Connect with us

Publicystyka filmowa

Sceny (i pomysły) PODKRADZIONE z innych filmów

Recykling w kinie zaskakuje! Odkryj, jak SCENY PODKRADZIONE z innych filmów wpływają na nasze ulubione produkcje. Zainspiruj się!

Published

on

Sceny (i pomysły) PODKRADZIONE z innych filmów

Recykling w kinie to nic nowego. Często więc obok różnorakich remake’ów, sequeli i innych takich dochodzi do zapożyczeń poszczególnych pomysłów – czasami całych linii fabularnych (co potem kończy się pozwami sądowymi), a innym razem zwykłego kopiowania pomniejszych scen lub pojedynczych detali. Specjalizuje się w tym zwłaszcza Quentin Tarantino, którego wyciskanie soków z popkultury i inne samoświadome hołdy tym razem jednak pominiemy, bo to materiał na odrębny artykuł, a nawet książkę (tak samo jak nagminne Bollywoodzkie kopie amerykańskich przebojów).
Advertisement

Oto przykłady, świadomych bądź nie, inspiracji oraz kalk filmowych. Komentarze śmiało zapełniajcie kolejnymi. UWAGA, SPOILERY!

Bad Boys II / Tango i CashPolicyjna opowieść

Jackie Chan to z pewnością inspirująca persona X muzy.

Jego filmy oraz kaskaderskie popisy pełne są pomysłowych scen i rozwiązań. Jeszcze zanim Chana ściągnięto do USA, Amerykanie czasem sobie te co najlepsze pożyczali, bez zgody oczywiście. Bodaj największym echem na Zachodzie odbiła się, jakże przecież jankeska w swoim sznycie, Policyjna opowieść. To właśnie bezpośrednio z tej produkcji Michael Bay skopiował finał drugiej części „złych chłopców”, każąc rozbijać im się Hummerem po slumsach na Kubie. Pozornie nadał tej samej sekwencji większy rozmach, wrzucił do niej więcej wybuchów i jakoś tak barwniej nakręcił. A jednak pościg samochodowy przez slumsy w oryginalnym wykonaniu pozostaje lepszy.

Advertisement

Jeśli natomiast chodzi o niesforne kino akcji w reżyserii Andrieja Konczałowskiego, to poniższe porównanie mówi samo za siebie:

Advertisement

Co nie zmienia faktu, że obie wersje są zwyczajnie zajefajne.

Oczywiście także i Chan zapożyczał z kina amerykańskiego – chociażby papugując w Projekcie A zegarowe wyczyny Harolda Lloyda z Jeszcze wyżej!. Różnica polega jednak na tym, że Chan nigdy się z tym nie krył, a rzeczone zapożyczenia stanowiły swoisty hołd dla poprzedników.

Advertisement

Co ciekawe, wspomniany Bay kopiował też potem… sam siebie, dublując ujęcia z Wyspy w trzeciej części Transformers. Kto bogatemu zabroni?

Advertisement

Boogie NightsChłopcy z ferajny

Kino Paula Thomasa Andersona od początku było mocno inspirowane filmami Martina Scorsesego (dość napisać, że debiut PTA był osadzony pośród gangsterów i kasyn). Trudno jednak o lepszy przykład kopii mistrza jak wejście do klubu i przedstawienie najważniejszych osób dramatu na jednym, długim ujęciu. Żeby było śmieszniej, oba filmy rozgrywają się w tym samym okresie historycznym, a ich tematyka nie jest od siebie tak daleka. Nawet klimat jakby ten sam. A na tym wszak nie koniec…

Advertisement

Gwiezdne wojny: Nowa nadziejaNocny nalot i Triumf woli

Fakt, że George Lucas przy tworzeniu swojej gwiezdnej sagi korzystał z dorobku japońskiej kinematografii oraz (zwłaszcza) filmów Akiry Kurosawy, nie jest żadną tajemnicą. Jednak dopiero po latach naciskany przez fanów twórca przyznał się też do przełożenia w skali niemal 1:1 finałowej bitwy z brytyjskiej klasyki wojennej The Dam Busters (tytuł oryginalny). Rzeczona batalia o tamę składa się z tych samych założeń, celów i ujęć, co późniejsza rozwałka na Gwieździe Śmierci. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie Mocy.

