Zestawienie

Już 25 lat MICHAEL BAY ratuje świat. Filmografia MISTRZA DESTRUKCJI na równi pochyłej

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Michael Bay (rocznik 1965), jeden z najbardziej kasowych reżyserów wszech czasów, jest prawdziwym mistrzem ekranowego zniszczenia. Filmy amerykańskiego twórcy to piorunująca mieszanka efektów fizycznych i CGI, skąpana w eksplozjach wizualna uczta, którą cechują epicki rozmach i dopieszczona strona formalna. Nieco gorzej jest z zawartością merytoryczną jego filmów, a już znacznie gorzej z humorem, który reżyser nieco na siłę próbuje wplatać w dialogi i akcję. Michael Bay bardzo często współpracuje z armią Stanów Zjednoczonych, dzięki czemu w jego filmach możemy podziwiać prawdziwy sprzęt: czołgi, śmigłowce bojowe oraz myśliwce F-16, F-18 czy F-35. I choć od czasów Transformers (2007) siedzi po uszy w efektach komputerowych, lubi i często stosuje praktyczne efekty, a także poszukuje nowych form wyrazu, uprawiając operatorskie szaleństwo (choćby niezapomniane ujęcie spadającej bomby w Pearl Harbor), częstokroć zapierające dech w piersiach.

Pamiętna scena z Transformers, w której Decepticon rozwala autobus, to genialne połączenie efektów cyfrowych z najwyższej półki z jak najbardziej prawdziwym autobusem wysadzonym w powietrze na planie. No i, jak by nie patrzeć, eksplozje w filmach Baya to (pomijając ich nadmiar i przesadę) zawsze efekty pirotechniczne, a nie CGI. Michael Bay stawia też na zapierające dech ujęcia kaskaderskie – warto tu wspomnieć skydiverów latających między wieżowcami w Transformers: Wieku zagłady czy scenę pościgu na autostradzie z Bad Boys 2, podczas realizacji której przymocował kamery do kilku samochodów kaskaderskich i poprosił kierowców o zderzenia ze spadającymi samochodami, aby uchwycić niespotykane wcześniej ujęcia.

Michael Bay, zanim namieszał w rozrywkowym kinie akcji, przez lata był twórcą teledysków (do jego klientów należeli m.in. Tina Turner, Meat Loaf, Lionel Richie, Wilson Phillips, Donny Osmond) oraz reklam (m.in. dla takich firm jak Nike, Budweiser, Levi’s, Coca-Cola, czy kampanie dla Victoria’s Secret). Wyrobił sobie w tym czasie charakterystyczny styl wizualny, który cechowały nasycone kolory, dynamiczny montaż, krótkie ujęcia, szybkie samochody, piękne kobiety, często stosowane filmowanie pod słońce (lub inne jasne źródło światła), wśród kurzu i pyłu skąpanego w promieniach oraz na tle zachodzącego słońca, z kamerą filmującą bohaterów od dołu i wirującą wokół nich (dziś ten efekt znany jest jako Bayhem); idące lub biegnące postaci kręcił często w slow motion. To właśnie po obejrzeniu jego reklam i teledysków, zainteresowali się nim producenci Jerry Bruckheimer i Don Simpson, angażując go do wyreżyserowania Bad Boys (1995). O dziwo, najeżony skrótami myślowymi i narracyjnymi język teledysków i reklam, na których Bay zjadł zęby, dał o sobie znać najmocniej wcale nie w jego debiucie, a dopiero w dalszej części filmografii. Jego styl charakteryzuje dynamika, zarówno pracy kamery, jak i aktorów, oraz wszechobecna energia; nie ma u niego ujęć statycznych, a cięcia montażowe są wyjątkowo częste. Nawet sceny dialogowe nie są u Baya spokojne, bo niemal zawsze coś w kadrze się dzieje, coś lub ktoś się porusza, a kamera wykonuje najazd na lub odjazd od twarzy bohaterów. W ostatnich latach obserwujemy niestety, jak reżyser tworzy już nie filmy, a kinowe teledyski – pospieszne, pobieżne, bez emocji, charakteru i pewnego rodzaju klasy i elegancji, które cechowały jego pierwsze filmy.

