźnie „swoich” pracowników. Majestyk nie ma zamiaru się ugiąć. Słowo „arbuz” pada w tym filmie kilkadziesiąt razy. Wrażliwców ostrzegamy też, że obraz posiada najbardziej poruszającą scenę egzekucji tychże owoców, jaką wydało kino. Scenariusz napisał wielbiony przez Quentina Tarantino Elmore Leonard. Widać, że jest to wybitny znawca popkultury, mający pojęcie, jak w solidną historię wkomponować dobrze skrojonego bohatera. Scenariusz jest prosty, nieprzeładowany, ale robi bazę pod poruszającą opowieść. Poza tym czuć w nim pewną lekkość, której często brakowało historiom z Bronsonem. Wąsaty twardziel jest tu bardzo ludzki i enigmatyczny jednocześnie. Oszczędnie, ale nie bez humoru gra kogoś, kto po prostu chce mieć swoje arbuzy i dobrze traktować ludzi naokoło. To chyba jedna z najlepszych kreacji aktora. Za to wrogowie Majestyka są zwykłymi kanaliami, wierzącymi w siłę strachu czy pieniędzy.
Starcie tych dwóch opcji pozwala wypełnić film bójkami, strzelaninami i pościgami – ale bez nadmiaru przemocy czy szarpania nerwów. Jak już napisałem wcześniej, jest to stosunkowo lekkie kino, w którym najlepiej odnajdą się fani oldschoolu. Ci, którzy docenią przyjemną dla ucha ścieżkę dźwiękową Charlesa Bernsteina, stylówkę bohatera i klimat całości, w której niebieskie niebo i proste marzenia nie dają się zasnuć szemranym typom o wyglądzie alfonsów drugiej klasy.
korekta: Kornelia Farynowska