Advertisement

Warto też zaznaczyć, że następująca po zwycięstwie nad Imperium (niemieckim) ceremonia odznaczeń jako żywo przypomina z kolei filmowe zapisy spotkań nazistów w obiektywie Leni Riefenstahl. Tu z kolei u boku Hitlera zabrakło chodzącego dywanu. No ale nie można mieć wszystkiego. Oczywiście skojarzenia te pociągnięto jeszcze dosadniej w kontynuacjach, gdzie Imperium to III Rzesza na sterydach.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie MocySzklane serce

A skoro już przy tym jesteśmy, to i finał epizodu VII od początku coś mi przypominał.

Advertisement

Ten skalisty krajobraz przytłaczający stojące w zawieszeniu, samotne postaci i podobny ruch kamery wokół nich to wypisz, wymaluj pochodna eksperymentalnego i nieco zapomnianego fresku Wernera Herzoga. Wątpię co prawda, żeby J.J. Abrams świadomie stworzył taki myk – po prostu nakręcił podobną scenę w dokładnie tej samej lokacji (irlandzka wyspa Skellig Michael). Podobieństwo jest jednak przytłaczające, co dodatkowo podkreśla fakt, iż niewiele filmów powstało w międzyczasie w tym miejscu. Inna sprawa, że sam Herzog inspirował się malarstwem – w tym konkretnym przypadku obrazem Rocky Reef on the Seashore Caspara Davida Friedricha.

LśnienieFurman śmierci

Czarno-białe arcydzieło Victora Sjöströma było z pewnością inspiracją dla Ingmara Bergmana i jego filmu Tam, gdzie rosną poziomki. Ale oglądając je, łatwo zauważyć, że do szwedzkiego filmu sięgnął też Stanley Kubrick w swoim słynnym horrorze. Reżyser dosłownie sparafrazował scenę z siekierą i drzwiami, wiernie odtwarzając ruchy bohatera, którym w obu filmach jest zapijaczony mąż ścigający żonę. Co prawda to „Here’s Johnny!” odbiło się większym echem w kulturze, jednak przypuszczalnie nie byłoby go, gdyby wcześniej Kubrick nie obejrzał niemego kina zza granicy – notabene również ekranizację znanej książki.

Advertisement

Miecz w kamieniuJak to naprawdę było

O ile disnejowska wariacja na temat historii Króla Artura jest powszechnie znanym tytułem, o tyle już wcześniejsza krótkometrażówka, w oryginale nazwana The Truth About Mother Goose, raczej nie bywa przedmiotem salonowych rozmów. Nie dziwi więc, że twórcy tej pierwszej z łatwością i praktycznie w całości przenieśli do nowej fabuły rycerski pojedynek, w którym nawet samej kreski specjalnie nie poprawiali, bo i po co. Tak gotowa animacja zyskała drugie życie, a kasa została w kieszeni.

Nie jest to przy tym ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy Disney i s-ka powielili te same sekwencje animacji w ramach oszczędności czasu oraz pieniędzy. Ba! To dość nagminna polityka studia, z której jest ono znane w branży. Trudno zliczyć wszystkie przykłady „kopiuj, wklej” w disnejowskich bajkach. Zatem na deser wideo wymieniające te najważniejsze:

Advertisement

Mission: Impossible Gliniarz

Kinowy cykl z prezentującym niemożliwe wyczyny kaskaderskie Tomem Cruise’em powstał na bazie telewizyjnej serii o tym samym.

Advertisement

Pozornie tytuł ten przetwarza więc własną genezę. Ale nietrudno dostrzec w nim także paru innych inspiracji, nawet jeśli zupełnie przypadkowych. W pierwszej części mamy zatem „przeróbkę” czegoś, co w latach 70. zaproponował Jean-Pierre Melville – helikopter nad pociągiem, z którego zabrać ma nieproszonego pasażera. U Melville’a sprawa rozchodziła się o „prosty” napad z udziałem Richarda Crenny’ego (pamiętny pułkownik Trautman z przygód Rambo), podczas gdy Cruise uczestniczy w szpiegowskiej intrydze.