W trakcie oglądania sekwencji pościgowej z pierwszych minut najnowszej produkcji Baya. 6 Underground (2019), dotarła do mnie niestety smutna prawda. Reżyser po aż nadto widocznym zaniżeniu poziomu filmami Transformers: Wiek zagłady i Transformers: Ostatni rycerz wciąż podąża w złym kierunku, a mnie już nie jest z nim po drodze. Chaotycznie zmontowanemu, skąpanemu w bezsensownej ultraprzemocy, a przy tym radośnie pstrokatemu pościgowi towarzyszy pędzący na złamanie karku bezsens. Poza snopami iskier, przekombinowanymi ujęciami i niskich lotów humorem nie ma tu już nic więcej. Brakuje fabularnego napędu, który pozwoliłby emocjonować się całym tym cyrkiem na kółkach, a kolorowa sekwencja pościgowa – podobnie zresztą jak reszta filmu – jest z zewnątrz jak diament, bo wizualnie piękna, ale zimna i martwa w środku. Wystarczyło dosłownie kilka minut seansu 6 Underground, abym pomyślał: „Mam dość filmów Michaela Baya”. I smutno mi trochę, bo do pewnego momentu naprawdę lubiłem kino reżysera i jego samego, jako konsekwentnego dostawcę solidnej porcji prostej i fajnej rozrywki.

Michaelowi Bayowi w ostatnich latach zabrano stołek reżyserski sequeli Bad Boys i rebootów Transformers. I słusznie – patrząc na bardzo słaby Wiek zagłady, trący o dno poziom Ostatniego rycerza i pukający od spodu 6 Underground, które zdają się być kompilacją wszystkich manieryzmów i złych cech rzeczonego twórcy pokazanych w najbardziej irytujący, bo kompletnie bezmyślny, teledyskowy do bólu sposób. Nie wiem, może ostatnie dokonania Baya mają swoich odbiorców i trafiają w gusta i portfele jakiejś grupy docelowej. Ja do niej (już) zdecydowanie nie należę i jako osoba kibicująca produkcjom Baya wysiadłem z tego abstrakcyjnego pociągu pędzącego ku niewiadomej gdzieś tak po premierze Sztangi i cashu (2014).

Szkoda wielka, bo w pierwszych latach kariery reżysera kinowego Michael Bay był twórcą stosunkowo równym, gwarantującym wielkie widowiska i niezłe komedio-akcyjniaki. Kręcił filmy, fakt, przeważnie głupiutkie i prościutkie, ale nie idiotyczne, a przy tym łatwe i przyjemne w odbiorze, dające solidną porcję popcornowej rozrywki. Do tego zawsze świetnie zrobione od strony technicznej i bardzo widowiskowe. I choć często balansowały na granicy dobrego smaku czy borykały się z problemem wyczucia humoru, raczej nie obrażały inteligencji widza. Z biegiem lat coś zaczęło się jednak psuć, a niemal z filmu na film poziom funu z oglądania dziełek Baya malał (o dziwo, proporcjonalnie odwrotnie do wpływów w kinach), bo scenariusz i grę aktorską nieudolnie zastępowano coraz większą ilością atrakcji wizualnych, spychając fabułę do kąta, bohaterów w cień, a humor w niebyt. Parafrazując klasyka: co się więc stało, że się… zepsuło?