Różnic jest o wiele więcej i są znaczące na tyle, iż trudno tu pisać o prawdziwej kopii. Niemniej gdy przyjrzeć się pietyzmowi, z jakim Melville buduje swoją sekwencję, oraz poszczególnym ujęciom i rozwiązaniom akcji, inspiracja jest oczywista.

Advertisement

Mission: Impossible – FalloutNa krawędzi

Podobnie traktować można rozgrywający się nad klifem finał szóstej części niemożliwej misji. Walka na skałach oraz wiszący na stalowej linie helikopter, który ostatecznie spada, zabierając ze sobą do grobu nemezis umięśnionego herosa, to wypisz, wymaluj… finał hitu lat 90. z Sylvestrem Stallone’em. I chociaż znowu oba pojedynki wynikają z czego innego, a każdy bad guy w inny sposób dokonuje żywota, to od początku coś jest na rzeczy.

NiepamięćMoon

Co natomiast łączy filmy z odpowiednio 2013 i 2009 roku? Poza tym, że oba pozostają odrobinę niedocenionymi reprezentantami gatunku SF, to nic. No, prawie, bo o ile brakuje tutaj podobnych scen, a przebieg akcji jest kompletnie inny, to jakimś cudem ich twórcy zdecydowali się przyjąć taki sam punkt wyjścia dla fabuły. Mamy więc jednostki doglądające oddalonego od reszty cywilizacji, zmechanizowanego punktu i odliczające czas do zakończenia swojej misji.

W obu przypadkach jest to równe dwa tygodnie, po których będą mogli w końcu wrócić do upragnionego domu. I tu, i tu okazuje się także, iż mamy do czynienia z… klonami, których istnieniem wysługuje się bezduszna technologia. Przypadek czy kopia kopii?

Advertisement

Poszukiwacze zaginionej ArkiTajemnica Inków

Twórcy Indiany Jonesa nigdy nie kryli się z inspiracjami starym kinem przygodowym z lat 30. i 40., lecz największą kopalnią pomysłów okazała się dla nich awanturnicza produkcja z Charltonem Hestonem, pochodząca z 1954 roku. Według kostiumologa Poszukiwaczy…, Deborah Nadoolman, ekipa wielokrotnie oglądała ten film w ramach natchnienia i wejścia w odpowiedni klimat.

Co tłumaczy nie tylko fakt, że Indy nosi się dokładnie tak samo jak jego poprzednik (kapelusz, skórzana kurtka, torba przewieszona przez ramię), ale też gania za podobnymi artefaktami w zbliżonych lokacjach. Znamienny jest zwłaszcza moment, w którym doktor Jones używa światła słonecznego przepuszczonego przez medalion do znalezienia lokacji tytułowej Arki. Dokładnie tę samą scenę znajdziemy w Tajemnicy Inków, gdzie Heston również operuje światłem i bezcenną błyskotką.

Advertisement

Podobnych przykładów znajdziemy u Spielberga i Lucasa jeszcze więcej. Dość napisać, że finał filmu, w którym kamera powoli oddala się, ukazując ogrom rządowego magazynu, to swoisty ukłon w stronę Obywatela Kane’a, gdzie również mamy w końcówce podobne ujęcie.

A jakby tego było mało, filmowcy wykorzystali też dosłownie fragmenty z innych produkcji, by, wzorem Disneya, zaoszczędzić trochę kasy. I tak ujęcia samolotu przelatującego nad Himalajami to nic innego jak kadry z Zaginionego horyzontu Franka Capry, a widoki ulic z lat 30. pochodzą z katastroficznego Hindenburga Roberta Wise’a. Wisienką na torcie jest też niesławna łódź podwodna, na której Jones w zastanawiający sposób pokonuje część swojej drogi – to bowiem model pochodzący z planu wojennej klasyki Wolfganga Petersena pt. Okręt.

Advertisement

Sonic. Szybki jak błyskawicaX-men: Przeszłość, która nadejdzie

Świeżutki przykład prosto z zamkniętych kin to niebieski, wyjęty z gier komputerowych jeż, który próbuje wysłać na emeryturę Quicksilvera z serii o mutantach.