Czy Michael Bay na dobre utknął w bezmózgiej rozpierdusze, czy może wróci kiedyś do poziomu choćby Twierdzy (1996) czy zaskakująco dobrych 13 godzin. Tajnej misji w Benghazi (2016)? Mam nadzieję, choć wątpię, bo na ambitniejszych projektach przejeżdżał się finansowo, za to im głupsze i chaotyczne obrazy kręcił, tym więcej dolarów zarabiał dla wytwórni. Jest widać popyt, jest więc ze strony Baya podaż – nieśmiertelne prawa rynku, bez miejsca na sentymenty i ambicje. To nie Bay z filmu na film głupieje, to maleją wymagania, a skoro odbiorca chętnie płaci za byle co, przy czym ani narobić, ani namyśleć się nie trzeba, to… sami sobie dopowiedzcie. Master of Disaster, bo takiej ksywki dorobił się w Hollywood, woli więc trzymać się bezpiecznego kursu obranego przy seriach Transformers i 6 Underground i nie można go za to winić. Stojąca w jego filmografii zapowiedź filmu pod tytułem… Robocalypse (rzecz o powstaniu robotów) także nie zwiastuje artystycznej wolty w karierze reżysera.

Czyste wizualne szaleństwo z rwanym montażem, nieopowiadające już praktycznie żadnych historii, nastawione na doznania wzrokowo-dźwiękowe oraz pozbawione fabuł i bohaterów, jest jak piękny kościół, ale bez Boga. W miejsce emocji, ciągów przyczynowo-skutkowych i bohaterów z krwi i kości Michael Bay z biegiem lat zaczął wsadzać do swoich filmów coraz więcej akcji; postaci zastąpiły ludzkie kukły przesuwane przed kamerą, no i pojawiło się więcej wybuchów oraz iskier, które w 6 Underground sypią się już niemal na każdym ujęciu, choćbyśmy oglądali samochód wjeżdżający w plastikowy stolik. Podobno Michael Bay otrzymał propozycję wyreżyserowania Aquamana, ale gdy dowiedział się, że film ma dziać się pod wodą, z miejsca odrzucił ofertę, obawiając się, że nie będzie miał okazji urządzić tam pościgu samochodowego i że flaga USA nie załopocze pod wodą, a o iskrach to już w ogóle można zapomnieć.

W sieci można natrafić na fragment wywiadu z Megan Fox, która wypowiadała się o Michaelu Bayu w ten oto sposób: „Jest niczym Napoleon, to kompletny szaleniec. Na planie chce zachowywać się jak dyktator i skutecznie realizuje swój plan. Praca dla niego to istny koszmar. Poza planem Michael jest nieco inny. Nie ma żadnych umiejętności społecznych i w ogóle nie umie zachować się wśród ludzi, a to bardzo mnie rozczula. Na planie to surowy tyran, a po pracy – wrażliwy i nieprzystosowany człowiek”. Słowa Megan Fox (którą z obsady Transformers 3 usunął wcale nie Bay, a producent filmu – Steven Spielberg) pokrywają się z tym, co wydarzyło się podczas prezentacji telewizorów Samsung, których twarzą miał być Bay. Ten, zdawałoby się, pewny siebie reżyser, obeznany z nowoczesnymi technologiami i zarządzaniem wielkimi planami filmowymi, został zjedzony przez stres spowodowany występem na żywo, zapomniał tekst, a po nieudanych próbach wznowienia przemówienia ostatecznie uciekł ze sceny, nie kończąc prezentacji.

Jedni jego kino lubią, inni je uwielbiają, tolerują, a jeszcze inni go nie trawią. Ja do pewnego momentu zaliczałem się do tej pierwszej grupy, dziś stoję (mam nadzieję, że chwilowo) w rozkroku, ale bliżej mi już do drugiej strony barykady. O tym, jak wyczerpywała się moja cierpliwość do stylistyki filmów Michaela Baya, i o stopniowo wygasającym uczuciu do jego kina przeczytacie w kolejnych akapitach, opisujących w kolejności chronologicznej wszystkie filmy reżysera. Zaczynamy oczywiście od roku 1995, czyli premiery świetnego filmu akcji, od którego ćwierć wieku temu wszystko się zaczęło…

Ostatnio dodane