Tak jak w filmie sprzed sześciu lat, tak i w Sonicu następuje identyczne zatrzymanie akcji, w trakcie którego superszybki bohater bawi się swoimi możliwościami, odpowiednio ustawiając ludzi i przedmioty wokół. Gdy kończy popis, czas rusza normalnie i widzimy efekt tych radosnych poczynań. Sekwencja to na tyle charakterystyczna, iż w tym wypadku nie ma mowy jedynie o zbieżnych pomysłach, lecz o zwykłym plagiacie. Rzecz jasna ten nastąpił już wcześniej, bo i w X-Men: Apocalypse Quicksilver powtórzył swój wyczyn. I już wtedy trącił on zbędną powtórką z rozrywki.

Advertisement

Superman/Shazam!: The Return of Black Adam Champion 2

To dość ciekawy przypadek, bo drugoligowa animacja dla młodszych widzów w dość oczywisty, acz, mimo wszystko, nietypowy sposób zgapiła rozwiązania od podrzędnej kontynuacji więziennego hitu końca ery wypożyczalni wideo. Mianowicie chodzi o ciosy oraz przebieg powietrznej walki superbohaterów, w stu procentach odwzorowujący dziejący się na lądzie/ringu pojedynek śmiertelników z kaloryferami (w sensie mięśniaków walczących ze sobą, nie ekipy remontowej rozprawiającej się z grzejnikami). Duplikat jest aż nadto widoczny:

Advertisement

Szefowie wrogowie 2 – seria Community

W tym wątpliwej jakości sequelu umiarkowanego przeboju komediowego jest taki moment, w którym trójka głównych bohaterów ślimaczym tempem idzie ulicą, na żywca udając znany z kina akcji efekt zwolnionego tempa.

Aż tu nagle obok nich przechodzi ktoś zwykłym krokiem… To sympatyczny pomysł, sprzedawany publice już w trailerach. Ale na pewno nie należy do scenarzystów filmu, bo kilka lat wcześniej zaprezentowano go w podobnym stylu w czwartym odcinku drugiego sezonu popularnej serii telewizyjnej (Basic Rocket Science), w której udawane slow motion próbowała wcielić w życie większa grupka postaci i miało to w sobie nieco więcej uroku. A ponieważ dobre pomysły lubią być powtarzane, to i mający swoją emisję już ładnych parę lat po Szefach wrogach 2 serial Przyjaciele z uniwerku również sięga po podobne rozwiązanie, jeszcze bardziej rozmieniając je (się?) na drobne.

Advertisement

Władca Pierścieni: Dwie wieżeCzarnoksiężnik z krainy Oz

Klasyczny musical z 1939 roku to z pewnością jeden z najbardziej wpływowych i lubianych filmów amerykańskich. Nic zatem dziwnego, że dostał się także pod bramy… Mordoru.

To znaczy pod wrota te przybyli, rzecz jasna, hobbici z ekranizacji klasyki fantasy pod batutą Petera Jacksona. Uczynili to jednak w bliźniaczy sposób do tego, w jakim bohaterowie Czarnoksiężnika… próbowali przedostać się za mury zamku Złej Czarownicy z Zachodu, czyli potajemnie czając się za skałami i unikając zastępów armii kroczących poniżej. Nawet kadrowanie i zimna kolorystyka są w obu scenach praktycznie takie same.

Advertisement

Bonus:

Masa krytycznaTerminator 2

Na koniec niekoniecznie kalka większego hitu, co po prostu… wmontowanie scen z filmu Jamesa Camerona tak, aby pasowały do fabuły innego, znacznie gorszego dziełka, któremu najwyraźniej miałki budżet nie pozwolił nakręcić własnego materiału (pytanie, czy stać ich było na zakup praw do wykorzystania tego materiału?). Tak prezentuje się pierwsze dwadzieścia minut koszmarku z Udo Kierem w obsadzie.

Żeby było śmieszniej, jego twórcy sięgnęli też w finale po fragmenty Uniwersalnego żołnierza, jednocześnie używając fabularnych rozwiązań Szklanej pułapki. Inna sprawa, że rozwiązania te zupełnie nie pomogły danemu tytułowi, który przepadł w odmętach wypożyczalni wideo.

Advertisement

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *